Fot.: Il Lombardia

Włoska kampania wyścigów jednodniowych może nie cieszyć się prestiżem i zainteresowaniem porównywalnymi do wiosennej rywalizacji na belgijskich i francuskich szosach, jednak faktem jest, że to klasykom rodem z Półwyspu Apenińskiego zawdzięczamy kompozycyjną klamrę, która mieści w sobie wszystkie najważniejsze wydarzenia kolarskiego sezonu. To ze stolicy Lombardii w poszukiwaniu słońca wyrusza tryskający energią i pełen nowych nadziei peleton, by zaledwie kilka uderzeń serca później wrócić nad spowite mgłą jezioro Como i wśród umierających liści odegrać ostatni akord.

W 120. edycji wyścigu Il Lombardia udział wezmą między innymi Remco Evenepoel, Isaac Del Toro, Matteo Jorgenson, Paul Seixas, Enric Mas, Tom Pidcock, Primož Roglič i Brandon McNulty.

Il Lombardia, a więc ostatni monument kolarskiego sezonu, jeszcze do niedawna wyrzucona była nieco poza nawias i cieszyła się mniejszym uznaniem niż Milano-Sanremo, Ronde van Vlaanderen, Paris-Roubaix i Liège-Bastogne-Liège. Za sprawą działań organizatorów oraz ogólnego wzrostu intensywności rywalizacji na przestrzeni całego roku, w ostatnich latach zaczęła odzyskiwać należne sobie uznanie i prestiż, podobnie jak cała jesienna kampania towarzyszących jej włoskich klasyków. A może zrobił to po prostu uwielbiający ścigać się we Włoszech Tadej Pogačar?

Czasy, w których o triumf w ówczesnym Giro di Lombardia walczyli głównie Włosi, podczas gdy zagraniczne ekipy wysyłały do północnej Italii swój drugi garnitur, minęły w końcu bezpowrotnie, a piąty z monumentów uznawany jest obecnie za jeden z nielicznych wyścigów jednodniowych dedykowanych najlepszym wspinaczom zawodowego peletonu. Utrzymanie dostatecznie wysokiej motywacji od lutego do października jest nie lada wyzwaniem wobec sukcesywnie wydłużającego się sezonu szosowego, jednak jesienny termin rozgrywania imprezy okazał się strzałem w dziesiątkę. Stało się tak ze względu na bardzo ograniczoną ofertę kierowaną do specjalistów od pagórkowatych klasyków i wyścigów etapowych w tym okresie, a tym samym pozytywnie przełożyło się na obsadę Il Lombardii, jak również bezpośrednio poprzedzających ją Giro dell’Emilia, Gran Piemonte i Tre Valli Varesine.

Il Lombardia, wyścig umierających liści, ma jednak jeszcze coś, co na tle pozostałych monumentów czyni ją absolutnie wyjątkową. To wykraczająca poza sportowe walory widowiska estetyka, na którą składają się spowite we mgle jezioro Como, lśniące od wilgoci szosy i płonące jesiennymi barwami drzewa. To monument, który niezwykle techniczną trasę i mordercze przewyższenie ubiera w najbardziej poetycką otoczkę.

Trasa

Podczas gdy już same nazwy Milano-Sanremo, Paris-Roubaix i Liège-Bastogne-Liège niejako konstytuują ich przebieg i ograniczają pole manewru w zakresie modyfikacji trasy, organizatorzy Il Lombardii są w tym zakresie zdecydowanie najmniej konserwatywni. Stanowiąc wizytówkę swojego regionu, wyścig bardziej przypomina pod tym względem Ronde van Vlaanderen, jednak o ile entuzjaści kolarstwa bardzo nerwowo reagują na wprowadzanie większych zmian w wyrytych w kamieniu sekwencjach hellingen, uczynienie największym symbolem ostatniego z monumentów sezonu jeziora przełożyło się na znaczne poszerzenie spektrum możliwości. Podjazd do Magreglio i znajdującej się tam kaplicy Madonny del Ghisallo jest stałym punktem programu, jednak pozostałe elementy potrafią zmieniać się każdego roku, z miejscem startu i finiszu włącznie.

Zgodnie z planem, w tym roku rozegrany zostanie bardziej romantyczny wariant z Bergamo do Como, a więc taki, w którym jezioro jest celem, a nie wyłącznie pretekstem, podczas gdy bijący na Colle del Ghisallo dzwon wybrzmi tuż przed wielkim finałem ostatniego z monumentów. Jest on przez wielu uznawany również za trudniejszy, przed czym osobiście się wzbraniam, choć istotnie przesuwa on główne akcenty bliżej ścisłego finału. Trasa 120. edycji Il Lombardii liczy 239 kilometrów i ok. 4600 metrów przewyższenia, co plasuje ją pośród krótszych i mniej wypakowanych wspinaczką odsłon imprezy, jednak ciągle wewnątrz typowej dla niej skali.

Peleton wystartuje w sobotę z Bergamo, a drobne zmiany wprowadzone przez organizatora wyścigu sprawiają, że wspinaczka zacznie się wcześnie, ponieważ już po 14 kilometrach rywalizacji. Na pierwszy ogień pójdzie krótki podjazd pod Bocche del Gavardo (3,1 km, 4,6%), a tuż po nim uczestnicy ostatniego monumentu sezonu zmierzą się ze znanym z poprzednich odsłon imprezy Selvino (10,1 km, 5,9%, maks. 9%). W jego przypadku najtrudniejszym elementem jest zjazd, dlatego konieczne będzie zachowanie szczególnej ostrożności – tym bardziej, że w pierwszych dwóch godzinach rywalizacji może spaść deszcz.

Po minięciu Zogno rozpocznie się następna sekwencja wzniesień, w ramach której kolarze podjadą pod Colle di Berbenno (4,7 km, śr. 5,8%) i Valpianę (10,1 km, śr. 6,2%) – najtrudniejszą wspinaczkę pierwszej części wyścigu.

Jak zwykle podczas pokonywania trasy Il Lombardii w kierunku zachodnim, w okolicy półmetka przypada dość długi płaski odcinek, w ramach którego kolarze przedzierają się przez gęściej zaludniony obszar na południe od jeziora Como do malowniczego Triangolo Lariano. W tym roku doczekał się on urozmaicenia w postaci Giovenzany (3,6 km, 9,2%, maks. 16%), która powinna nieco osłodzić przydługi moment przestoju.

To, co nie udało się przed dwoma laty z uwagi na konieczność zamknięcia drogi, w tę sobotę stanie się faktem, a więc przez Triangolo Lariano do Bellagio peleton przejedzie widokową trasą prowadzącą wzdłuż wschodniej odnogi jeziora. Oznacza to wspinaczkę pod Colle del Ghisallo (8,6 km, 6,2%, maks. 14%) od „właściwej”, zdecydowanie trudniejszej strony, ale ma też swoje konsekwencje – pominięcie Sormano i długi zjazd do Canzo przenoszą rozstrzygnięcia na ścisły finał wyścigu, rozgrywany na rundzie wokół miejscowości Como.

W końcówce uczestnicy 120. edycji Il Lombardii pokonają kolejno San Fermo della Battaglia (2,7 km, 7,2%, maks. 10%), powracający po kilkuletniej nieobecności Civiglio (4,2 km, 9,7%, maks. 14%) – potencjalnie rozstrzygający o losach tej odsłony imprezy podjazd – i ponownie San Fermo della Battaglia, którego szczyt oddalony jest od mety w Como o 5,2 kilometra.

Zjazd nie należy do technicznych, ostatnie 1500 metrów rywalizacji jest płaskie.

Pogoda

Il Lombardia ma dwie twarze, z którymi utożsamiany jest wyścig. Jedna to przeskalowana wersja jesieni z przebarwionymi drzewami odbijającymi się w granatowej tafli jeziora. W drugiej dominują mgła, brązy i szarości oraz dźwięk kół ślizgających się na przesiąkniętych wszechobecną wilgocią liściach.

W tę sobotę dostaniemy jakiś wariant pośredni, a więc dzień, który według podstawowych parametrów prognozowany jest jako pogodny, ale jednocześnie jesienny w mało spektakularny sposób – taka poranna jesień z pól pod Grodziskiem Wielkopolskim, a nie ze styku Alp i Niziny Padańskiej.

Temperatura powietrza w przedziale 16-19 stopni Celsjusza. Największe szanse wystąpienia opadów deszczu przypadają na pierwsze dwie godziny rywalizacji i sięgają 30%, podczas gdy znaczne zachmurzenie ma się utrzymywać przez całe popołudnie. Szosy, szczególnie w okolicach jeziora, będą mokre i śliskie. Słaby wiatr (5-10 km/h) wiać będzie z kierunków WSW, później SW.

Faworyci

Po raz pierwszy od 2020 roku tej sekcji zapowiedzi Il Lombardii nie otwiera stwierdzenie, że to wyścig Tadeja Pogačara, który on na swoich warunkach przegra lub wygra, podczas gdy reszta żegnającego sezon peletonu sprowadzona zostanie do roli dość dalekiego tła. Słoweniec zrównał się w ubiegłym roku z Fausto Coppim, wygrywając po raz piąty z rzędu, i jeszcze kilka tygodni temu nikt nie zakładał, że ostatni monument sezonu może rozegrać się bez jego udziału. Dla kolarzy generacji Remco Evenepoela, a nawet młodszych Isaaca Del Toro czy Paula Seixasa, oznacza to rzadką okazję zdobycia tytułu w ostatnim monumencie sezonu, która wcale nie musi się prędko powtórzyć – Pogačar wróci i zakładać można w zasadzie w ciemno, że nad Como wygrywać będzie znacznie dłużej niż na trasach Tour de France.

Przez ostatnie lata Il Lombardia była wyścigiem wszystkich przeciwko ekipie UAE, co prowadziło do podwójnego paradoksu: z jednej strony uwalniało pozostałe drużyny pod kątem taktycznym, natomiast z drugiej tym, który sięgał po najodważniejsze środki, i tak koniec końców najczęściej był Pogačar. W tę sobotę aż cztery ekipy mają prawo wierzyć w szanse swoich liderów w ścisłym finale na rundzie wokół Como, a takie przekonanie najczęściej przekłada się na wyścig rozgrywany na chłodno i otwierany tak późno, jak to tylko możliwe – paradoksalnie przy tym układzie sił większy potencjał do wygenerowania niespodzianek mógłby mieć mniej lubiany wariant trasy z finałem w Bergamo. Jeśli doszukiwać się gdzieś chęci podjęcia próby odrzucenia najbardziej oczywistego scenariusza, spojrzeć warto na kolarzy Vismy, których duża wartość jako kolektywu niekoniecznie musi się w prosty sposób przełożyć na szanse w ścisłym finale.

Isaac Del Toro (UAE Team Emirates-XRG) dziedziczy po Pogačarze nie tylko rolę lidera, ale i ekipę, która nauczyła się wygrywać ten wyścig i w pozytywnym sensie do tego przywykła. Dziś spróbują kolejny już raz udowodnić, że choć Słoweniec pozostaje ich sercem i ich capo, w razie wyższej konieczności potrafią poradzić sobie bez niego. Na mistrzostwach świata 22-letni Meksykanin napracował się bardziej niż ktokolwiek w stawce i przetrwał kryzys w finale, co uznać można za dowód, że jego problemy związane z rywalizacją na trasach znacznie wykraczających długością ponad 200 kilometrów należą już do przeszłości. Ubiegłej jesieni Del Toro szalał na trasach mniejszych włoskich klasyków, ale w największych imprezach wyraźnie bladł. Tym razem było go znacznie mniej, co w połączeniu ze wsparciem doświadczonych Brandona McNulty’ego i Adama Yatesa oraz odpowiadającym mu profilem finału może doprowadzić do postawienia głównego akcentu we właściwym miejscu.

Paul Seixas (Decathlon CMA CGM) jest tym z faworyzowanej trójki, o którym na dzień rozgrywania ostatniego monumentu wiadomo najmniej. Od mistrzostw świata nie startował, a tam – jadąc od początku do końca defensywnie – skończył ze skurczami i jawnie okazywanym rozczarowaniem. Wiosną od odniesienia zwycięstwa w swoim pierwszym monumencie 20-letniego Francuza dzieliła wyłącznie obecność w stawce Tadeja Pogačara. Ten problem rozwiązał się sam, co nakłada na kolarzy pokroju Seixasa nieporównywalnie większą presję, ale jest też dobrym testem charakteru potencjalnego mistrza. Wiemy, że potrafi on jeździć bardzo agresywnie, atakować z daleka – nawet jeśli oczywista kalkulacja z poziomu francuskich czy baskijskich bezdroży dotąd nie zawsze przekładała się na taką samą decyzyjność na ważniejszych kolarskich arenach. Wiemy też, że finał tegorocznej odsłony Il Lombardii zapisać może po stronie plusów, nawet jeśli sprinterskie umiejętności rywali wymuszają na Seixasie wykazanie się większą od nich inicjatywą na podjazdach. Po stronie minusów przy nazwisku 20-letniego Francuza zapisać należy skład Decathlonu na ten wyścig – niekoniecznie dość silny, by uczynić końcówkę tak trudną, jak ich lider by sobie tego życzył.

Remco Evenepoel (Red Bull-BORA-hansgrohe) i jego niewyrównane rachunki to saga, której trudno nie śledzić z zainteresowaniem. Ponieważ prawdą jest, że 26-letni Belg ma za sobą bardzo dobry sezon, ale prawdą jest również, że na starcie ostatniego z monumentów stanie do pewnego stopnia nieusatysfakcjonowany. Kanada nie poszła po jego myśli – nie to miasto i nie ta koszulka – a zwycięstwo w wyścigu ze startu wspólnego mistrzostw Europy, po wygranym na słowo honoru sprincie przeciwko Giulio Ciccone, interpretować można dwojako. Evenepoel nigdy nie zapomni swojego debiutu w Il Lombardii, a pod kątem sportowego storytellingu jego zwycięstwo w tym monumencie byłoby bardzo poetyckim zamknięciem pewnego rozdziału. Spośród kolarzy, którzy wymieniani są w pierwszym szeregu faworytów do odniesienia triumfu w tę sobotę, na nim też spoczywa największa presja związana z wykorzystaniem szansy wykreowanej nieobecnością Pogačara – bo Del Toro i Seixas są na tyle młodzi, że perspektywa ich karier obejmuje szerszy okres po przeminięciu dominacji Słoweńca. Na papierze eksplozywny finał tegorocznej odsłony Il Lombardii nie jest wariantem sprzyjającym Belgowi, jednak jeśli zdoła go przetrwać, będzie faworytem ewentualnego sprintu w Como. Znajdujący się w składzie drużyny Red Bull-BORA-hansgrohe na ten wyścig Giulio Pellizzari i Primož Roglič – obaj bardzo przyzwoicie dysponowani według swoich własnych miar – będą dodatkowymi atutami możliwymi do wykorzystania na wiele sposobów.

Tuż za tą trójką znajduje się Giulio Ciccone (Lidl-Trek), który w ostatnich tygodniach jest w niesamowitym gazie i nie będzie obawiał się przeprowadzenia odważnych ataków w końcówce. Dwuzdaniowe pożegnanie po ośmiu latach współpracy ze swoją obecną drużyną, jakie opublikowała ekipa Lidl-Trek, świadczy o tym, że emocje dotyczące rozwiązania kontraktu Włocha były gorące, jednak to również jest wodą na młyn 31-latka z Chieti.

Tom Pidcock (Pinarello Q36.5) kręci się wokół zwycięstwa we włoskich klasykach od tygodni, Enric Mas (Movistar) w Tre Valli Varesine potwierdził, że w dalszym ciągu znajduje się w świetnej dyspozycji, a w przeszłości błyszczał na tej samej trasie u boku Pogačara, natomiast Matteo Jorgenson (Visma | Lease a Bike) wykonywał w ostatnim czasie taki ogrom rewelacyjnej roboty na rzecz innych, że chciałoby się zobaczyć Amerykanina samodzielnie konsumującego na koniec sezonu kawałek tego tortu.

Za czarnego konia można uznać Jarno Widara (Lotto Intermarché), który we wtorek w Varese odniósł pierwsze zawodowe zwycięstwo, i to w stawce lepiej oddającej bogatą historię tej imprezy niż jej obecna kategoria. Sam mówi o sobie, że jest bardziej puncheurem niż góralem, ale jego najlepsze dni na Vuelcie przypadły na dwa najcięższe etapy, a w sprincie nie odstaje od większości napotykanych w takich okolicznościach przyrody rywali.

Na czołową dziesiątkę stać Oscara Onleya (Netcompany INEOS), Quinna Simmonsa (Lidl-Trek), Thymena Arensmana (Netcompany INEOS), Michaela Storera, Mathysa Rondela (Tudor Pro Cycling), Lennerta van Eetvelta (Lotto Intermarché) i Clémenta Bertheta (Groupama-FDJ United), podczas gdy pozytywnie zaskoczyć mogą Lorenzo Fortunato (XDS Astana), Mikel Landa (Soudal Quick-Step), Ramses Debruyne (Alpecin-Premier Tech), Lenny Martinez i Pello Bilbao (Bahrain-Victorious) – ten ostatni w ostatnim wyścigu kariery, w towarzystwie żegnających się tego samego dnia Bauke Mollemy i Iona Izagirre.

Harmonogram

Start honorowy: 10:45
Kilometr 0: 11:00
Prognozowany finisz: 15:58-16:32
Transmisja TV: 10:35 – 17:15 na antenie stacji Eurosport 1 i platformie HBO Max

Poprzedni artykułTour of Chongming Island 2026: Wiebes nie do zatrzymania. Kolejny sukces Holenderki
Następny artykułGravelowe Mistrzostwa Świata 2026: Marianne Vos ze złotem, pech Rosy Klöser
Aleksandra Górska
Z wykształcenia geograf i klimatolog. Przed dołączeniem do zespołu naszosie.pl związana była z CyclingQuotes, gdzie nabawiła się duńskiego akcentu. Kocha Pink Floydów, szare skandynawskie poranki i swoje boksery. Na Twitterze jest znacznie zabawniejsza. Ulubione wyścigi: Ronde van Vlaanderen i Giro d’Italia.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
LewKońiJa
LewKońiJa

Nie ma Tadeja – idziemy na grzyby!