fot. PhotoGomezSport

412 dni – tyle Nairo Quintana czekał na kolejne zwycięstwo. Na szczęście licznik zatrzymał się wczoraj, po pierwszym etapie Vuelta Asturias.

Początek tego sezonu był dla Kolumbijczyka zdecydowanie mniej pomyślny, niż rok temu. Wtedy triumfował na królewskich etapach Tour de la Provence, Tour des Alpes Maritimes et du Var, a także Paryż-Nicea, jednocześnie wygrywając klasyfikacje generalną dwóch pierwszych wyścigów.

Od tego czasu niestety wiele się zmieniło – przerwa pandemiczna, a także kontuzja odniesiona w wyniku kolizji z samochodem sprawiły, że po wznowieniu ścigania Kolumbijczyk nie błyszczał tak, jak na początku sezonu 2020. Szczególnie źle było podczas Tour de France. O obecności Kolumbijczyka we Francji przypominały głównie doniesienia o jego problemach z kolanami i o mini-aferze dopingowej z jego udziałem.

W tym sezonie Kolumbijczyk również nie mógł być zadowolony ze swojej postawy – ani razu nawet nie zbliżył się do zwycięstwa. Aż do wczoraj. Na premierowym etapie Wyścigu Dookoła Asturii zaatakował na ostatnim podjeździe i samotnie dojechał do mety, w stylu, który mógł przypominać piorunujący początek ubiegłego sezonu.

Zaatakowałem z silną wolą zwycięstwa. Musiałem wykończyć pracę zespołu. Ostatnia wspinaczka była bardzo krótka, ale widzieliśmy ją już dzień przed wyścigiem. Jeśli naprawdę chcesz wygrać, w naturalny sposób znajdziesz energię, by to zrobić. Zespół bardzo mocno na mnie pracował, a wszyscy moi koledzy z drużyny wiedzieli, co robić. W takich sytuacjach wszystko staje się łatwiejsze

– mówił po wszystkim pierwszy lider wyścigu.

Jeśli na kolejnych dwóch trudnych etapach Kolumbijczyk spisze się równie dobrze, prawdopodobnie wygra wyścig, a to byłby dobry prognostyk przed kolejnymi, bardzo ważnymi dla niego imprezami – Criterium du Dauphine i Tour de France. Nawet jeśli Antonio Pedrero i Pierre Latour to rywale zdecydowanie mniej groźni, niż Tadej Pogacar i Primoż Roglić.

 

 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments