Jarosław Waśkiewicz, Biznesnafali.pl

Daniel – jesteś najlepszym kolarzem z Trójmiasta, który przyjechał na drugim miejscu w generalce Look Road Trophy – pierwszym w Polsce 3-etapowym amatorskim wyścigu szosowym. Peleton liczył ponad 140 osób, a wśród nich tacy „amatorzy” jak Marek Rutkiewicz, Sylwester Szmyd, Jacek Morajko czy Mariusz Witecki. Jakie to uczucie, stanąć tak wysoko w końcowej klasyfikacji?

Daniel Formela

To na pewno ogromna satysfakcja z wykonanej ciężkiej pracy na treningach i równie ciężkiego wysiłku na każdym etapie. Niemniej jeśli chodzi o wspomnianych „amatorów” to bardzo miło stanąć z nimi na starcie i jechać obok siebie podczas wyścigu, ale o prawdziwej rywalizacji nie można było mówić, gdyż nie wiadomo z jakiego powodu wszyscy z nich niesamowicie słabli na koniec wyścigu i przyjeżdżali zawsze za pierwszą grupą. Być może wynikało to z faktu, że po całym sezonie nie mieli już siły, albo po prostu nie chcieli się z nami ścigać.

J.W. Sztywne podjazdy, niektóre przekraczające 20% nachylenia. Lubisz takie trasy?

D.F. Muszę przyznać, że nie często miałem do czynienie z takimi podjazdami. Co prawda w tym roku jadąc czasówkę z Podgórzyna do Przesieki, na samej końcówce był jeden fragment na którym nachylenie przekraczało 20%. Nie wiedziałem wtedy co się dzieje, bo do mety miałem  tylko 300 metrów a czułem się jakby ktoś mnie ciągnął do tyłu.

Jeśli chodzi o strome podjazdy na Road Trophy, to czułem się na nich bardzo dobrze i zauważyłem, że miałem na nich trochę większą przewagę niż moi najwięksi rywale.

J.W. Jak oceniasz poziom zawodników tego wyścigu? Niektórych z głównych rywali znasz. Zaskoczyli Cię czymś?

D.F. Według mnie poziom zawodników był bardzo wysoki i wyrównany, na co chociażby wskazują minimalne różnice czasowe pierwszych 4 zawodników klasyfikacji generalnej. Byłem bardzo zdziwiony wytrzymałością chłopaków, dlatego że z czołówki wyścigu byłem jedyną osobą która ściga się na co dzień na wyścigach szosowych i przyznam, że liczyłem na moją większą przewagę pod tym względem, co nie okazało się takie proste.

J.W. Tak wysoki wynik to zasługa tego, że atakowałeś na każdym z trzech etapów. Jak wyglądały Twoje ucieczki na każdym z nich?

Etap 1

D.F. Pierwszego dnia postanowiłem pojechać etap bardzo eksploracyjnie. Pomimo, że znałem wielu zawodników i ich możliwości, to i tak chciałem sprawdzić kto może być moim największym rywalem, bo nie ukrywam, że przyjechałem na wyścig z myślą o podium. Od początku etapu trzymałem się ścisłej czołówki, nie jadąc dalej niż na 10 pozycji. Po  35 km stwierdziłem, że tempo jazdy nie jest zbyt wysokie, a z peletonu nie ma żadnych ucieczek, dlatego też zdecydowałem się „rozruszać” towarzystwo i zaatakowałem kilka razy, co spowodowało ożywienie w peletonie i już potworzyły się mniejsze grupki. Niestety nie było potem chętnych do podtrzymania wysokiego tempa, dlatego też wszyscy się zjechali. Na 40. km ponownie zaatakowałem, tym razem już nikt mnie nie gonił, chociaż przez kilka kilometrów widziałem, że peleton cały czas starał się trzymać mnie jakby na smyczy, żebym za daleko nie odjechał. Na moje szczęście było na trasie kilka mocnych zakrętów, które wykorzystałem do zwiększenia swojej przewagi i do urwania kontaktu wzrokowego z peletonem. Tak więc od 40 km samotnie przejechałem przez Szczyrk, wjechałem pod Salmopol, a następnie zjechałem do Wisły, gdzie miałem kilka problemów związanych z bardzo wolno jadącymi samochodami, a wśród nich radiowozem policyjnym, przez co musiałem znacznie zwolnić i próbować wszystkich wyprzedzić. Pomimo, że straciłem (wg mnie) ok. minuty przewagi, to nadal nie widziałem za sobą nikogo z grupy. Po Wiśle wjeżdżałem pod znany z Tour de Pologne podjazd pod Zameczek (Kubalonka), gdzie tuż przed szczytem doszła mnie ok. 7-osobowa grupka pościgowa, z którą jechałem aż do finałowego podjazdu pod Odchodzitą w Koniakowie, gdzie pomimo 35-kilometrowej ucieczki zafiniszowałem na trzeciej pozycji.

Etap 2

D.F. Etap drugi był czasem odpoczynku i odprężenia po pierwszym dniu i nawet na pierwszych podjazdach grupa praktycznie jechała w całości aż do ok. setnego kilometra. Być może spokojne tempo było związane też z pięknymi widokami jakie podziwialiśmy wtedy jadąc po stronie słowackiej. Był taki jeden moment poruszenia w grupie, kiedy kilku zawodników wyskoczyło przed peleton, ale jedynie w celu pokazania się przed kamerami i aparatami. Drugi taki atak zakończył się ucieczką trzech zawodników a przede wszystkim Maćka Łęczyckiego, który jechałem przed nami przez ok. 45 km. Właśnie wtedy, kiedy w oddali widzieliśmy samotnie jadącego Maćka, grupa dość mocno przyspieszyła i dzięki kilku bardzo stromym podjazdom peleton się podzielił i było już tak do samej mety, dużo krótkich, ale bardzo stromych podjazdów. Sama końcówka prowadziła standardowo pod Odchodzitą w Koniakowie i dla mnie było to bardzo ciężki podjazd. Pomimo wysokiego tempa następowały ataki z peletonu i trzeba było jeszcze bardziej przyspieszyć. Dość długi dystans, a w moim przypadku dodatkowo obciążenie, bo wiozłem przy sobie od startu 4 bidony, spowodowały małe problemy na końcowych kilkuset metrach i finiszowałem na 4 pozycji w kategorii open i 3 w kategorii do 30 lat

Etap 3

D.F. Etap trzeci z relacji może wydawać się bardzo krótki, chociaż jego dystans rzeczywiście był najkrótszy ze wszystkich 3 etapów. Po starcie odjechało od razu dwóch zawodników, a ja spokojnie pojechałem za nimi. Starałem się do nich dojść w tzw. „tlenie”, żeby nie przemęczać się za bardzo, ale też żeby sukcesywnie zbliżać się do uciekających.

W tym momencie zaczął się wypełniać mój plan, o którym wszystkim ‘trąbiłem’ bez przerwy od obiadu poprzedniego dnia. Mówiłem, że na ostatnim etapie będę tak długo atakował aż ucieknę i będę tyle z siebie dawał, że jak wjadę na metę to wygram i padnę na ziemię ze zmęczenia.

Zatem plan powoli wykonywałem i po kilku kilometrach jechałem już jako pierwszy a za mną kilku zawodników. Na szczyt Odchodzity wjechałem samotnie z przewagą już 20s. nad kolejnymi zawodnikami. Postanowiłem, że nie będę czekał na grupkę pościgową, tylko zrobię im taki mały test. Stwierdziłem, że jeśli goniąca mnie grupka dojdzie do mnie na zjeździe, albo na płaskim i to w krótkim czasie, to znaczy, że ich tempo jest wystarczająco wysokie żeby sukcesywnie dojechać do mety. Okazało się, że po pierwszym zjeździe zwiększyłem swoją przewagę i nie oglądając się zbytnio jechałem przed siebie z niesamowicie wielką wiarą w powodzenie mojej akcji i wygraną. Po ok. 40 km moja przewaga znacznie zmalała, bo wynosiła ponownie ok. 20s., ale ja się tym nie przejmowałem, bo wiedziałem, że starczy mi sił i determinacji, żeby dojechać samotnie do mety. Na ostatnich 15 km dostałem informację, że jeśli utrzymam swoje tempo to mam szansę na wygraną, ale nie znałem przewagi czasowej, co mnie jeszcze bardziej motywowało do większego wysiłku, bo zawsze myślałem, że ta przewaga może być coraz mniejsza. Jadąc już ostatni podjazd obejrzałem się za siebie i nie miałem nikogo w zasięgu wzroku i wiedziałem, że zwycięstwo już jest moje. Wjechałem jako pierwszy na metę z przewagą ok. 44s. i było dla mnie to jedno z najcenniejszych zwycięstw. Takie trochę wymarzone – uciekłem od startu i dojechałem samotnie do mety.

J.W. Nie bałeś się zjazdów, gdzie prędkość przekraczała 80km/h?

D.F. Na zjazdach staram się jeździć uważnie, ale nie boję się takich prędkości. Kiedy jechałem w etapie Tour de France (2007 i 2010) zjeżdżałem z prędkością bliską 100km/h i to po dużo bardziej stromych i wąskich zjazdach. Tak więc taka prędkość to dla mnie nie problem, lecz uważam na innych zawodników którzy mogą być mniej doświadczeni i czasami niebezpiecznie hamować.

J.W. Podobno na jednym z etapów mocno zmotywował Cię Sylwester Szmyd?

D.F. Hehhe. Tak – to było pod koniec pierwszego etapu. Byłem już dość zmęczony po samotnej ucieczce przez 35 km i potem starałem się utrzymać tempo grupki, która mnie dogoniła. Na ok. 800m do mety spróbowałem ataku, żeby oderwać się od grupki, bo byłem przekonany, że widzę już miejsce mety. Po chwili okazało się, ze to tylko chwilowe wywłaszczenie, a meta jest jeszcze dalej. Byłem już potwornie zmęczony, a Sylwester (z którym miałem kiedyś  przyjemność trenować w okolicach trójmiasta) powiedział do mnie: „Daniel, broń honoru trójmiasta!”. To wystarczyło, żebym jeszcze raz zebrał wszystkie siły i po raz kolejny zaatakowałem z grupki i już nikomu nie udało się mnie dogonić, aż do samej mety.

J.W. Mogłeś być oczko wyżej w generalce. Zabrakły Ci 4 sekundy a wyszło to zupełnie przypadkiem – nie w wyniku bezpośredniej rywalizacji?

D.F. Hehhe. To się zgadza. Kiedy na ostatnim etapie wjeżdżałem na metę, to powiedzmy, że dyrektor wyścigu poprosił mnie żebym zwolnił i podniósł ręce w geście tryumfu, bo ktoś dalej będzie chciał ująć jak wjeżdżam samotnie na metę z podniesionymi rękami. Ja wtedy zapytałem czy to już jest meta, czy to już jest koniec, bo nie widziałem kreski końcowej, a już skręcałem na jakieś pole. Odpowiedzi nie uzyskałem, albo nie usłyszałem. Pojechałem już bardzo wolno w kierunku pola, gdzie był dmuchany balon nad drogą, prawdopodobnie oznaczający metę i tam zgodnie z prośbą ustawiłem się do zdjęcia podnosząc ręce w geście zwycięstwa. Kiedy na metę przyjechali kolejni zawodnicy okazało się, że stracili do mnie  44 lub 45 sekund. Po dwóch etapach miałem stratę w klasyfikacji generalne 49 sekund. Wtedy już wiedziałem, że nie będę pierwszy w końcowej klasyfikacji i nie musiałem też zbytnio szukać na to wytłumaczenia…

J.W. Podobno nawet nie zatrzymywałeś się na bufetach a bidony woziłeś swoje?

D.F. Tak było w sumie na każdym etapie, ale bardzo dało mi się to we znaki na etapie drugim. Mam niestety złe doświadczenie z bufetami na wyścigach w Polsce. Żeby na takim bufecie napełnić jeden bidon wodą, to muszę nie tylko się zatrzymać, ale wlać do bidonu ok. 7 plastikowych kubków z wodą, co nie jest zbyt łatwym zadaniem, kiedy chciałbym napełnić już dwa bidony…  Wracając do wyścigu, to przez cały drugi etap, o czym już też wspominałem, wiozłem ze sobą 4 bidony plus oczywiście żele energetyczne pompkę itd. Taki pakunek co prawda bardzo mnie obciążał, ale wolałem stracić siły przez większy ciężar, niż stracić siły przez odwodnienie lub brak możliwości pobrania picia w trakcie wyścigu. Jak się okazało, tempo na etapie drugim było na tyle spokojne, że można było bez stresu pojechać na bufet i wziąć butelkę z wodą, chociaż już na etapie 3. spotkałem to, co charakteryzuje bufety na polskich wyścigach – kubki z wodą. Z kubka o pojemności ok. 250ml po uchwyceniu zostaje 100ml, a w upalny dzień na wyścigu zawodnik jest w stanie wypić ok. 3-4litrów, czyli 30-40 takich kubków…

J.W. Masz za sobą ponad 20 wyścigów w tym sezonie. Jak na nich wypadłeś? Które były dla Ciebie najważniejsze?

D.F. W tym roku miałem dokładnie 21 dni wyścigowych, co można potraktować jako 21 wyścigów, w których 14 razy stałem na podium, a w tym 6 razy na najwyższym stopniu. Pierwszy wyścig, który wygrałem to Super Prestige w Nowym Dworze Mazowieckim pod koniec kwietnia. Startowałem wtedy z zawodnikami w kategoriach masters, co nie znaczy, że poziom wyścigu oraz tempo było niskie. Był to początek sezonu i każdy zawodnik chciał pokazać, jaką formę wypracował przed sezonem i dlatego też było bardzo dużo ataków i ciężko było odjechać z peletonu, co jednak mi się udało na przedostatniej rundzie.

W zawodach Super Prestige starowałem także w sierpniu. W Skierniewicach również z ucieczki ukończyłem na pierwszej pozycji w kategorii do 30 lat, a tydzień później jechałem już w koszulce lidera klasyfikacji generalnej wszystkich kategorii. Ten fakt spowodował, że spadł na mnie wielki ciężar odpierania ataków zawodników i przez cały wyścig „kasowałem” próby odjazdu z peletonu, czy dociągałem peleton do uciekających zawodników. Na przedostatniej rundzie, kiedy kolejny raz próbowałem dogonić uciekającego zawodnika, okazało się, że jesteśmy sami i jakby niechcący sam znalazłem się w ucieczce i dzięki wspólnej pracy dojechaliśmy na metę, gdzie zafiniszowałem ogólnie na 3 pozycji, ale zapewniłem sobie wygraną w klasyfikacji generalnej.

Moją ulubioną od niedawna dyscypliną w kolarstwie szosowym jest jazda na czas. Na początku sezonu wygrałem wspomniany już wyścig jazdy na czas pod górę w Podgórzynie, a w Kowarach zająłem drugie miejsce w kategorii 19-30. Do „jazdy na czas” mogę także zaliczyć Puchar Polski w Maratonach Szosowych w Radkowie k. Kłodzka. Jechałem wtedy przez ponad 120 km sam, pokonując ponad 2200m przewyższenia i uzyskałem najkrótszy czas spośród wszystkich zawodników. W tym wyścigu startowały grupki 5. zawodników w odstępach co 2 min. W mojej grupie było tylko 3 kolarzy, ale żaden z nich nie był w stanie wytrzymać mojego tempa, dlatego też byłem zdany na samotną jazdę.

Jeśli chodzi o najcenniejsze zwycięstwo czy też wynik, który osiągnąłem w tym sezonie, to oprócz wspomnianego Road Trohy, jest to z pewnością 3. miejsce w nocnym wyścigu Red Bull Kwiat Paproci. Wyścig zaczynał się wraz z zachodem słońca o godz. 21 a kończył się zaraz po wschodzie, o godz. 4 rano. Na starcie stanęło wielu zawodników z czołówki Polski, znanych z maratonów MTB a także wyścigów XC. Trudno opisać cały wyścig, gdyż trwał ponad 7 godzin, ale był niesamowicie ciężki, gdyż na każdej rundzie mieliśmy podbieg z plaży na klif, a potem jechaliśmy w ciemnym lesie, oświetlając sobie drogę lampkami zamontowanymi na kasku. Wyścig bardzo długi, ciężki, przy fantastycznej atmosferze i tłumie kibiców. Pierwszy raz w Polsce brałem udział w tak doskonale zorganizowanej imprezie sportowej. Co do rezultatu, to skończyłem na trzeciej pozycji, będąc pokonanym jedynie przez Andrzeja Kajzera i Krzyśka Krzywego.

