Fot. Szymon Gruchalski

Ostatni tydzień upłynął nam pod znakiem prezentacji poszczególnych etapów Giro d’Italia. Niestety trasa nie wszystkim przypadła do gustu. Narzeka na nią m.in. Joao Almeida.

Portugalczyk jest bohaterem ostatnich dwóch edycji Giro d’Italia. Edycja z 2020 roku przyniosła mu pierwszy wielki sukces w karierze. Przez 15 etapów zakładał różową koszulkę, tracąc ją dopiero w samej końcówce. Zresztą, pomimo lekkiego kryzysu na ostatnich etapach, udało mu się zakończyć cały wyścig na świetnym czwartym miejscu.

Z kolei poprzedni wyścig miał dla niego całkowicie odwrotny przebieg. Na pierwszych etapach stracił mnóstwo czasu z powodu słabej formy i konieczności pomagania Remco Evenepoelowi, natomiast w trzecim tygodniu złapał drugi oddech. Biorąc pod uwagę tylko suche liczby, był najlepszym zawodnikiem ostatnich sześciu etapów. Zdołał więc uratować Giro dla Deceuninck-Quick Stepu i ostatecznie zakończyć wyścig na 6. miejscu w klasyfikacji generalnej.

Oczywiście dużą rolę w tych dwóch świetnych wynikach odgrywały czasówki. Co prawda Portugalczykowi daleko do Filippo Ganny, ale obok jego umiejętności jazdy na czas nie da się przejść obojętnie. W każdej z pięciu prób czasowych, które przejechał podczas dwóch Wyścigów Dookoła Włoch pokonywał wszystkich najważniejszych rywali w walce o wysokie miejsce w generalce.

Nic więc dziwnego, że tegoroczna trasa nie przypadła mu do gustu. Znalazło się na niej zaledwie 26 kilometrów jazdy na czas – najmniej od 1962 roku. Tymczasem górale będą mieli zdecydowanie większe pole do popisu – będą mieli do dyspozycji m.in. Passo Pordoi, Etnę, Blockhaus i Mortirolo.

Etapy górskie powinny zadecydować o wszystkim, ponieważ mamy bardzo mało kilometrów jazdy na czas. Zaczniemy od 9-kilometrowej czasówki na Węgrzech, druga próba czasowa będzie miała długość jedynie 17-kilometrów. I to tyle – właśnie dlatego typowi górale będą mieli łatwiej. Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby trasa wyglądała nieco inaczej

– mówi Joao Almeida w rozmowie z Publico.

Mimo to udział 23-latka w wyścigu jest już raczej przesądzony. Szefowie UAE Team -zespołu, do którego przejdzie w przyszłym sezonie, już potwierdzili, że stanie na starcie pierwszego etapu w Budapeszcie. I raczej nie będą zmieniać decyzji, bo w końcu Tour de France to domena Tadeja Pogacara. Portugalczykowi pozostaje więc liczyć na swoje umiejętności wspinaczkowe. A te wcale nie są najgorsze, o czym jego rywale już wielokrotnie mieli okazję się przekonać.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Azi
Azi

To skoro trasa nie dla niego, to niech wyślą tam Majkę 🙂