fot. Tour de France

Chris Froome obecnie cieszy się sportową emeryturą jako ambasador marki Škoda. 41-latek, ponad rok po wypadku, który zakończył jego karierę, postanowił opowiedzieć więcej na jego temat. Sytuacja była naprawdę poważna, gdyż zdaniem Brytyjczyka finał mógł być najgorszy z możliwych. 

Pod koniec sierpnia ubiegłego roku Chris Froome odbywał trening w okolicach Tulonu. Doznał on bardzo poważnych obrażeń, które wymagały szybkiej pomocy lekarskiej, którą na szczęście Brytyjczyk otrzymał. Rok temu jego żona przekazała, że stan kolarza był zagrażający życiu z powodu urazu serca. Dzisiaj te słowa potwierdził sam zainteresowany. Chris Froome przedstawił w obszerny sposób całą sytuację związaną z feralnym upadkiem:

Prawie umarłem tamtego dnia. Nie ma w tych słowach przesady. Moje osierdzie było otwarte, serce odsłonięte. Złamałem wszystkie żebra, które implodowały do ​​klatki piersiowej. Dosłownie się wykrwawiałem. Karetka przyjechała chyba jakieś siedem, osiem minut po moim wypadku. Gdyby nie przyjechali tak szybko, nie sądzę, żebym dziś tu był. Mam więc ogromne szczęście, że trafiłem w ręce tak wspaniałych ludzi.

– relacjonował Brytyjczyk, który następnie opowiedział, jak wyglądała jego sytuacja w pierwszych tygodniach po wypadku. Jak wspomniał, sytuację pogorszyło zakażenie, które wdało się w jego organizm w grudniu ubiegłego roku:

W szpitalu założono mi metalowe płytki na każdym z żeber, żeby klatka piersiowa znów była otwarta, bo cała praktycznie się zapadła, a żebra wyrządziły duże szkody prawemu płucu. Jedno z żeber uszkodziło osierdzie. Wsiadłem na rower dosłownie na krótką przejażdżkę, chyba gdzieś w grudniu, ale złapało mnie zakażenie wokół metalowych płytek, które umieszczono mi na żebrach, przez co znowu musiałem iść na operację i założyć więcej rurek do płuc. Dopiero na przełomie stycznia i lutego byłem w stanie normalnie jeździć na rowerze.

– kontynuował Froome, który już wówczas zdawał sobie sprawę, że jego kariera jest skończona. Nie czuł się wtedy psychicznie na siłach, by to ogłosić, co zrobił dopiero początkiem lipca:

Ten wypadek z sierpnia ostatecznie mnie załamał. Już wtedy czułem, że nie wrócę. Musiałem jednak uporządkować to sobie w głowie, nauczyć się z tym żyć. Gdy podpisywałem mój ostatni kontrakt, ludzie wiedzieli, że to moje ostatnie lata jako zawodowca i po prostu sądziłem, że dla wszystkich jest jasne, że moja kariera dobiegła końca, skoro mój kontrakt przestał obowiązywać. Nie czułem się na siłach, by cokolwiek ogłaszać. Poczekałem do momentu, aż będę czuł się dobrze. Dlatego oficjalne pożegnanie z kolarstwem nastąpiło tak późno. Teraz jest już inaczej. Cieszę się życiem, spędzam czas z rodziną, ze znajomymi i czuję się naprawdę świetnie.

– zakończył 41-latek.

Poprzedni artykułMontréal 2026: Szlachetny gest Madsa Pedersena
Następny artykułMathieu van der Poel: „Potrzebuję rytmu wyścigowego”
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze