fot. © ASO/Thomas MAHEUX

Sto czwarta edycja Tour de France nie potoczyła się dla Alberto Contadora po jego myśli, ale mimo to Hiszpan nigdy nie wywiesił białej flagi. Na etapie jazdy indywidualnej na czas w Marsylii zajął szóste miejsce i awansował na dziewiątą lokatę w klasyfikacji generalnej.

Przed finałową „czasówką” lider Trek-Segafredo nie chciał zbyt wiele mówić, ponieważ nie miał pojęcia, czy jego ciało będzie słuchało głowy, której siłą mógłby obdarzyć wielu kolarzy w zawodowym peletonie.

Hiszpan po trzech tygodniach wzlotów i upadków zanotował szósty czas na pierwszym punkcie pomiaru czasu, a na drugim był mniej niż sekundę wolniejszy od najszybszego zawodnika. Linię mety przekroczył po dwudziestu ośmiu minutach i trzydziestu sześciu sekundach, zajmując piąte miejsce, dwadzieścia jeden sekund za późniejszym zwycięzcą Maciejem Bodnarem (BORA-hansgrohe).

Jestem zadowolony z mojego występu, ponieważ okazało się, że moje nogi nie są wcale takie złe, zwłaszcza, że wczoraj czułem się nie najlepiej. Generalnie mogę powiedzieć, że podczas całego wyścigu czułem się całkiem dobrze. Byłem w stanie dawać z siebie naprawdę dużo, ale niestety miałem także kilka komplikacji. Zrobiłem, co mogłem podczas tej jazdy na czas, mimo że nie miałem szansy walczyć o podium.

Najbardziej odpowiadał mi podjazd, to tam chciałem zyskać najwięcej czasu, jak się da. Poszedłem tam na całość, bo wiedziałem, że to jest tylko kilometr. Na pozostałych odcinkach trasy mocno wiało. To był mój ostatni wielki wysiłek w tym wyścigu, teraz czas trochę odpocząć

– powiedział Alberto Contador oficjalnej stronie internetowej Trek-Segafredo.

Chociaż czasy świetności Alberto Contador ma już najprawdopodobniej za sobą, to wciąż wierzy w niego drużyna, ale także kibice, którzy obdarzyli go wsparciem.

Mogę tylko podziękować publiczności za ogromne wsparcie, jakie otrzymałem. Nie osiągnąłem tego, na co miałem nadzieję, na co tak ciężko pracowałem. Zatem zainteresowanie, jakie mną wyrazili jest zaszczytem i przywilejem.

Najważniejsze jest dla mnie to, że ukończyłem ten wyścig. Moja drużyna pracowała bardzo ciężko; byłem im to winny mimo kraks, jakie miałem i czasu, jakiego potrzebowałem, by dojść do siebie. Ale jesteśmy tutaj razem, jestem szczęśliwy, że jestem w stanie razem z nimi ukończyć ten Tour

– zakończył „El Pistolero”.