fot. Canyon//SRAM / Thomas Maheux

Kasia Niewiadoma od kilku sezonów jest jedną z czołowych i najbardziej utytułowanych polskich kolarek szosowych. Konsekwentnie plasuje się w czołówkach wyścigów, a w poprzednim sezonie dostarczyła polskim kibicom niesamowitych emocji, zwyciężając we wspaniałym stylu w prestiżowym klasyku – Amstel Gold Race. Kilka tygodni przed wznowieniem startów opowiedziała nam między innymi o drobnych przeszkodach w przygotowaniach, o tym, czym denerwują ją dziennikarze, o trasie wyścigu olimpijskiego, a także o… kondycji sanitarnej Chin i Japonii. 

Podobają ci się odświeżone, bardziej kolorowe stroje drużyny Canyon//SRAM?

Podobają mi się. Zresztą ja nigdy nie miałam problemu ze strojami. Ciuchy każdej drużyny, w której dotychczas jeździłam podobały mi się. A z Raphą jest o tyle fajnie, że ta firma zwraca uwagę, aby stroje były jak najbardziej kobiece, nie ponure, oraz żeby się wyróżniały.

Jakość też jest w porządku? Bo z tym nawet w zawodowym peletonie bywa czasami różnie.

Tak, jest w porządku. Odczuwamy to zwłaszcza, gdy ścigamy się w belgijskich czy holenderskich klasykach, gdzie czasami przez cały wyścig jest bardzo zimno. Jeżdżąc w różnych drużynach miałam czasami do czynienia ze strojami (nie będę wymieniać marek), które wymagały ubrania na siebie kilku warstw, a i tak przemokłam do suchej nitki. Teraz, gdy ubieram stroje marki Rapha, to wiem, że założę kurtkę oraz pelerynkę i będę czuła się dobrze. Wydaje mi się, że oni mają lepsze materiały na gorsze warunki atmosferyczne.

W jakim punkcie przygotowań do nowego sezonu się teraz znajdujesz?

W sumie ostatnio znajdowałam się w martwym punkcie. Dopiero teraz czuję, że powoli ruszam do przodu. Na początku stycznia miałam problemy z plecami i z rwą kulszową. W związku z tym odeszły mi trzy tygodnie treningów. Nigdy wcześniej nie zmagałam się z czymś takim. Okazało się, że przyczyną jest zmiana butów i inaczej ustawione bloki. Pedałowałam w rezultacie w zupełnie innym stylu i przez to zniszczyłam sobie plecy. Chodziłam od jednego lekarza do drugiego, by znaleźć przyczynę tych dolegliwości i jak najszybciej wrócić na rower. Tydzień temu wróciłam do Girony i w poniedziałek jadę jeszcze na testy do Niemiec, które, mam nadzieję, wykażą, że wszystko jest w porządku. Chcę trenować już normalnie, z pełnymi obciążeniami, bez towarzyszącej mi myśli, że mogę zrobić sobie jeszcze większą krzywdę.

Czy wobec tego możemy cokolwiek powiedzieć o twoim kalendarzu startów?

Nie, na razie ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć, ponieważ muszę oceniać moje samopoczucie dzień po dniu. To jest taka dziwna sytuacja, ponieważ nie można nazwać tego zwyczajną kontuzją, na przykład złamaniem, dlatego trudno mi określić, jak będę czuła się za tydzień. Mam nadzieję, że już za kilka dni albo pod koniec zgrupowania naszej drużyny będę mogła podać więcej informacji.

Tuż przed naszą rozmową obejrzałam sobie skróty z ubiegłorocznego wyścigu Amstel Gold Race kobiet, w którym zwyciężyłaś. Magazyn „Procycling” nazwał to zwycięstwo punktem zwrotnym w twojej karierze. Ty też tak to widzisz czy uważasz, że to zbyt wyolbrzymione stwierdzenie?

Nie, nie nazwałabym tego aż tak mocno. Nie wiem, co oni mieli na myśli. Dziwi mnie, że dziennikarze oceniają czasami kolarza tylko po jednym sezonie. Nie wiem na przykład, dlaczego wszyscy mówili, że sezon 2018 miałam beznadziejny. Jakby zapomnieli o tym, że wygrałam wyścig Trofeo Alfredo Binda. Podobnie było po Amstel. Czasami pytano mnie, czy uważam to zwycięstwo za swój come back… Osobiście w ogóle się z tym nie zgadzam i ciężko jest mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Wiadomo – to był cudowny wynik, cudowne zwycięstwo, ale z drugiej strony nie było tak, że cierpiałam przez kilka sezonów, nie mogłam niczego wygrać i nagle przyszło to zwycięstwo.

W mediach wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniami, że sezon 2018 miałaś słaby. Że owszem – zwycięstwo w Trofeo Alfredo Binda, ale poza tym to kiepsko…

Ale właśnie wiesz, co mnie najbardziej śmieszy? Że dziennikarze oceniają tylko po jednym wyścigu, a przecież byłam druga w Strade [Bianche], trzecia skończyłam wyścig w Kalifornii, wygrałam Tour Cycliste Féminin International de l’Ardèche, na jednym z etapów Giro byłam trzecia, Norwegię skończyłam piąta. Cały czas byłam gdzieś tam w pierwszej dziesiątce, a ardeńskie klasyki były jedynymi wyścigami, w których poszło mi gorzej. Dlatego to jest dziwne, jak czasami jesteś oceniany przez dziennikarzy, zwłaszcza bez normalnej, zwyczajnej rozmowy… Oni nie zdają sobie nawet sprawy, jak łatwo mogą sprawić, że kolarz czuje się po prostu beznadziejnie. Jesteś zadowolona, myślisz, że osiągnęłaś fajny wynik, a tutaj nagle czytasz jakiś artykuł i po prostu ręce opadają… Musisz się od wszystkiego odciąć. Na pewno nie ścigam się dla dziennikarzy, ale czasami ciężko jest takie stwierdzenia zrozumieć.

Myśląc o sezonie 2020, masz na uwadze jakieś wyścigi, które chciałabyś zaatakować?

Jakieś plany zawsze mam w głowie. Nie ukrywam, że chciałabym powalczyć w Ronde van Vlaanderen. To jest bardzo ciężki wyścig, a nawet brutalny. Do tej pory zawsze brakowało mi czegoś w końcówce. Było tak blisko, a jednocześnie tak daleko. To mogłabym nazwać takim moim pierwszym mniejszym celem na ten sezon. Chciałabym też wygrać Walońską Strzałę. Najpiękniejsze w tym wyścigu jest to, że wygrywa zawsze najmocniejsza zawodniczka. Ciężko jest jakkolwiek oszukać, ponieważ meta znajduje się na szczycie podjazdu [Mur de Huy]. Często jest tak, że niektórzy próbują walczyć we wczesnej fazie wyścigu, ale ta końcówka jest tak wymagająca, że pokazuje, kto jest najmocniejszy. Następnie – wiadomo – widziałabym siebie na igrzyskach olimpijskich w Tokio, no i na mistrzostwach świata.

Zapoznałaś się już z trasą wyścigu olimpijskiego?

W październiku pojechaliśmy na rekonesans i w ramach tego musiałam odrobić taką małą pracę domową, to znaczy sprawdzić profil, pogodę, jaka będzie tam w lipcu itd. Wydaje mi się, że zrobiliśmy tam dobrą robotę, ponieważ zobaczyliśmy trasę na żywo, zapoznaliśmy się z tamtejszym środowiskiem, powietrzem.

Właśnie. Tam panuje przecież inny klimat – wilgotność powietrza, odczuwalność temperatury, odmienna kultura, inne środowisko. I jeszcze na dodatek w tamtej części świata narodził się niedawno wirus. Czytałam wywiad z Agnieszką Radwańską dla „Przeglądu Sportowego”, w którym powiedziała, że jej podróżom do Azji, do Chin, zawsze towarzyszyła obawa o złapanie jakiegoś wirusa, choroby…

(śmiech) Tak, zawsze w tym roku olimpijskim coś się musi wydarzyć. A Agnieszkę Radwańską doskonale rozumiem. Może nie w Japonii, ale gdy byłam w Chinach przekonałam się, że na przykład higiena znajduje się w tym kraju na niskim poziomie. Wydaje mi się, że Japonia jest na tyle rozwiniętym krajem i ludzie tam są na tyle mądrzy, że po prostu nie dopuszczą do żadnych większych incydentów związanych z wirusami czy jakimiś innymi chorobami.

Wracając do kolarstwa. Co sądzisz o olimpijskiej trasie pod względem czysto sportowym?

Jak sobie tak wtedy o tej trasie rozmawialiśmy, to śmialiśmy się, że Annemiek [Van Vleuten, obecna mistrzyni świata] może zaatakować od początku podjazdu i dojechać do mety. Od około sześćdziesiątego kilometra rozpoczynamy wspinaczkę, która trwa przez następne czterdzieści kilometrów, potem jest zjazd i wjeżdżamy na tor wyścigowy, który również jest bardzo ciężki. Także trzeba być do tego wyścigu naprawdę dobrze przygotowanym. I wiesz co mnie najbardziej śmieszy? Jest teraz bardzo dużo dziewczyn, które chcą się odchudzać, trenują po sześć-siedem godzin… Po prostu każdy chyba jest tą trasą przerażony.

Myślisz, że to jest trasa bardziej dla „panczerki” czy dla góralki, która umie podjeżdżać trzydziesto- lub czterdziestominutowe podjazdy?

Bardziej dla góralki. Wszyscy mówią, że dla „panczerki”, ale kolarka, która normalnie specjalizuje się w podjazdach pięciominutowych, nie przejedzie czterdziestominutowej góry, nie ma co się oszukiwać. Wiadomo, trzydziestokilometrowa końcówka jest jak najbardziej dla kogoś, kto dobrze radzi sobie w klasykach, ale wcześniejsze partie też trzeba przejechać. Na tę trasę trzeba mieć wszystko. Oczywiście, że na tej czterdziestokilometrowej górze nie wspinamy się non stop, ale tak czy siak będzie to wysiłek trwający około półtorej godziny.

Czyli dla góralki?

Dla góralki, chociaż w kobiecym peletonie nie mamy aż tak zaznaczonego podziału na specjalistki od klasyków i wyścigów górskich jak u mężczyzn. Dobrym przykładem jest Anna Van der Breggen czy Amanda Spratt.

Chociaż Anna Van der Breggen wydaje się być zawodniczką lepiej zbudowaną, najprościej mówiąc – grubszą.

Tak, chociaż ja uważam, że trochę mylące są zdjęcia, które najczęściej są robione z przodu, a ona ma po prostu szerokie ramiona i duże ręce. Niejednokrotnie, kiedy jadę za nią w peletonie, to widzę, że jest wycieniowana. Na jej ciele nie ma żadnego tłuszczyku tylko są same mięśnie.

Masz jakiś pomysł na to, dlaczego Holenderki są obecnie tak znaczącą siłą w kobiecym peletonie? Ostatnio rozmawiałam z Gosią Jasińską, która powiedziała pół żartem, pół serio, że gdyby na początku swojej kariery poszła do holenderskiej ekipy, to ta może potoczyłaby się zupełnie inaczej.

(śmiech) Ja myślę, że to wszystko zaczyna się od wieku dziecięcego. W Holandii widzisz małe, na przykład sześcioletnie dzieciaki, które same dojeżdżają do szkoły na rowerze po dziesięć kilometrów w jedną i w drugą stronę. Także właściwie od samego początku życia spędzają czas na rowerze. Siłą rzeczy mięśnie rozwijają się w kolarskim kierunku – czegokolwiek by nie robili, to jeżdżą na rowerze. A na przykład u nas, ilu ludzi jeździ na rowerze, jeśli nie uprawia kolarstwa?

I chwała dla Holendrów, że potrafią to wszystko przekuć w sportowe sukcesy.

To, o czym mówiłam jest początkiem. Następnie ci, którzy chcą zostać kolarzami mają do dyspozycji wiele wyścigów – kryteriów różnego rodzaju itd. Nie jest tak, że muszą czekać dwa tygodnie na jakiś wyścig, tylko cały czas, nawet w środku tygodnia odbywają się wyścigi. No i mają też pieniądze na szkolenie, na zgrupowania w listopadzie w Republice Południowej Afryki. Nigdy niczego im nie brakowało. Kiedy jeździłam w Rabobanku, to miałam okazję to podpatrzeć. Jeśli są pieniądze i chęci, żeby rozwijać zdolne osoby, to właśnie takie są tego efekty.

Tak, rower w krajach Beneluksu jest jak u nas parasolka.

Albo kanapa (śmiech).

Dotarła do ciebie informacja, że w tym roku po raz pierwszy zostanie przeprowadzona transmisja telewizyjna z Fleche Wallone kobiet i Liége-Bastogne-Liége?

Tak, i to bardzo dobrze. Ale nie wiem, dlaczego dotychczas było tak dziwnie, że pomimo obecności kamer nie pokazywali na przykład końcówki Walońskiej Strzały kobiet, tylko wyścig mężczyzn od momentu, gdy było 120 kilometrów do mety…

Na zakończenie pytanie o drużynę, którą na co dzień reprezentujesz, czyli Canyon//SRAM. Doszła do was przed nowym sezonem tylko jedna zawodniczka – 22-letnia Australijka Jessica Pratt. W rezultacie przystąpicie do nowego sezonu w niemal niezmienionym składzie.

Tak, skład pozostał niezmieniony. Ta zawodniczka, o której mówisz jest z akademii. Drużyna co roku ma program dla młodych, z którego wyłaniają jedną zawodniczkę wchodzącą do World Touru. Nasz dyrektor sportowy nie chciał zmieniać ekipy w żadnym stopniu, ponieważ dużo dziewczyn jest młodych. Większość z nas przyszła do drużyny w 2018 roku i on widział, że z roku na rok coraz lepiej się znamy, coraz lepiej ze sobą współpracujemy. W związku z tym nie musieliśmy nic zmieniać. Dla nas też jest łatwiej, bo znamy się od kilku lat i wiemy, czego od siebie oczekiwać. To zgranie, które osiągnęłyśmy stosunkowo niedawno powinno pomóc nam w osiąganiu dobrych wyników.

Rozmawiała Marta Wiśniewska