Foto: Total Direct Energie / bettiniphoto

Choć wszyscy wiemy czego spodziewać się po Chinach, każdy z nas może się tutaj czymś zaskoczyć. Dla jednego dziwna okaże się kultura (choć czytał o niej w internecie), dla drugiego z kolei nieporozumieniem będzie wynajmowanie kibiców na imprezy sportowe, choć to dobrze znany manewr.

Pierwszy etap tegorocznego Tour of Guangxi był idealnym przykładem chińskiej myśli marketingowej. Choć przy trasie zebrało się całkiem spore grono kibiców (oczywiście wywołane zamykaniem dróg w centrum miasta), na mecie ciężko było znaleźć większą grupę fanów niż 10 osób. Organizatorzy poradzili sobie z tym jednak naprawdę doskonale. Jeszcze podczas prezentacji drużyn przed startem etapu, przy barierkach pojawiło się całe grono kibiców, ubranych w barwy organizatora i doskonale wykonujących odpowiednie ruchy wywoływane przez “wodzireja grupy”, w szczególności podczas dekoracji najlepszych kolarzy dnia.

Wraz całą grupą zagranicznych dziennikarzy obecnych podczas chińskiego wyścigu rozmawialiśmy dzisiaj o tym, dlaczego prawie nikt nie przychodzi kibicować zawodnikom sam z siebie. Choćby w Polsce, w szczególności w mniejszych miejscowościach, zupełnie niezwiązani z kolarstwem ludzie najzwyczajniej w świecie wychodzą na ulice by zobaczyć co się wyprawia od ich oknami.

Powodów, głownie politycznych (niestety) można by było wymienić tutaj co najmniej kilka. Przede wszystkim jednak należy przyznać, że Chińczycy są doskonali w swojej izolacji. Można wręcz powiedzieć, że mają w kraju wytworzony drugi świat, praktycznie identyczny z tym, który znamy na zachodzie. Ba, można wręcz powiedzieć, że lokalna społeczność jest krok do przodu. Za przykład może uchodzić choćby uliczny sprzedawca kokosów, który na swoim straganie wyglądającym jak wózek na złom posiadał także kod WeChat, który każdy może zeskanować jako formę płatności (WeChat to aplikacja podobna do WhatsApp’a, posiadająca jednak także m.in. funkcje podobne do blika – można nią zarówno płacić, jak i, na przykład, przyjmować w sklepie resztę).

Jednocześnie w swoim “wewnętrznym oświeceniu” Chińczycy doskonale wiedzą czego najlepiej unikać, by nie pakować się w kłopoty. Na swoistej “czarnej liście” znajdują się także duże wyścigi kolarskie, do bólu obsadzone uzbrojonymi policjantami i osobami mogącymi “wprowadzić odpowiedni ład”. Jako osoby pracujące przy wyścigu sami nie czuliśmy się dziś specjalnie swobodnie. Każdy nasz ruch był dokładnie obserwowany i analizowany. Nie dziwne więc, że “lokalsi” nie są specjalnie skorzy do oglądania sportowej rywalizacji, tym bardziej, że okrojoną, ale relację przeprowadza zarówno ogólnokrajowa, jak i lokalna telewizja.

Już jutro cała kolumna opuści wybrzeże i przeniesie się do Nanning, stolicy prefektury. Organizatorzy zrobili wszystko, by było nam jak najwygodniej. Jeszcze przed kolacją dowiedzieliśmy się, że prowadzić nas będzie policja, której zadaniem będzie jak najszybsze przeprowadzenie nas do drugiego z miast docelowych. Będziemy mogli poczuć się trochę jak w Korei Północnej.