To nie jest najlepszy sezon w karierze Kamila Gradka, ale w końcu przyszedł pierwszy sukces w tym roku. Wrażeniami z Memoriału Królaka zawodnik Active – Jet dzieli się na swoim blogu.

Nareszcie, po ośmiu miesiącach ścigania w sezonie 2015, dowiozłem do mety pierwsze, historyczne zwycięstwo. Trochę musiałem poczekać, ale upragniona chwila wreszcie nadeszła.

Królak nie jest wyścigiem z najwyższej półki, nie aspiruje do kalendarza UCI, za to co roku ściąga obiecującą stawkę kolarzy.  Zwycięstwo nigdy nikomu łatwo nie przychodzi. Może gdybym miał na koncie kilka wygranych, traktowałbym ten sukces z większą rezerwą. Ale jak wiadomo to mój pierwszy zwycięski raz, więc wybrzydzanie byłoby trochę nie na miejscu.

Sam wyścig przebiegał dosyć dynamicznie. Na początku pogubiłem trochę punktów na moment zwątpiłem, że powalczę o wysokie lokaty. Sytuacja zmieniła się w końcówce, kiedy zdążyłem trochę pokombinować i przeprowadzić kilka akcji. Musiałem się dobrze ustawić przed ostatnim, podwójnie punktowanym okrążeniem, bo w przypadku zwycięstwa, miałem pewne, pierwsze miejsce. Plan zakończył się pewnym powodzeniem, po ośmiu miesiącach wreszcie stanąłem na najwyższym stopniu podium.

Dzień przed Królakiem, ścigaliśmy się jeszcze w Pucharze Ministra Obrony Narodowej. Na pewno nie można powiedzieć, że był to spokojny wyścig. Częste skoki nie sprzyjały odjazdom i praktycznie każdy pojawiający się odjazd natychmiast ulegał kasacji.  O wszystkim miała zadecydować ostatnia runda.  Do ucieczki załapało się 20 zawodników, współpraca układała się poprawnie, a każda ekipa posiadała swoich przedstawicieli. W niezmienionym składzie mieliśmy dojechać do mety, niestety doszło do potężnej kraksy, która sporo namieszała. Na czele utrzymało się zaledwie 6-7 kolarzy, reszta została wchłonięta przez peleton. Nie ucierpiał na szczęście Konrad Dąbkowski i dzięki czujnej jeździe zdołał wskoczyć na trzecie miejsce.

Źródło/foto: activejet-team.com