Magic Johnson w szwedzkim M7 Borås Basket, Andrés Iniesta w japońskim Vissel Kobe czy przygoda Alessandro Del Piero w Indiach – sport jest pełen historii, gdzie sportowcy lądowali w niecodziennych, egzotycznych, czy zwyczajnie zapomnianych w perspektywie całej kariery zespołach. Kolarstwo również nie odstaje w tej kwestii, choć bohater dzisiejszego tekstu jest ogromnym wyjątkiem od reguły.
Z uwagi na fakt, że jest to inauguracyjny artykuł naszego nowego cyklu warto nakreślić o czym właściwie piszemy. “To on tam jeździł?” opowiada o historiach kolarzy w nieoczywistych zespołach, o których większość kolarskiego świata wręcz zapomina. Byli zawodnicy, którzy kierowali się gdzieś wyłącznie po sowitą wypłatę, byli również tacy, którzy liczyli na ostatnią szansę od światowego peletonu, jednak często łączyła ich jedna rzecz – zazwyczaj w tych miejscach kończyli swoje poważne ściganie. Dzisiejszy bohater, którym jest Mark Cavendish to prawdziwy wyjątek od reguły, ale żeby się o tym dowiedzieć musimy cofnąć się do 2016 roku…
Popularny “Manx Missile” przeżywa jeden z lepszych sezonów w swojej karierze. Po dwóch stosunkowo lichych sezonach (oczywiście jak na standardy brytyjskiego sprintera), Cavendish przenosi się do Team Dimension Data. Tam ponownie łączy siły z Markiem Renshawem i po raz kolejny tworzą duet, który swego czasu terroryzował szosy na wielu wyścigach. Warto jednak wspomnieć, że Renshaw był już bliżej niż dalej końca kariery, a w pociągu sprinterskim znów mogliśmy widzieć starych kolegów Cavendisha z czasów świetności HTC, Berniego Eisela i Edvalda Boassona Hagena. Ci panowie jednak również ewidentnie najlepsze lata mieli za sobą. Brytyjczyk zaś zdawał się przeżywać drugą młodość. Jaki był efekt tego powrotu do przeszłości? 4 wygrane etapy Tour de France, kilka zwycięstw etapowych w wyścigach drugiej kategorii oraz srebrny medal w wyścigu ze startu wspólnego Mistrzostw Świata w Dosze. Do tego zestawu legendarny Brytyjczyk dorzuca swój pierwszy, srebrny medal olimpijski, choć zdobyty na torze, gdzie w konkurencji omnium uległ jedynie Elii Vivianiemu. Całkiem nieźle jak na spisywanego na straty 31-latka, czyż nie? Nic dziwnego więc, że apetyt na następny sezon mógł być dosyć spory. Los chciał jednak inaczej, a Mark Cavendish musiał pokonać jedne z wielu przeciwności losu na swojej drodze.
Sezon 2017 rozpoczyna w nienajgorszym stylu, wygrywając etap i klasyfikację punktową Abu Dhabi Tour (dzisiejsze UAE Tour). Zapały kibiców ostudziły słabe, żeby nie powiedzieć anonimowe, występy w Tirreno-Adriatico czy Mediolan-San Remo. To właśnie od włoskiego monumentu rozpoczyna się trzymiesięczna przerwa Brytyjczyka ze ściganiem. Pierwotnie kierownictwo Team Dimension Data tłumaczy to kontuzją kostki oraz “niewyjaśnionym zmęczeniem” podczas treningu. W kwietniu dowiadujemy się jednak całej prawdy – w organiźmie Cavendisha zdiagnozowany został wirus Epsteina-Barra. Ten wirus powoduje mononukleozę, której skutkami jest zmęczenie, osłabienie organizmu i obolałość mięśni. Frustrację idealnie oddawał tweet żony kolarza, Pety Cavendish.
Just the year that keeps on giving of injuries and illness…
— Peta Cavendish (@petatodd) April 12, 2017
W tym sezonie nie czułem się sobą i to pomimo kręcenia dobrych liczb na rowerze. Czułem, że coś jest nie tak. Patrząc na wyniki badań, cieszę się, że w końcu dostałem wyjaśnienie czemu tak się dzieje i nie mogłem dojść do optymalnej formy. Po otrzymaniu medycznej ekspertyzy, zdecydowałem się na okres pełnego odpoczynku, żeby w pełni się wyleczyć
-opowiadał wówczas o chorobie Mark Cavendish.
O szczegółach walki Cavendisha z chorobą, która niestety poskutkowała również depresją, nie zamierzam się dłużej rozwodzić, ale zainteresowanym gorąco polecam dokument na Netfliksie Mark Cavendish: Nigdy dosyć. Brytyjski sprinter dość wnikliwie opisuje w nim proces walki z wirusem oraz tym, jak dużą przeszkodą na jego drodze się to okazało. Skupmy się jednak na tym, co działo się na szosie, a efekt był taki, że legendarny sprinter wrócił do ścigania w czerwcu tego samego roku. Prawdę powiedziawszy, największym sukcesem reszty sezonu było 4 miejsce na drugim etapie Tour de France, wyścigu którego ostatecznie nie ukończył, przez kraksę z winy Petera Sagana na 4. odcinku Wielkiej Pętli. Kontuzje i zmęczenie bardzo wpływały na formę Brytyjczyka, cztery razy zaliczył przy swoim nazwisku trzy literki DNF (Did Not Finish – przyp. red.), również w swoim ojczystym Tour of Britain. Co gorsza, jak się okazało sytuacja nie planowała się poprawić i w przyszłym roku.
Cavendish wciąż był nosicielem wirusa Barr-Epsteina. Mimo tego, starał się ścigać i liczyć na powrót do zwycięskich nawyków. O ile początek sezonu 2018 dawał nadzieję (wygrany etap Dubai Tour), tak reszta roku sugerowała, że koszmar nie zamierza się kończyć. Raptem dwa miejsca na podium, kolejne DNFy oraz anonimowe Tour de France, którego zresztą nie ukończył. Trzeba jednak przyznać, “Manx Missile” nie należy do mięczaków – na 11. etapie walczył do samego końca, choć ostatecznie wspólnie z Markiem Renshawem oraz kolejną gasnącą wówczas gwiazdą, Marcelem Kittelem, nie udało się zmieścić w limicie czasowym. Sezon zakończył 12. miejscem w Prudential RideLondon-Surrey Classic, jednak jasnym było, że organizm Cavendisha nadal potrzebuje odpoczynku.
Ostatni sezon byłego mistrza świata w barwach Team Dimension Data również zakończył się anonimowo. W 2019 roku nie odniósł żadnego zwycięstwa, chociaż wydawało się, że powoli pojawia się dla niego światełko w tunelu. W kwietniu finiszuje na 3. pozycji na trzecim etapie Presidential Cycling Tour of Turkey, a w maju oficjalnie oświadcza, że pokonał męczącą go od prawie dwóch lat chorobę. Badania krwi wykazały, że wirus w końcu dał mu spokój, przynajmniej na jakiś czas. Cavendish, wnioskując po jego słowach, czuł się jakby odczepił kulę u nogi:
Prawdopodobnie miałbym za sobą w tym momencie już dużo ścigania, ale ostatnie parę lat nie byłem w stanie zrobić zbyt wiele na początku roku, ponieważ byłem chory. Teraz w końcu jestem zdrowy i czuję się jak normalny człowiek. Badania krwi, które wykonałem kilka tygodni temu wykazały, że jestem poniżej poziomu, który potwierdza chorobę. Czuję ogromną ulgę i miejmy nadzieję, że będę w stanie wrócić do robienia dobrych rzeczy. W sumie to dopiero teraz jestem w stanie faktycznie zbudować formę
– tłumaczył optymistycznie Mark Cavendish.
