Paris-Nice / Facebook

Rozgrywany w fatalnych warunkach atmosferycznych królewski etap wyścigu Paryż-Nicea zebrał swoje żniwo. Podczas gdy wielu zawodników okoliczności zmusiły do zrezygnowania z dalszej jazdy, zdecydowanie najsilniejszy na wieńczącym rywalizację podjeździe okazał się Simon Yates (Mitchelton-Scott), zasłużenie wygrywając i obejmując prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Brytyjczyk podsumował swoje sobotnie wysiłki, podobnie jak Tim Wellens (Lotto Soudal), Luis Leon Sanchez i Jakob Fuglsang (Astana).

To był bardzo trudny etap. Nie było odcinka, który byłby całkowicie płaski lub pozbawiony zakrętów. Zazwyczaj nie lubię jeździć na czele grupy, bardziej komfortowo czuję się zajmując dalszą pozycję, jednak dziś nie mogłem sobie na to pozwolić,

– powiedział w udzielonym Cyclingnews wywiadzie Simon Yates.

Po tym jak zaatakowałem nie zdawałem sobie sprawy z tego, co dokładnie działo się za moimi plecami, jednak byłem informowany o przewadze. Razem z [Ionem] Izagirre jechaliśmy bardzo mocno i dzieliliśmy się pracą, jednak 2 kilometry przed linią mety rozpoczęła się zabawa w kotka i myszkę, a on nie chciał dać zmiany. Nie byłem przekonany do pomysłu dowiezienia go na kole aż do mety i stoczenia sprinterskiego pojedynku, dlatego zaatakowałem.

Liczyłem na etapowe zwycięstwo, jednak nasza pozycja przed rozpoczęciem królewskiego etapu umożliwiała również walkę o klasyfikację generalną. Ostatecznie wszystko ułożyło się dla nas jak najpomyślniej, a żółta koszulka jest w moich rękach.

Oznacza to, że pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej utracił Luis Leon Sanchez. O ile jednak można było się spodziewać, że 34-letni Hiszpan nie poradzi sobie z 16-kilometrowym podjazdem, najwięcej na niezrozumiałych posunięciach taktycznych Astany stracił świetnie dysponowany Jakob Fuglsang, który ani byłemu już liderowi wyścigu nie pomógł, a czekając na Sancheza utracił szansę na walkę o etapowy sukces i poprawę własnego miejsca w „generalce”.

Spodziewaliśmy się, że ten etap będzie dla nas bardzo trudny i takim właśnie się okazał. Również warunki atmosferyczne było bardzo ciężkie, co sprawiło, że nie czułem się rewelacyjnie. Tak czy inaczej, walczyliśmy do końca, a drużyna i ja sam daliśmy z siebie wszystko na ostatnim podjeździe. Po prostu nie byłam w stanie sprostać temu wyzwaniu,

– powiedział serwisowi astanaproteam.kz Sanchez.

To był bardzo trudny etap, a my zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by umożliwić Luisowi Leonowi Sanchezowi utrzymanie miejsca na podium klasyfikacji generalnej. Kiedy stało się jasne, że nie osiągniemy tego celu, ruszyłem do przodu sam, jednak było już za późno. Jutro postaramy się zakończyć Paryż-Nicea jakimś pozytywnym akcentem,

– podsumował Duńczyk.

Pozytywnie zaskoczył natomiast czujący się w deszczu i mrozie jak ryba w wodzie Tim Wellens, który wbrew powszechnym przypuszczeniom świetnie poradził sobie z długim wzniesieniem.

Na ostatnim podjeździe byłem bliski granicy moich możliwości, jednak zdołałem utrzymać narzucane tempo. Ostatecznie zająłem piąte miejsce i nie straciłem zbyt wiele czasu. Z niecierpliwością i pewnością siebie czekam teraz na ostatni etap. Bardzo dobrze znam tę okolicę i wygrywałem tu przed dwoma laty. Będę miał przeciwko sobie silnych rywali, jak Yates i bracia Izagirre, jednak dam z siebie wszystko w walce o klasyfikację generalną wyścigu,

– wg. lottosoudal.be powiedział belgijski kolarz.

Za najbardziej pozytywny akcent królewskiego etapu Paryż-Nicea należy jednak uznać fakt, że Alessandro De Marchi bez poważniejszych urazów wyszedł z fatalnie wyglądającej kraksy. Zaprawiony w boju włoski harcownik zdołał ponownie wsiąść na rower i ukończyć sobotnią rywalizację na 76. miejscu.

Czasami błędy mają poważne konsekwencje. Miałem szczęście, to jest teraz najważniejsze! Czuję wdzięczność, że wszystko jest ze mną okay. Wydarzenia tego dnia uświadomiły mi, że ukończenie rozgrywanego w chłodzie i deszczu etapu w jednym kawałku nie jest złym wynikiem,

– Alessandro napisał na Twitterze.