2025 rok zdecydowanie nie należał do sprinterów. Najszybszym kolarzom w peletonie nie była dedykowana żadna z imprez mistrzowskich, stosunkowo niewiele mieli oni także swoich szans podczas wielkich tourów. Nad takim stanem rzeczy ubolewa Tim Merlier.
9 lat minęło od ostatnich Mistrzostw Świata rozegranych na trasie, która sprzyjała klasycznym sprinterom. To szmat czasu, a na kolejną okazję do walki najszybszych zawodników na świecie przyjdzie im jeszcze poczekać do 2028 bądź 2029 roku – wówczas rozegrane zostaną zawody w Abu Zabi i Kopenhadze. W poprzednich latach sprinterzy, a przynajmniej ci z Europy, mogli „na pocieszenie” walczyć o trykot w gwiazdy, albowiem mistrzostwa Starego Kontynentu zwykle im sprzyjały. W 2025 roku było jednak inaczej, co zdecydował się skomentować najskuteczniejszy sprinter obecnego sezonu, czyli Tim Merlier.
To trochę przykre, że ten sam typ kolarza zdobywa teraz dwa tytuły mistrzowskie jednocześnie. Nie mówię tu o tym, że nie dano szansy dla sprinterów, ale nie dopuszczono do głosu nawet klasykowców takich jak Mathieu i Wout. To wiele mówi, moim zdaniem. Jako sprinter miałem już 3 szanse na tytuł mistrza Europy, ale Mistrzostwa Świata to co innego. Ledwo pamiętam ostatnią okazję dla sprinterów, byłem wówczas jeszcze młodym chłopakiem i niespecjalnie ścigałem się na szosie, a teraz obawiam się, że kolejnej nie doczekam. A jednak każde pokolenie sprinterów zasługuje na szansę na mistrzostwo świata. Zmiany dotyczą też wielkich tourów. Niestety, organizatorzy uważają etapy dla sprinterów za mniej atrakcyjne
— komentował obecny stan rzeczy Tim Merlier w rozmowie dla Sporzy.
Mnogość specjalizacji, różnorodność profili i przebiegu poszczególnych etapów oraz wyścigów bez wątpienia była przez dekady siłą kolarstwa. Obecnie jesteśmy świadkami swoistego ujednolicania się kolejnych imprez, w efekcie czego w coraz większej liczbie zawodów mamy to samo grono faworytów. Oczywiście wciąż jesteśmy bardzo daleko od tego by mówić o braku różnorodności w kolarstwie, ale bez wątpienia spostrzeżenia Tima Merliera są zgodne z rzeczywistością. Inną kwestią pozostaje tylko to, czy na pewno takie zmiany są czymś negatywnym, ale na ten temat każdy kibic ma zapewne własne, często odmienne zdanie.









Trudno nie przyznać mu racji (np. dobra, jak ktoś jest twardym fanem Tadka i bardziej od samego kolarstwa lubi konkretnego zawodnika, to pewnie trudno), mimo, że sam nie jestem wielkim fanem płaskich tras i zazwyczaj ich nie oglądam albo ograniczam się do ostatnich kilometrów.
Każdy chce się ogrzać przy blasku Tadeja, więc organizatorzy będą układali takie trasy, by Słoweniec się chciał pojawić. Pechowo dla sprinterów ale mówimy tu o poważnych pieniądzach, więc kto tam się będzie z nimi liczył…
Trasy na których wygrywają sprinterzy są z reguły po prostu nudne. Zgadzam się, że przez ostatnie dwa lata na mistrzostwach świata trasy były bardzo wymagające. Niemniej mam nadzieję, że takiej zupełnie nieselektywnej, to jeszcze długo nie będzie.
Ale też nie przesadzajmy, że trasa w Kigali to był typowo górski wyścig, na którym Wout czy MvDP w topowej formie nie mieliby żadnych szans (a że nie wystartowali w obawie przed niemal pewną porażką czy dziabnięciem – swoją drogą zastanawiające jak wielu kolarzy tego unika – to ich wybór). Oczywiście sprinterzy są w niełasce (i jak tak dalej pójdzie to może trzeba pomyśleć o osobnych mistrzostwach dla nich, choć prestiż takiej impresy będzie pewnie wątpliwy) ale „problemem” jest raczej to, że jeden kolarz jest w stanie tak dominować na różnych trasach, jakie by one nie były. Oczywiście problemem dla konkurencji i kibiców, bo dla niego samego oraz jego psychofanów (których odróżniam od normalnych kibiców, bo nawet oni muszą przyznać, że choć oczywiście fajnie jak wygrywa ich idol, to jest to już nudne i zabija większość radości z oglądania tego sportu) raczej żadnego problemu tu nie ma ;).
Nie pamiętam kto to mówił czy pisał, można by robić na przemian trudne me i łatwe ms i na odwrót. I tak ostatni mistrz świata spoza europy to 2009 Cadel a wcześniej 93 Armstrong. Ostatnie kilka lat me były sprinterskie.
A kto chciałby oglądać 270km płaskiego wyścigu dla sprinterów?
Przecież na takich trasach to wystarczy oglądnąć max ostatnią godzinę.
Każdy wyścig kolarski powinien być selektywny. Do mety pojedynczo, to jest kolarstwo, a jak komuś nie pasuje, to na tor. Nudne płaskie wyścigi zabiją kolarstwo w krótkim czasie. Co już się dzieje niestety
@Amonek
To, co zabija kolarstwo, to dominacja jednego i tego samego zawodnika w praktycznie każdego rodzaju wyścigu od lutego do października. Oglądasz wyścig i od początku wiesz, kto go wygra. Często nawet i na długo przed jego startem. I wygrywa. Ekscytacja? Zero. Jakby sobie odpalić n-tą powtórkę któregoś z poprzednich wyścigów.
Wyścig sprinterski to jedyna miła odmienność od tej prawidłowości. Jeszcze.
Ale przebodźcowane tik tokiem pokolenie, które musi szybciej i więcej, nigdy tego nie zrozumie. Takim imponuje ktoś, kto zawsze się uśmiecha i nigdy się męczy. A to, że reszta ledwie dojeżdża (albo nawet nie)? Kogo to obchodzi? Było show, gawiedź się cieszy.
@Alek
Dokładnie tak.
Rok x: MŚ dla górali, mistrzostwa kontynentalne dla sprinterów
Rok y: MŚ dla puncheurów, mistrzostwa kontynentalne dla górali
Rok z: MŚ dla sprinterów, mistrzostwa kontynentalne dla puncheurów.
I tak w różnych konfiguracjach, podobnie z czasówkami – tu bardziej płaskie, tu bardziej pofałdowane.
Przy obecnym trendzie w peletonie zaraz zabraknie sprinterów. Wtedy etapy na wielkich tourach będą jeszcze bardziej przewidywalne: albo ucieczka, albo Pogacar (slash GC, jeśli Koza akurat nie jedzie). Nie się jechać „dopaminkowo” każdego etapu, by coś wielkiego się w nim działo. Organizm tego nie wytrzyma. Etapy przejściowe też są potrzebne. No i nie wszędzie da się znaleźć trudny teren.
Ale jaką motywację mają mieć sprinterzy, jak nie mistrzostwa, skoro już teraz na wielkie toury się ich nie zabiera, bo nie da się wygrać touru ze sprinterem w składzie?
Qut – mylisz się. Po pierwsze, 99% fanów nie ogląda płaskich etapów, albo samą końcówkę, wiec po co to komu? Po drugie zwycięzca płaskiego etapu to przeważnie ten z szerokimi łokciami, „zmieniający tor jazdy”, – i o ile się wcześniej nie wysypie. A po trzecie, ponad połowa widzów z wypiekami na buzi obserwuje że może tym razem powinie się noga Boga i będzie świętowanie 🙂 A mistrzostwa dla sprinterów? To tylko na dystansie 10km, aby pociąg dali radę ustawić i jatka na kresce, O!