fot. ASO / Pauline Ballet

Czy państwo już ochłonęli? My na pewno nie. Mimo to, czas nieco przeanalizować to, co stało się na 20. etapie Tour de France. Czas na oceny.

Plusy:
Bestia z twarzą dziecka
Ponad 20 lat temu, w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów, kiedy wydawało się, że Bayern Monachium ma tytuł w kieszeni, na boisku pojawił się Ole Gunnar Solskjaer. Norweg, który znany był z mocno dziecięcych rysów twarzy, odmienił obraz meczu, w samej końcówce dając tytuł Manchesterowi United. Dziś byliśmy świadkami czegoś bardzo podobnego. Absolutnie nikt nie spodziewał się, że Tadej Pogacar może pojechać aż tak dobrą czasówkę, absolutnie niszcząc Primoza Roglica. Młodszy ze Słoweńców zrobił jednak coś niewyobrażalnego, zdobywając żółtą koszulkę na dzień przed końcem imprezy. Tu nie ma nic do dodania. Lider UAE Team Emirates po prostu wygrał wyścig.

Podium na koniec kariery?
Wczoraj wieczorem wiele mówiło się o szansach Richiego Porte na wejście na podium klasyfikacji generalnej. Choć Miguel Angel Lopez mocno pomógł w tym Australijczykowi, nie można powiedzieć, że lider Trek – Segafredo sam nie zrobił wszystkiego, by stało się to możliwe. 35-letni zawodnik pojechał wybitną czasówkę, sięgając po sukces życia, być może nawet na koniec swojej kariery. Po zakończeniu rywalizacji Porte przyznał bowiem, że najprawdopodobniej był to jego ostatni wyścig.

Holenderska potęga
Choć dziś nie jest to żadne pocieszenie, ekipa Jumbo – Visma ponownie pokazała, że jest obecnie najmocniejszą w peletonie. Aż trzech kolarzy holenderskiego teamu ukończyło dzisiejszy etap w czołowej 5, co jest wynikiem więcej niż znakomitym. Co jednak z tego, skoro najważniejszy cel nie został zrealizowany.

Jak Filip z konopii
Patrząc na wyniki dzisiejszego etapu, chyba każdy powinien na chwilę zatrzymać się przy zawodniku, który zajął 6. miejsce. Mowa o Remim Cavagni, który przez bardzo długi czas był liderem na dzisiejszym etapie. Francuz, który nigdy nie uchodził za wybitnego wspinacza, a czasowcem jest po prostu dobrym, stracił do zwycięzcy dzisiejszego odcinka niecałe 2 minuty, co jest wynikiem naprawdę świetnym. Nie można więc przejść obok tego obojętnie.

Minusy:
Zniszczone marzenie
Absolutnie nie chcemy być dziś w skórze Primoza Roglica. Choć znakomity Słoweniec przez cały wyścig nie popełnił żadnego błędu, a dziś też nie pojechał złej czasówki (potrafi lepiej, lecz nie zanotował fatalnego wyniku), ostatecznie nie udało mu się spełnić marzenia o wygraniu Wielkiej Pętli. Choć oczywiście drugie miejsce w Tour de France to także znakomity wynik, 30-letni zawodnik z pewnością ma przed sobą najtrudniejszy wieczór w życiu.

Absurdalny upadek
W pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej znajdziemy dziś zawodnika, który pojechał naprawdę fatalną czasówkę. Mowa oczywiście o Miguelu Angelu Lopezie, który miał naprawdę sporą szansę by stanąć na podium, a ostatecznie stracił… 6 minut i 17 sekund, przegrywając na górskiej (!) czasówce z takimi kolarzami jak Michael Schar, Connor Swift czy… Christophe Laporte. Tak, Lopez na Belles Filles wjechał w gorszym czasie od sprintera ekipy Cofidis. Ba, wbrew pozorom, nie tak wiele zabrakło, by Kolumbijczyka w klasyfikacji generalnej wyprzedził nawet Tom Dumoulin, który przed etapem tracił do niego prawie 6 minut. Absurd.

Nieudane pożegnanie
W tym miejscu warto podkreślić, że nie tylko Miguel Angel Lopez pojechał dziś źle. Swoje cenne miejsce w czołowej “10” klasyfikacji generalnej stracił także Alejandro Valverde, który był wolniejszy nawet od Kolumbijczyka. Kolarz ekipy Movistar stracił ponad 6 i pół minuty, co spowodowało, że w klasyfikacji generalnej wyprzedzili go Damiano Caruso oraz Guillaume Martin.