fot. Trek - Segafredo

Król Willunga Hill jest tylko jeden. Richie Porte po raz szósty z rzędu okazał się najlepszy na legendarnym podjeździe w Australii, lecz ponownie nie dał rady zwyciężyć w klasyfikacji generalnej.

Choć Richie Porte wciąż wierzy w wysokie miejsce w Tour de France, już do końca kariery będzie musiał zmagać się z łatką króla stycznia. Co by jednak nie mówić, Australijczyk nie ma sobie równych na Willunga Hill. Niestety ponownie nie dało mu to zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

Tour Down Under to wyścig, który ciężko wygrać takim kolarzom jak ja. Trochę szkoda, że zabrakło drugiego etapu z podjazdem do mety. Szósty triumf z rzędu jest jednak czymś wyjątkowym, tym bardziej, że to moje pierwsze zwycięstwo w nowym teamie. Co by nie mówić, w Australii musisz lepiej podjeżdżać od sprinterów oraz lepiej finiszować od górali. Nie jest to impreza, która by mi bardzo odpowiadała. Kiedy organizatorzy prowadzili etap do Paracombe, wówczas było lepiej. Nie ma jednak co narzekać

– powiedział Porte.

Nie da się ukryć, że Tasmańczyk ponownie pokazał rywalom, że będzie w sezonie 2019 bardzo groźny. Czy jednak tym razem uda mu się udowodnić to także podczas jednego z Wielkich Tourów?