Za nami pierwszy wyścig rangi World Tour w sezonie. Było szybko, na wysokim poziomie i interesująco. Jednak w te karty grali Australijczycy, a reszta wykonała solidny trening. 

W Tour Down Under rządzą Australijczycy

Mimo że wielu australijskich kolarzy ściga się w Europie i nie jest im obcy europejski rytm wyścigowy to jednak wygląda na to, że najlepiej czują się w domowym wyścigu, który odbywa się w środku australijskiego lata. W tegorocznej edycji TDU wszystkie etapy zgarnęły „Kangury”, włącznie z klasyfikacjami: generalną, punktową i młodzieżową. Duży sukces odniosła także australijska drużyna Orica GreenEDGE, która wygrała cztery z sześciu etapów i cały wyścig. W całej historii wyścigu najwięcej zwycięstw na koncie także mają gospodarze, zarówno etapowych, jak i tych w klasyfikacji generalnej.

Było ciężko i gorąco

Organizatorzy Tour Down Under skrócili etapy, by uczynić wyścig bardziej dynamicznym. W rezultacie kolarze ścigali się w interwałowym rytmie, co w upalnej pogodzie było jeszcze bardziej wymagające. Wygląda więc na to, że najlepiej w tych warunkach chodziły zegary biologiczne Australijczyków, którzy nie oddali innym narodowościom nawet etapu, a już tym bardziej klasyfikacji generalnej. Dowodem na to niech będzie zamieszczone przez Rydera Hesjedala (Trek Segafredo) zdjęcie na Instagramie, opatrzone komentarzem: „Straciłem dziś 4 kilogramy wody. Zanim pójdę do łóżka, muszę wypić te pięć butelek.”

Bez tytułu

Caleb Ewan pokazał potencjał

Trzeba przyznać, że oglądanie sprintów w wykonaniu Caleba Ewana to czysta przyjemność. Dłuższe i krótsze, z lepszej i gorszej pozycji – bez znaczenia, w każdych radził sobie świetnie, pokazując tym samym ogromny potencjał w kontekście całego sezonu. Już w 2015 roku ujawniły się nowe gwiazdy szybkości – m.in. Fernando Gaviria, a jakby nieco w cieniu schowali się chociażby Marcel Kittel i Mark Cavendish. 21-letni Ewan najprawdopodobniej jest kolejnym zwiastunem zmiany warty.

Team Sky nie postawiła kropki nad „i”

Brytyjczycy desygnowali na Tour Down Under silny skład. Zabrali szybkiego Swifta, który przetrwa pagórki; Henao i Thomasa, którzy dobrze jeżdżą w terenie pagórkowatym i po górach; oraz Iana Stannarda, Pete`a Kennaugha, Salvatore Puccio oraz Luke`a Rowe`a, a więc kolarzy, którzy potrafią nadawać mocne tempo zarówno na płaskim, jak i w górach. Na wyścig dynamiczny, pagórkowaty, ale także stwarzający szanse sprinterom (bo taki przecież jest TDU) to na papierze skład idealny. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna. Swift i Henao plasowali się w czołówce, reszta rozkręcała tempo w peletonie, ale zabrakło zwycięstwa. Najbliżej był Ben Swift na czwartym etapie oraz Henao na szczycie Willunga Hill, gdzie jednak nie był w stanie utrzymać znakomitego tempa Richiego Porte (dla formalności także Australijczyka). Na pocieszenie „niebiańscy” wracają z koszulką najlepszego górala, którą wywalczył Henao.

Tyler Farrar pożyczył rower od kibica

To wydarzenie z pewnością pozostanie w pamięci. Podczas trzeciego etapu Tyler Farrar (Dimension Data) miał kraksę, po której się pozbierał, ale miał problem techniczny ze swoim rowerem. Naprawa zabrałaby zbyt wiele czasu i Amerykanin nie ukończyłby wyścigu. Z pomocą przyszedł kibic z Nowej Zelandii, który szczęśliwie miał podobne gabaryty do Farrara, dzięki czemu mógł pożyczyć mu rower i buty. Farrar wsiadł na nowy rower, dojechał do mety i podziękował, podkreślając, że z takim gestem nie spotkał się podczas swojej całej profesjonalnej kariery. Należy dodać, że sędziowie odstąpili w tym szczególnym przypadku od zdyskwalifikowania Farrara, który de facto przyjął pomoc niepochodzącą od swojej drużyny, co jest niezgodne z regulaminem.

Marta Wiśniewska

Fot. http://tourdownunder.com.au/, Instagram