Ten moment zbliżał się nieuchronnie. Ben O’Connor, niczym bokser raz po raz okładany ciosami przez swojego rywala, trzymał się jeszcze na nogach. Kiedyś musiał stracić równowagę, a wydarzyło się to na stromym Alto de Moncalvillo. Australijczyk myśli już tylko o relaksie na tarasie z piwem w ręce, ale musi się szybko pozbierać, by wrócić do walki. Już raczej nie o zwycięstwo.
− Końcówka trochę mnie złamała − powiedział wyraźnie przygnębiony Ben O’Connor na Alto de Moncalvillo. Australijczyk przez 13 dni dzielnie bronił koszulki, mimo że wielu skazywało go na pożarcie już na pierwszych górskich odcinkach po śmiałej szarży w Yunquerze. Każdego kolejnego dnia kolarz Decathlon AG2R La Mondiale wychodził na podium, gdzie zakładał charakterystyczny czerwony trykot dla lidera klasyfikacji generalnej, jednak nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że jego dni na pierwszej pozycji są policzone.
46 sekund, potem 47, później 2 minuty i tak dalej − Primož Roglič co chwilę kąsał Australijczyka, niwelując sporą stratę. Sądny dzień miał nadejść w piątek, kiedy to zawodników czekała wspinaczka pod Alto de Moncalvillo. Skromna, 5-sekundowa przewaga Bena O’Connora wydawała się nikła w perspektywie wymagającego, 9-kilometrowego podjazdu, gdzie w przeszłości Słoweniec sięgał już po zwycięstwo.
Przez cały etap wydawało się, że miał chrapkę na drugi triumf, jednak po mecie przyznał, że walka o wygraną wcale nie była jego pomysłem.
− Powiedziałem, że nie potrzebuję etapu. Nie będę mówił ich imion, ale niektórzy zdecydowali, że nie słuchamy mnie, tylko pracujemy. Powiedziałem, że musimy mieć wspólny plan, więc powalczyliśmy o etap
− mówił Primož Roglič.
Powalczyli skutecznie. Kilka kilometrów przed metą od grupy lidera oderwali się Daniel Felipe Martinez, Aleksandr Vlasov i Primož Roglič. Po mocnej pracy, pomocnicy zostawili Słoweńca sam na sam z podjazdem, a on poradził sobie w tym pojedynku znakomicie. Szybko stało się jasne, że Roglič wróci dziś na prowadzenie. Niewiadomą pozostawało tylko, jak duża będzie jego przewaga.
Ben O’Connor co chwilę odpadał i wracał do grupy pościgowej. Jak to w zabawie z jojo bywa, sznurek w końcu rozwinął się na dobre. Na mecie Australijczyk miał minutę i 49 sekund straty do Słoweńca, przez co spadł na drugą pozycję w klasyfikacji generalnej. Niczym Vincenzo Nibali w 2013 roku, stracił czerwoną koszulkę po 13 dniach liderowania na 19. etapie.
− Końcówka mnie trochę złamała. Czułem się dobrze, aż do połowy podjazdu. Nie byłem zaskoczony atakiem, ale nie spodziewałem się, że w końcówce pójdzie mi tak źle. Wyszło średnio, ale taka jest rzeczywistość
− mówił Ben O’Connor zgromadzonym na Alto de Moncalvillo reporterom, przyznając, że jego myśli są już przy poniedziałkowym odpoczynku.
− Poniedziałek, PIWO na tarasie, relaks
− to siedziało w głowie Australijczyka na mecie wczorajszego etapu.
Mimo że Primož Roglič w swoim stylu stara się tonować nastroje, tylko kataklizm może mu odebrać czwartą wygraną w Vuelta a España. Walka o podium trwa jednak w najlepsze, a w gronie zainteresowanych są między innymi Ben O’Connor, Enric Mas, Richard Carapaz czy świetnie dysponowany Mattias Skjelmose. Na dwóch finałowych etapach Australijczyk z Decathlon AG2R La Mondiale postara się zrobić wszystko, by utrzymać miejsce w pierwszej trójce i po raz kolejny nie skończyć wielkiego touru na 4. pozycji.