Jaki jest największy paradoks sytuacji? Od tamtego momentu Brytyjczyk z wyspy Mann właściwie nie poprawił swojego poziomu, żeby nie powiedzieć, że zjechał z nim w dół. Najbliżej zwycięstwa otarł się w Zabrzu podczas Tour de Pologne, gdzie na mecie wylądował na 6. pozycji. Reszta sezonu? Brak występu w wielkim tourze, anonimowe ściganie w wyścigach drugiej kategorii, a na zakończenie roku nieukończenie trzech klasyków z rzędu. Cavendish zaczął przechodzić do kolarskiego lamusa.
I właściwie w tym momencie zaczynam faktyczną część tego cyklu. W październiku 2019 roku ogłoszono, że legenda kolarstwa wystąpi w przyszłym sezonie w barwach Bahrain-McLaren. Transfer ten wydawał się kolarskim “być albo nie być” (jak się później okazało, nie ostatnim w jego karierze) dla legendy tego sportu. Mark Cavendish miał wówczas 34 lata, trzy bardzo trudne sezony za sobą, a do każdego z nich podchodził z nadzieją pobicia rekordu Eddy’ego Mercxa w ilości wygranych etapów Tour de France. Na tamten moment, brakowało mu pięciu zwycięstw i właściwie nikt nie wierzył, że to nadal możliwe. Drużyna z Bahrajnu wraz z Brytyjczykiem zdawali się żyć marzeniem, licząc, że technologie wyciągnięte żywcem z Formuły 1 pomogą w jego realizacji.
Sezon rozpoczął w niecodziennym dla siebie stylu – podczas rozgrywanego w lutym Saudi Tour był… rozprowadzającym Phila Bauhausa. Co ciekawe, ten eksperyment wyszedł naprawdę dobrze – Bauhaus ostatecznie triumfował w klasyfikacji generalnej, przy okazji zgarniając dwa etapy. Gdy jednak przyszło działać na własną rękę podczas UAE Tour, Cavendish przepadł i raz zameldował się w drugiej dziesiątce na pierwszym etapie. W marcu wybuchła pandemia spowodowana wirusem Covid-19 i wydawało się, że już nawet cały świat robi pod górkę kolarzowi z wyspy Mann. Cavendish był daleki od optymalnej formy, a wciąż liczył na występ w Tour de France. Kiedy w sierpniu sezon mógł ponownie wystartować, Brytyjczyk miał dwie okazje, aby przekonać do siebie kierownictwo swojej drużyny – Vuelta a Burgos oraz, ajakże, nasze rodzime Tour de Pologne. Kolarstwo powoli zapominało o Marku Cavendishu, nikt więc nie czuł się mu winny występu w największym wyścigu na świecie. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że oprócz kibiców samego zainteresowanego, jego poczynania nikogo nie zdawały się ciekawić czy elektryzować.
Jakie były więc efekty tej walki o marzenia? Cóż.. chyba wszyscy się zgodzimy, że 13. miejsce na etapie hiszpańskiej etapówki nie spowodowało wrzawy. W Polsce poszło mu niewiele lepiej – dwa miejsca w drugiej dziesiątce w wyścigu, w którym przypomnijmy, fatalna kraksa na pierwszym etapie właściwie wyłączyła z rywalizacji większość sprinterów. Ratować sytuację miało rozgrywane tydzień później Tour de Wallonie, a tam dość powiedzieć, że 28. miejsce na pierwszym etapie nie porwało tłumów. Kilka dni po zakończeniu tego wyścigu Bahrain – McLaren ogłasza swój skład na Tour de France i na liście brakuje nazwiska Cavendish. Oznacza to, że ostatnia rzecz jaką na tamten moment widzieliśmy w wykonaniu niegdyś niepokonanego na francuskich szosach, to jego kraksa na finiszu w 2017 roku. Całe 3 lata nieobecności. W kolarstwie mam na to inną definicję – przepaść.
