fot. Jumbo - Visma

Piąty etap hiszpańskiej Vuelty, zgodnie z przewidywaniami, należał do ucieczki. Nie zabrakło jednak interesujących rozstrzygnięć. Czas na oceny.

Plusy:
Niezłomny
Od samego początku wyścigu dookoła Hiszpanii Tim Wellens próbował swoich szans w ucieczkach. Po jednym z etapów powiedział nawet, że “nie próbując, nigdy nie będzie miał okazji wygrać”. Dziś Belg dopiął swego i w pięknym stylu sięgnął po etapowe zwycięstwo. Liczymy, że lider ekipy Lotto Soudal do samego końca wyścigu powalczy o zwycięstwo w klasyfikacji górskiej.

Taktyczny kameleon
To, co dziś wymyśliła ekipa Jumbo – Visma, było niezwykle agresywne z taktycznego punktu widzenia. Wysłanie Seppa Kussa do ucieczki wymusiło na rywalach narzucenie bardzo mocnego tempa, które z pewnością zmęczyły niejednego pomocnika. Dzięki temu, przed jutrzejszym, trudnym etapem (choć nie bardzo trudnym), holenderski team mógł zaoszczędzić siły, co z kolei zapowiada kolejny świetny etap żółto-czarnych w górach.

Minusy:
Mikro zyski
Zważając na fakt, że w samej końcówce faworyci postanowili nieco się pościgać, nieco żałujemy, że organizatorzy zdecydowali się całemu peletonowi zaliczyć ten sam czas wjazdu na metę. Tym samym, z czterech zyskanych sekund, Primoz Roglic nie otrzymał żadnej. Odetchnął z kolei Daniel Martin, który z pewnością obawiał się większych konsekwencji upadku.

Niepotrzebne nerwy
Skoro już wywołaliśmy temat Daniela Martina, warto wspomnieć o nim nieco więcej. Irlandczyk nie od dziś znany jest ze swoich umiejętności straty czasu do lidera w najbardziej abstrakcyjny sposób. Niewiele brakowało, a podobnie byłoby także dziś. Lider ekipy Israel Start-Up Nation był uwikłany w kraksę kilkaset metrów przed metą, która mogła nawet dodać do jego czasu niepotrzebne półtorej minuty. Na jego szczęście sędziowie postanowili zaliczyć mu czas grupy, choć wcale nie było to takie oczywiste.