Jak wspomniałem, w obecnym sezonie brałem udział w 21 wyścigach szosowych i MTB, których łączny czas wyniósł 60h, a czas jaki spędziłem na przygotowaniach i treningach do wszystkich tych wyścigów, to ok. 500 godzin.

J.W. Nie wszyscy wiedzą, że mimo tak dobrej formy i wyników do pozazdroszczenia przez bardziej doświadczonych kolarzy, to wszystko jest zasługą tylko i wyłącznie Twoją. Jechałeś w „czystej koszulce”, to prawda? Żadnych sponsorów, wsparcia klubu, zaplecza technicznego, masażysty.

D.F. Ścigam się od 2000 roku i przez wiele lat jeździłem w klubie WKS Flota Gdynia, co znaczy, że miałem z klubu licencję i płaciłem składki. Jeśli chodzi o sprzęt, części zamienne, odżywki, badania itd., to wszystkie koszty musiałem pokrywać z własnej kieszeni, bądź kieszeni rodziców. W 2009 roku zdecydowałem się zamówić cały zestaw strojów kolarskich na których będzie tylko nazwa rodzinnej firmy Hydroinstal, która mnie wspiera – jak to rodzina. Poza Hydroinstalem mam na koszulkach i spodenkach wszystkim rozpoznawalne logo „Gdynia moja miasto”, a to dlatego, że od 5 lat jestem mieszkańcem Gdyni, a samo miasto było obecne też w moim dzieciństwie. Te dwa elementy, są czymś z czym się utożsamiam i nie muszę jeździć w strojach z nazwami kilkudziesięciu sponsorów, którzy w żaden sposób mnie nie wspierali.

Tak więc jeżdżąc na wyścigi i treningi reprezentuję firmę rodzinną i zarazem całą rodzinę, a także miasto w którym mieszkam i uważam, że jest najlepszym miejscem do życia w Polsce!

Po 10 latach trenowania i ścigania się przywykłem do tego, że nie mogę liczyć na niczyją pomoc jeśli chodzi o treningi, wyścigi lub pomoc finansową. Dlatego też praktycznie na wszystkie wyścigi jeździłem i jeżdżę sam będąc zarazem trenerem, masażystą, mechanikiem, zawodnikiem, a zamiast bufetu na trasie zawsze wożę 3 lub 4 bidony przez cały wyścig, mając też ze sobą jedzenie, telefon, dętkę i pompkę.

Niestety ten piękny czas trenowania i ścigania się prawdopodobnie dobiega do końca wraz z końcem tego sezonu, ponieważ skończyłem studia magisterskie na kierunku psychologia, a także studiuję na Politechnice Gdańskiej Inżynierię środowiska i nie będę już w stanie dalej finansować tak pięknej i tak kosztownej przygody. Dlatego też staram się w tym sezonie trenować i ścigać najlepiej i najmocniej jak potrafię, by za kilka lat nie mieć do siebie pretensji, że się nie starałem i nie wykorzystałem szans na osiągnięcie sukcesów.

J.W. Mimo tych trudności i przeciwności losu udowadniasz wszystkim, że ciężka praca i profesjonalne podejście do treningu przynosi efekty. Jak to możliwe, że do dziś żaden poważny klub nie przyjął Cię pod swoje skrzydła?

D.F. Nie ukrywam, że podejmowałem próby „załapania” się do polskich grup zawodowych, by mieć szansę ścigania i trenowania na jeszcze wyższym poziome, lecz taka sztuka mi się nie udała. Nie rzadko na wyścigach spotykam zawodników polskich grup zawodowych, z którymi walczę jak równy z równym, będąc czasami przez nimi, a czasami za nimi. Poza szansą jazdy w drużynie zawodowej próbowałem wystartować chociaż z drużynami amatorskimi w wyścigach, w których jeżdżą też grupy zawodowe, lecz ta sztuka też mi się nie udała.

Ze względu na znajomość języka angielskiego i francuskiego, próbowałem znaleźć swojej szansy w amatorskich grupach za granicą, ale to jeszcze trudniejsze niż w Polsce.

J.W. Czego możemy Ci życzyć?

D.F. Hmmm. Myślę, że możliwości trenowania co najmniej na tym samym poziomie co w tym roku. Zdrowia. I sponsora!

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Źródło: www.biznesnafali.pl