Trzeba było więc zadowolić się innymi szansami od losu. Gołym okiem jednak było widać, że Cavendish nie jest już szybki, ma problemy z utrzymywaniem się w grupie, wyglądał wręcz jakby kolarstwo go bardziej trapiło niż cieszyło. Wpierw przyszła pora na wrześniowe Tour de Luxembourg, gdzie, o zgrozo, Mark znów nie przebił się wyżej niż druga dziesiątka na jednym z etapów. Do końca sezonu ścigał się tylko w Belgii, gdzie najpierw nie ukończył BinckBank Tour wycofując się na piątym etapie. Nadzieją dla kibiców zdawała się być Gandawa – Wevelgem, gdzie wyścig ukończył przyjeżdżając w grupetto, a wcześniej bardzo długo utrzymał się w ucieczce. Dobre i to w obecnym rozrachunku, czyż nie? Zresztą, to właściwie za ten wyścig chyba najbardziej zapamiętano jego epizod w drużynie z Bahrajnu. Brytyjczyk tuż po przyjeździe na metę dał krótki, aczkolwiek treściwy i bardzo smutny wywiad, który spowodował, że niejeden kibic kolarstwa uronił łzę wraz z Markiem. Z Cavendisha nikt się nie śmiał – Cavendisha było nam wszystkim zwyczajnie szkoda.
This was Mark Cavendish 4 years at Gent Wevelgem when he thought it was his last race. And now look at him.
He shows me to NEVER GIVE UP, because your dreams in the end may come true. ❤️ #TDF2024 pic.twitter.com/ay6Lee95Bs
— Lukáš Ronald Lukács (@lucasaganronald) July 3, 2024
To najpewniej mój ostatni wyścig w karierze… (czy naprawdę myślisz, że to koniec? – pyta dziennikarz). Być może…
– odpowiedział wzruszony Cavendish.
Następne w kalendarzu było Scheldeprijs – wyścig, który Mark Cavendish do tej pory wygrywał 3 razy, czyli jak nie tutaj to chyba już nigdy! Jaki był więc końcowy rezultat? 143. miejsce, tuż obok Luki Pibernika, kolegi z drużyny, który po tamtym sezonie zakończył karierę. Na koniec sezonu zrezygnowany Brytyjczyk pojawił się na starcie Ronde van Vlaanderen, jednak tutaj niezależnie od formy Cavendisha, nikt nie oczekiwał wybitnych rezultatów. Podobnie było w Driedaagse Brugge – De Panne, gdzie upadła gwiazda kolarstwa zakończyła sezon widząc przy swoim nazwisku po raz kolejny DNF.
Oczywistym było, że Bahrain – McLaren nie przedłuży kontraktu z Markiem Cavendishem, tym bardziej gdy sugerował ewentualne zakończenie kariery. Chętnych nie było wielu, co ciekawe może poza polską drużyną Mazowsze Serce Polski. Wydawało się, że kolarstwo pożegnało się z człowiekiem-instytucją w światowym peletonie. Koniec końców, udało mu się właściwie wybłagać kontrakt i ostatnią szansę od Patricka Lefevere, co oznaczało że marzenie o rekordzie zwycięstw etapowych dalej żyło. W sezonie 2021 Cavendish reprezentował barwy Deceuninck – Quick Step. Tam przeżywa kolejny renesans i kończy sezon z wygraną klasyfikacją punktową Tour de France, przy okazji zrównując się zwycięstwami etapowymi z historycznym „Kanibalem”. Po dwóch owocnych sezonach w belgijskiej formacji przenosi się do Astany Qazaqstan, dalej goniąc marzenia za rekordem. Można powiedzieć, że reszta to już tylko historia, o której opowiadaliśmy wiele razy, a najpewniej przyjdzie nam o niej wspominać jeszcze nieraz…










akurat dobrze pamiętam ten epizod, nie wygrał nic, to był smutny sezon