Jednym z Polaków, który jechał dziś w biało-czerwonych barwach w wyścigu ze startu wspólnego o mistrzostwo Europy w Trentino był Michał Gołaś.

Zakończyły się mistrzostwa Europy w kolarstwie szosowym, które w tym roku odbywały się we włoskim Trentino. Ostatnim wyścigiem był start wspólny elity mężczyzn, w którym wzięło udział sześciu reprezentantów Polski – Michał Gołaś, Jakub Kaczmarek, Maciej Paterski, Marcin Budziński, Przemysław Kasperkiewicz i Szymon Tracz. Ze względu na bardzo wysokie tempo od samego startu i liczne ataki zawodników czołowych nacji, żadnemu z polskich kolarzy nie udało się utrzymać w peletonie do rundy w Trydencie.

– Plan był taki, żeby trzymać się z przodu i zobaczyć, jak daleko uda się dojechać z najlepszymi, ale dzisiaj najsilniejsze ekipy zdecydowały, że będą rozgrywać wyścig od pierwszych podjazdów i myślę, że ściganie było od pierwszego kilometra

– mówił nam po wyścigu Michał Gołaś.

Na pierwszym pomiarze, ulokowanym na początku pętli w Trydencie, Michał Gołaś i Maciej Paterski jechali w jednej z grup pościgowych i do liderów tracili niespełna półtorej minuty. Straty nie udało się jednak odrobić i Polacy nie ukończyli wyścigu.

– Nie było tak, że od razu się poddaliśmy – zakładałem, że pierwsza grupa stanie, będzie jakiś odjazd i wyścig zacznie się od nowa, ale, jak widać, nie było dzisiaj takiego momentu przestoju

– tłumaczył.

Wyścig o mistrzostwo Europy w Trentino był bardzo specyficzny – od grupy bardzo szybko próbowali się oderwać mocni zawodnicy, a niektóre reprezentacje nie chciały odpuścić ucieczki. Doprowadziło to do rozerwania peletonu jeszcze przed wjazdem do Trydentu.

– Teraz trzeba spodziewać się wszystkiego. Mówiłem, że może być dobrze, jeżeli Pogacarowi lub komuś z tych silnych zawodników nie zachce się ścigać już od Monte Bondone, bo inaczej peleton będzie w kawałkach. Taki scenariusz się sprawdził, bo Włosi od razu kontrolowali ten pierwszy odjazd i wyścig zaczął się wtedy od nowa

– wyjaśniał Michał Gołaś.

– Obsada na pewno jest bardzo mocna, z drugiej strony – nie pamiętam takich mistrzostw, gdzie nie było w ogóle kontroli od startu. Te imprezy mistrzowskie zawsze rozgrywały się w trochę innym scenariuszu – po prostu szedł odjazd i później te najlepsze ekipy kontrolowały wyścig, żeby dowieźć swoich liderów do ostatnich kilometrów i wtedy oni przejmowali ciężar walki na siebie. W tym roku praktycznie nie było żadnej kontroli, od pierwszego kilometra ścigaliśmy się jak młodzicy, nie było żadnego przeliczania i sam jestem ciekaw, jak to się zakończy

– dodał.

Jak wiemy, zakończyło się piękną walką faworytów, w której najlepszy był Sonny Colbrelli – Włoch na finiszu pokonał Remco Evenepoela (Belgia), ale zanim dojechał do kreski, musiał odpowiadać na liczne ataki rywali, które miały miejsce nie tylko w końcówce, ale i dużo wcześniej.

– Jeszcze jakiś czas temu (wyścigi mistrzowskie) nie różniły się one bardzo od pozostałych wyścigów na poziomie world tour, ale kolarstwo jest coraz bardziej nieprzewidywalne i ludzie przestają przeliczać – nie patrzą, że jest 170 kilometrów, tylko atakują na 100 kilometrów do mety. Tak naprawdę ci najmocniejsi nie oszczędzają się już od startu i to było widać tydzień temu na Beneluxie czy dzisiaj, gdzie już po kilkunastu, kilkudziesięciu, kilometrach ruszają ci najlepsi i tak naprawdę niewiele można tutaj wymyśleć, taktyka w takich sytuacjach niewiele daje

– wyjaśniał Michał Gołaś.

Po sezonie 2021 Polak zakończy swoją zawodową karierę. W czasie jej trwania wielokrotnie reprezentował biało-czerwone barwy na największych imprezach świata – mistrzostwach globu, Europy, a także igrzyskach olimpijskich.

– Plan na dzisiaj jest taki, że ruszam na dwa wyścigi do Włoch, później mistrzostwa świata, jeden wyścig w Belgii i Paryż-Roubaix, który powinien być moim ostatnim wyścigiem

– zakończył.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Jan
Jan

DNF w U23, DNF w seniorach. Gdy skończy się “era” Majki i Kwiato, znów będzie posucha w polskim kolarstwie.