fot. Lidl-Trek

Wielka trójka, jeden puchar, będzie bójka” – tak zatytułowaliśmy zapowiedź Ronde van Vlaanderen 2023. Dziś z wielkiej trójki została już tylko dwójka – Mathieu van der Poel i Tadej Pogačar, którzy zdominowali pierwszą część kolarskiej wiosny. Gdyby jednak dokoptować do nich, nieco na siłę, tego trzeciego, byłby nim nie Wout van Aert, a Mads Pedersen.

Rzut oka na listę zwycięzców mistrzostw świata wystarczy, by stwierdzić, że choć technicznie jest to klasyk, a te “rządzą się własnymi prawami”, to w ostatnich 10 latach po tęczową koszulkę sięgali wyłącznie kolarze wybitni. Gdyby stworzyć ranking 10 najwybitniejszych kolarzy XXI wieku, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że znaleźliby się w nim Tadej Pogačar, Peter Sagan, Alejandro Valverde, Remco Evenepoel i Mathieu van der Poel, a być może ktoś umieściłby w nim również Juliana Alaphilippe’a mając w pamięci jego wspaniały rok 2019. 

Poza wymienioną szóstką, w latach 2015-24 tęczową koszulkę podczas szosowych imprez ze startu wspólnego zakładał tylko jeden kolarz – Mads Pedersen. Gdy w 2019 roku wygrywał rozgrywany w skrajnie niesprzyjających warunkach wyścig w Yorkshire, był kolarzem niemal anonimowym. Był najmłodszym mistrzem świata w XXI wieku*, a wcześniej jego największym osiągnięciem było 2. miejsce w Ronde van Vlaanderen, które wówczas traktowano raczej jako jednorazowy wyskok. Zdecydowanie nie był kolarzem na poziomie Michała Kwiatkowskiego, który 5 lat przed nim sięgnął po koszulkę mistrza świata, podobnie jak on mając na koncie 24 lata. I choć jego osiągnięcia wciąż wyglądają gorzej niż wyczyny Polaka, to trzeba przyznać, że w ostatnich dwóch latach kariera Duńczyka wyraźnie przyspieszyła. 

*Był, ponieważ 3 lata później jego wynik pobił Remco Evenepoel

Okres przejściowy

Gdy w 2019 roku, już po mistrzostwie świata, rozmawiałem z Madsem Pedersenem w Syrakuzach, wyglądał na dość pewnego siebie i tego, że już kolejna kampania klasyków przyniesie w jego karierze przełom. Ten był potrzebny, bo wiosnę 2019 przejechał bez choćby jednego dobrego wyścigu. – Byłem w słabej formie, ale wolę, żeby przyczyna tego stanu rzeczy pozostała między mną, a moim zespołem – mówił, dość wyraźnie sugerując, że wie, co poszło nie tak. 

Kolejna wiosna nie przyniosła jednak wcale odpowiedzi na to, czy odpowiednie wnioski z poprzedniego roku zostały przez niego wyciągnięte. Pandemia spowodowała, że wszystkie wyścigi, które w kalendarzu znajdowały się po Paryż-Nicea przesunięto na drugą część lata. Prawdopodobnie z korzyścią dla niego, bo o ile ani w “Wyścigu ku Słońcu”, ani wcześniej, podczas “Opening Weekend” nie wyglądał zbyt dobrze, to gdy kolarze w końcu wrócili po lockdownie potrafił błysnąć w BinckBank Tour, a następnie wygrać Gandawa-Wevelgem.

Niestety, zarówno podczas specyficznej kampanii 2020, jak i rok później, jego problem pozostawał taki sam co we wcześniejszych sezonach – był nim brak regularności. Co sezon potrafił osiągnąć jeden, kiedy indziej dwa kapitalne wyniki, ale pozostałe klasyki przejeżdżał niewidoczny. W 2022 roku miał inny problem – regularnie pojawiał się w czołowej “10”, ale niemal zawsze w jej drugiej połowie. Wygrał tylko jeden klasyk – Fyen Rundt, wyścig drugiej kategorii. W tamtym sezonie nie był typowym klasykowcem, a łowcą etapów sprzyjających puncherom – raz był najlepszy na trasie etapu Tour de France, a trzy razy zwyciężał na trasie Vuelta a Espana. 

Rok przełomu

Przełom przyszedł dla Pedersena, w zależności od tego, jak na to patrzeć, w najlepszym lub najgorszym momencie. W najlepszym, ponieważ kampania klasyków z 2023 roku była jedną z najciekawszych w XXI wieku. To właśnie wtedy brukowane klasyki stały areną zmagań “wielkiej trójki”. Regularne starcia Wouta van Aerta, Tadeja Pogačara i Mathieu van der Poela powodowały, że wiosenne klasyki miały dramaturgię nieznaną w poprzednich sezonach. 

W tych wszystkich spektaklach Pedersen miał swoją bardzo dużą rolę. Nie wzbudzał tylu emocji co Filippo Ganna, nie zwyciężał tak często jak Christophe Laporte, ale był zdecydowanie najrówniejszym spośród wszystkich bohaterów drugiego planu. Praktycznie nie zawodził. Był 6. w Mediolan-San Remo, 5. w Gandawa-Wevelgem oraz Dwars door Vlaanderen, 4. w Paryż-Roubaix i przede wszystkim 3. w Ronde van Vlaanderen, gdzie udało mu się zepchnąć z podium Wouta van Aerta.

Wiosnę zakończył bez zwycięstwa w jakimkolwiek wyścigu jednodniowym, ale sezon klasyków nie zakończył się dla niego wcale pod koniec kwietnia. Dużej wygranej doczekał się w końcu pod koniec sierpnia gdy do swojego rosnącego coraz szybciej palmares dorzucił BEMER Classic. Nieco wcześniej wziął udział w jednej z najlepszych edycji Mistrzostw Świata w najnowszej historii kolarstwa, które po serii ataków zainicjowanych ponad 100 km przed metą było kolejnym wyścigiem zdominowanym przez “wielką trójkę”.

Pedersen nie stanął na podium, a po wyścigu był zły. Narzekał na to, że jego opony nie były wystarczająco przyczepne i przepraszał kolegów z zespołu, że nie pokonał Tadeja Pogačara w sprincie decydującym o brązowym medalu. Mimo wszystko, musiał być zadowolony ze swojej postawy. Ostatecznie tylko on był w stanie podążyć za Słoweńcem, Woutem van Aertem i Mathieu van der Poelem. Drugi raz pokazał, że pomimo całego swojego geniuszu, trzej najlepsi klasykowcy swojego pokolenia są w jego zasięgu. Wciąż jednak pragnął więcej.

Przerwana pogoń

Niedawno na platformie Max zaczął ukazywać się o nim serial dokumentalny zatytułowany: “Chasing Cobbles”, który można byłoby przetłumaczyć jako: “W pogoni za brukami”. W pierwszych odcinkach odsłaniane są kulisy startów Duńczyka w kampanii klasyków 2024. I już w drugiej scenie pierwszego odcinka można zobaczyć go podczas rozmowy z dyrektorem sportowym. Dość dobrze pokazywała z jak dużymi ambicjami Pedersen przystępował do sezonu.

W pierwszym roku naszej współpracy powiedział, że chce wygrać Tour of Denmark. Wygrał Tour of Denmark. Drugiego roku powiedział, że chce wygrać “semi-classic”*. Zajął drugie miejsce w L’Eurometropole… Oczekiwania są wysokie. – Zaczyna dyrektor sportowy. Pedersen kończy jego myśl – I celuję wysoko. W tym roku chcę wygrać monument!

Zadanie wydawało się szalenie trudne nawet mimo tego, że Tadej Pogačar tym razem postanowił odpuścić starty w brukowanych klasykach, które upodobał sobie Duńczyk. Na placu boju wciąż pozostawali wszak nieuchwytni dla niego podczas większości wyścigów Mathieu van der Poel oraz Wout van Aert. Nieuchwytni byli także podczas E3 Saxo Bank Classic, gdzie Holender zaatakował na 40 kilometrów przed metą, a Belg, choć akurat w chwili ataku rywala upadł, to szybko się pozbierał, błyskawicznie minął pozostałych kolarzy i rozpoczął ambitną pogoń. Ta się nie udała, a w końcówce wyprzedził go Jasper Stuyven, jednak nie było wątpliwości, że brukowy duopol dwóch przełajowców wciąż trzyma się całkiem dobrze.

Nadzieję Pedersenowi mógł przynieść kolejny wyścig – Gandawa-Wevelgem. Na starcie nie było wprawdzie Van Aerta, ale był Van der Poel, który nagle okazał się rywalem w jego zasięgu. Duńczyk odjechał razem z Holendrem pozostałym rywalom, a potem pokonał go na finiszu. Kolarz Lidl-Trek nie tylko pokazał, że potrafi pokonać Van der Poela na dwójkowym finiszu po wykańczającym wyścigu – on był od niego mocniejszy nawet na podjazdach. – Na Kemmelbergu niemal nie wytrzymałem tempa Madsa – opowiadał Van der Poel wkrótce po wyścigu. Do tego w wybornej formie byli jego najważniejsi pomocnicy – przede wszystkim Jonathan Milan i Jasper Stuyven. Wszystko układało się perfekcyjnie.

Niestety już 3 dni później sielanka się skończyła. Na trasie Dwars door Vlaanderen leżał w jednej z najbardziej brzemiennych w skutkach kraks ostatnich lat. Wylądował na ziemi obok m.in. Biniama Girmaya i Wouta van Aerta. Choć miał więcej szczęścia niż Belg, bo akurat jego kraksa nie wykluczyła ze startu w Ronde van Vlaanderen to poważnie ograniczyła szanse na zwycięstwo. Po pierwsze pozbawiła go dwóch pomocników – Stuyvena i Kircha. Po drugie, jego stan nie był taki sam jak przed kraksą. Nie tylko dlatego, że był poważnie poobijany. – Z powodu nagromadzenia się wody w organizmie i stanu zapalnego nagle przytył 3-4 kg. Cała czteromiesięczna dieta poszła do kosza! – można usłyszeć w “Chasing Cobbles”.

W tej sytuacji trudno się dziwić że w rozegranym kilka dni później Ronde van Vlaanderen zajął dopiero 22. miejsce. Zresztą, i tak mogło być lepiej, bo Pedersen był w zaskakująco dobrej formie, biorąc pod uwagę kontekst. Gdyby nie bezsensowny atak w pierwszej fazie wyścigu być może udałoby się mu nawet powalczyć o podium – za zwycięzcą Mathieu van der Poelem przyjechała 11-osobowa grupa, z której najlepszy był Luca Mozzato. Na szczęście monumentalne podium mu nie uciekło. Gdy pojawił się na starcie Paryż-Roubaix czuł się już nieporównywalnie lepiej i zakończył wyścig na 3. miejscu.

*Termin, który trudno przetłumaczyć na język polski. Istnieją różne jego interpretacje, jednak za każdym razem dotyczy wyścigów mniej prestiżowych niż monumenty, lecz cieszące się długa tradycją – znajdują się wśród nich zarówno wyścigi, które są w World Tourze jak i te zaliczane do Pro Series. Zalicza się do nich także wygrane przez Pedersena w 2018 roku L’Eurometropole.
Dogonić zająca

W 2023 roku pokazał, że potrafi być godnym rywalem dla Pogačara, Van Aerta i Van der Poela, w 2024 – że jest w stanie pokonywać jej członków w bezpośrednim pojedynku o zwycięstwo. W tegorocznej kampanii postawił kolejny krok. Udowodnił sobie i wszystkim kibicom, że potrafi być równie spektakularny co najwięksi kolarze dzisiejszego peletonu. Dla Mathieu van der Poela, Tadeja Pogačara, ale i Remco Evenepoela samotne, trwające kilkadziesiąt kilometrów rajdy to codzienność. Mads Pedersen zdecydowanie częściej wykorzystuje swoją szybkość – wytrzymuje tempo swoich rywali i pokonuje ich dopiero na finiszach. Podczas Gandawa-Wevelgem 2025 stało się inaczej. 

Duńczyk zaatakował z grupy faworytów na 70 km przed metą i tyle go widzieli. Później jeszcze minął ucieczkę dnia i samotnie popędził w kierunku linii mety. Jego samotny rajd trwał 56 kilometrów – jak na razie jest to rekord tegorocznej wiosny. Coś co chwilę po wyścigu nazwał głupim ruchem, dało mu najbardziej spektakularne zwycięstwo w karierze.

Tyle że ten tekst nigdy by nie powstał, gdyby na tym się skończyło. Obsada Gandawa-Wevelgem, pomijając sprinterów, była relatywnie kiepska. Zabrakło w niej większości topowych klasykowców, włącznie z Mathieu van der Poelem, Woutem van Aertem i Tadejem Pogačarem. Na szczęście w wyścigach znacznie lepiej obsadzonych radzi sobie równie dobrze. Nie ma przypadku w tym, że na podium obu brukowanych monumentów stawali tylko trzej zawodnicy – wielka dwójka i on.

I bynajmniej nie był jedynie tłem dla ich rozpalającej wyobraźnię kibiców rywalizacji – Wyścig Dookoła Flandrii, który przejdzie do historii jako zacięta walka Holendra ze Słoweńcem ostatecznie zakończył przed tym pierwszym – na drugim miejscu. Z kolei defekt, który spotkał go w najgorszym możliwym momencie i następująca po nim zacięta pogoń grupy Pedersena za Pogačarem pozwala snuć różne teorie na temat tego, co by się stało, gdyby nie pech.

Mimo wszystko Mads Pedersen nie jest i prawdopodobnie już nigdy nie będzie elementem wielkiej trójki – nie tylko dlatego, że nie był w tym sezonie ani razu bliski tego, by pokonać któregokolwiek z nich. Van der Poel oraz Pogačar grają dziś w swojej lidze – niedostępnej nawet dla takich kolarzy jak Wout van Aert z 2023. Obaj mają po osiem wygranych monumentów, większość z kolosalną przewagą, więc każdy porównany do nich klasykowiec zawsze będzie wyglądał przy nich blado. Jednak ten sezon jest kolejnym potwierdzeniem tego, że pewnego dnia Duńczyk może wygrać monument. Choć na dystansie całej kariery, a nawet całego sezonu, pewnie nigdy nie dorówna ani jednemu, ani drugiemu, to na przestrzeni wyścigu – może to zrobić. Tak jak rok temu w Wevelgem.

Poprzedni artykułNiebezpieczna końcówka Ronde van Limburg 2025 [wideo]
Następny artykułElisa Longo Borghini wraca do ścigania po upadku
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze