fot. Getty Images

28-letni Erytrejczyk z drużyny EF Education-Easy Post jest jedynym czarnoskórym kolarzem w tegorocznej edycji Wyścigu dookoła Hiszpanii. Fakt, że MŚ w kolarstwie szosowym w 2025 roku odbędą się w Rwandzie, inspiruje do wypatrywania w zawodowym peletonie kolarzy z Afryki i śledzenia ich losów.

Chociaż Erytrea bywa nazywana „Koreą Północną” Afryki to jest ojczyzną wielu znakomitych kolarzy. Z pewnością w dużej mierze dzieje się tak dlatego, że chociaż to kraj położony nad Morzem Czerwonym, to w jego głębi biegnie górski łańcuch o wysokości około 2 tys. metrów nad poziomem morza. Dzisiaj już wszyscy znają Biniama Girmaya albo kojarzą, kim jest Merhawi Kudus, który aktualnie ściga się w hiszpańskiej Vuelcie i marzy o powtórzeniu sukcesu swojego rodaka z Giro, czyli wygrania etapu na wielkim tourze. W rozmowie z dziennikiem „El Pais” po 17. etapie deklarował, że na dwóch pozostałych w wyścigu odcinkach górskich będzie robił wszystko, żeby tak właśnie się stało.

Gdy David Lappartient rozpoczął kampanię przed wyborami na prezydenta Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) zapowiadał, że jednym z jego głównych celów będzie doprowadzenie do zorganizowania pierwszych w historii MŚ w kolarstwie szosowym na kontynencie afrykańskim. Po objęciu fotela szefa UCI słowa dotrzymał i polecił pięćdziesięciu federacjom kolarskim z Afryki ubieganie się o status państwa-gospodarza. Do ostatecznej rozgrywki weszły Maroko i Rwanda, z której zwycięsko wyszło to drugie państwo, znane z organizowania popularnego wyścigu Tour du Rwanda ze słynnym afrykańskim odpowiednikiem Mur de Huy (Mur de Kigali) na trasie.

Ten fakt stanowi ogromny bodziec do rozwijania kolarstwa w Afryce. Organizacja tak dużej sportowej imprezy pozwala wykorzystać potencjał na rozmaitych polach – od szkoleniowego, infrastrukturalnego, sportowego po medialny i wizerunkowy. Być może uda się także rozwiązać kilka istniejących problemów, jak chociażby dziewięćdziesięciodniowe wizy na pobyt w Europie dla kolarzy z Afryki, które w znaczący sposób ograniczają ich kariery na Starym Kontynencie. A nie jest przecież tajemnicą, że droga na kolarski szczyt prowadzi przez Europę. Jak powiedział Biniam Girmay po zwycięstwie w Giro, „chodzi o to, aby zostać zauważonym i otrzymać szansę w Europie”.

Podobny szlak musiał przejść w trakcie swojej kariery Merhawi Kudus. Po dobrych występach w Afryce został dostrzeżony przez World Cycling Centre siedzibie UCI w Aigle, w Szwajcarii, dokąd wyjechał jako bardzo młody chłopak. – Było mi bardzo ciężko, miałem 19 lat i nigdy wcześniej nie przebywałem z dala od rodziny dłużej niż dwa dni. Ale kiedy jest się młodym, ma się energię i nie czuje się strachu, a poza tym byłem podekscytowany szansą bycia profesjonalnym kolarzem. Moi rodzice się o mnie martwili, a ja odliczałem dni do spotkania z nimi – wspomina Kudus na łamach „El Pais”.

Przetrwał trudności i w 2014 roku podpisał kontrakt z drużyną MTN Qhubeka, a potem, w 2016 roku, Dimension Data – pierwszą ekipą World Tour zarejestrowaną w Afryce, która notabene już nie istnieje. W jej barwach zajął drugie miejsce na etapie Vuelty, a ponadto dwa razy wziął udział w Giro i raz w Tour de France. – Tamta ekipa jeździła na mnie. Teraz to ja pracuje dla innych. Ale moim marzeniem jest wygrać etap na Vuelcie, tak jak Biniam zwyciężył w Giro d’Italia. Będę próbował na pozostałych dwóch górskich etapach. Będę musiał zabrać się w jakąś ucieczkę – mówił Kudus.

W czasach kolonialnych rower był symbolem biedy narodów kolonizowanych. Francuzi czy Brytyjczycy poruszali się samochodami lub motocyklami. Teraz z kolei jest zupełnie odwrotnie – to biali stoją za sterami prestiżowego rowerowego świata, a kolarze z Afryki muszą włożyć kilkakrotnie więcej sił niż Europejczycy, aby wypracować sobie takie same pozycje. W 2013 roku Erytrejczyk Natnael Berhane wygrał Tour of Turkey, dwa lata później koszulkę najlepszego górala w Tour de France założył na chwilę jego rodak Daniel Teklehaimanot. I chociaż w tegorocznej Wielkiej Pętli znowu nie wystartował ani jeden czarnoskóry kolarz, to kilka historycznych sukcesów osiągnął Biniam Girmay (zwycięstwo w Challenge Mallorca, Gandawa-Wevelgem oraz etap na Giro). Widać wyraźnie, że ekspansja afrykańskiego kolarstwa wciąż ma charakter sinusoidalny.

Trzeba mieć baczne oko na to, co będzie działo się z afrykańskim kolarstwem do 2025 roku i później. Na ile obecność europejskich ekspertów w Afryce czy działalność takich organizacji jak Team Amani, Team Bike Aid czy World Cycling Centre rzeczywiście złamie wciąż istniejące bariery. Były rwandyjski kolarz Adrien Niyonshuti zorganizował podczas tegorocznego Touru akcję mającą na celu promowanie kolarstwa w Afryce. Na rowerze z jednym przełożeniem (typu rower miejski) podjechał pod Alpe d’Huez w czasie 1h 28 minut, podczas gdy Tom Pidcock zrobił to w 39 minut i 12 sekund. Oby za kilka lat tego typu akcje – choć piękne i szczytne – nie były potrzebne.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments