fot. Real Federacion Espanol de Ciclismo

Również 75. edycja wyścigu Vuelta a España, podobnie jak dwa poprzedzające ją wielkie toury, dotrze do mety zgodnie z planem. Nawet jeśli nie zostanie zapamiętana jako najbardziej wybitny rocznik, ciągle była pięknym hołdem złożonym północy Półwyspu Iberyjskiego i ciekawą opowieścią, tym razem o wewnętrznej walce. Zanim jednak przejdziemy do obszerniejszych podsumowań, ten dziwny kolarski sezon zwieńczy królewski sprint na ulicach Madrytu.

Jak przystało na etap przyjaźni, kręcić będziemy się dziś po przedmieściach stolicy kraju – w tym przypadku dość dosłownie, bo przed wjazdem do centrum Madrytu peleton zrobi wokół niego niemal pełną pętlę. Na trasie liczącej 124,2 kilometra nie zabraknie więc typowych dla silnie zurbanizowanych obszarów pułapek (architektury drogowej, małych rond itp.), jednak zawodnikom nie będzie się w niedzielne popołudnie przesadnie spieszyć, więc mamy nadzieję, że żaden z nich z tego powodu nie zamknie swojego sezonu startów kilka godzin przed czasem.

Tym, co dziś się liczy – oczywiście poza świętowaniem triumfu najlepszych kolarzy poszczególnych klasyfikacji – są finałowe kilometry etapu, na których zobaczymy pojedynek najpierw pociągów, a następnie najlepszych sprinterów 75. edycji hiszpańskiego wielkiego touru. Szerokie arterie umożliwiają dobre rozprowadzenie zawodników, a poza czystym przyspieszeniem, o wyniku tej rywalizacji zadecyduje pozycja po nawrocie ok. 1000 metrów od linii mety.

Pogoda ma być dziś znośna, a to najlepsze, co zazwyczaj ma w swojej ofercie listopad.

Oto, co na temat 18. etapu 75. edycji Vuelta a España napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 18, 8 listopada: Hipódromo de la Zarzuela › Madrid (124.2k)

Etap przyjaźni okraszony sprinterskim pojedynkiem na ulicach Madrytu.

Nie tylko Vuelta, ale wszystkie trzy z tegorocznych wyścigów wieloetapowych były bardzo nieprzychylne sprinterom, dając im niewiele szans na pokazanie swojej formy i talentu.

Zapowiadanymi jeszcze przed rozpoczęciem hiszpańskiego wielkiego touru pojedynkami Sama Bennetta (Deceuninck-Quick Step), Pascala Ackermanna (Bora-hansgrohe) i Jaspera Philipsena (UAE-Team Emirates) nie zdążyliśmy się więc nawet nacieszyć, a dzisiejszą rywalizację każdy z nich rozpocznie z jednym etapowym triumfem na koncie (przynajmniej na papierze), czyli bez psychologicznej przewagi po którejkolwiek stronie.

Który z nich okaże się najszybszy? Rozum podpowiada, że Bennett, którego na pewno podbudował udział w tegorocznej edycji Wielkiej Pętli i który będzie mógł dziś liczyć na największe wsparcie swojej drużyny – bardzo istotne podczas sprintów na szerokich alejach centrów miast. Serce wyraźnie jest po stronie 22-letniego Philipsena, który ma na swoim koncie zwycięski finisz bardzo wymagającego etapu, ale by powtórzyć ten wyczyn w niedzielne popołudnie, poza szybkością będzie musiał wykazać się taktycznym błyskiem.

Bardzo więc możliwe, że ostatecznie padnie na Ackermanna, czy nawet Magnusa Corta Nielsena (EF Pro Cycling), bo taki właśnie to był rok – nie tylko w kolarstwie.

***

Czytelnikom naszosie.pl, tym nałogowym i tym niedzielnym, bardzo dziękuję za te pozbawione wytchnienia tygodnie tegorocznego sezonu, podczas których kolejny raz miałam przyjemność i zaszczyt zawiązywać historie o finałach, które tego samego dnia rano często nawet nie przyszły mi go głowy. Bez Was wstawanie na długo przed budzikiem byłoby zbyt nieznośne.

Z zapowiedziami wrócę w przyszłym roku i trzymam kciuki, aby Paryż-Roubaix rozegrany został w kwietniu, Tour de France w lipcu, a Il Lombardia w październiku. Reszta sama się ułoży.