fot. UCI

Mistrzostwa świata to nie tylko walka o medale czy mówiąc bardziej ogólnie najwyższe lokaty. To także masa pojedynków ze samym sobą, spełniania marzeń w postaci rywalizacji z najlepszymi czy symbolicznych zmagań w imieniu pewnych, czasem wykluczonych grup.

Czy uważam, że na mistrzostwach świata powinno być miejsce dla kolarzy z całego globu? I tak, i nie. Z jednej strony grzechem byłoby odmówienie komukolwiek udziału w najważniejszym reprezentacyjnym wyścigu sezonu, z drugiej zaś Międzynarodowa Unia Kolarska robi to regularnie wyznaczając poszczególnym reprezentacją często bardzo restrykcyjne kwoty zawodnicze. Urodziłeś się we Włoszech, Danii, Belgii czy Holandii? Przykro nam, ale macie 2 miejsca na czasówki i radźcie sobie. Bangladesz, Pakistan czy Wyspa Guam? Chodźcie – właśnie Was nam potrzeba!

Część pierwsza – pokazać się światu
Mistrzostwa świata są często jedną z nielicznych okazji dla zawodników z egzotycznych, przynajmniej kolarsko, krajów by zaprezentować się przed szerszą publicznością, a dzięki temu zapracować sobie na szansę do np. znalezienia nowego pracodawcy. UCI daje takim zawodnikom szansę, a ci raz lepiej, raz gorzej ją wykorzystują.

Świetnym przykładem takiego zawodnika jest Kaden Hopkins. 22-latek z Bermudów przed Mistrzostwami Świata udzielił bardzo fajnego i obszernego wywiadu serwisowi Global Peleton, w którym opowiedział jak trudna droga prowadzi z niekojarzących się kompletnie z kolarstwem Bermudów na ten czempionat. Dla Kadena te zawody to ostatnia szansa by pokazać coś w młodszej kategorii i przebić się do zawodowego peletonu.

Dorastając tam, gdzie ja, ludzie zawsze mówili: „jesteś z Bermudów, nie będziesz zawodowym kolarzem”. Widziałem, że w Europie 18-latkowie już wygrywają wyścigi z zawodowcami i zdobywają kontrakty. Od samego początku czułem się, jakbym miał jakieś zaległości. Będąc z tak małej wyspy, żyjąc tak daleko od Europy, nie jest tak łatwo wejść na wyższy poziom.

Dorastanie było jak spacer po drabinie. Zacząłem jeździć na rowerze na Bermudach, po prostu bawiąc się na góralu. W wieku 15 lat pojechałem na moje pierwsze Mistrzostwa Karaibów na Dominikanie. To były wtedy moje jedyne międzynarodowe wyścigi. Potem zacząłem ścigać się w Stanach. Co roku woziliśmy ekipę z Bermudów na Green Mountain Stage Race Juniors. Przez kilka lat był to jedyny wyścig, jaki robiliśmy poza Bermudami. Po ukończeniu liceum poszedłem do college’u w Kolorado, a pobyt w Stanach znacznie ułatwił mi zwiedzenie kilku dobrych wyścigów. Ścigałem się na scenie kolegialnej i niektórych wyścigach etapowych w USA. Potem uderzył COVID i wszystko się zamknęło. Wróciłem na Bermudy i nie miałem żadnych wyścigów w kalendarzu, na które mógłbym się przygotować, więc to był mój najaktywniejszy rok treningowy w życiu – codziennie kręciłem okrążenia wokół malutkiej wysepki.

Pod koniec 2020 roku hiszpańska drużyna Essax ogłosiła swoje powstanie. Znalazł się tam facet z Dominikany, który się ścigał, Diego Milan, był związany z zespołem Inteja, który był zespołem kontynentalnym na Dominikanie. Zadzwonił do mnie i dał mi znać o drużynie, że jeśli chcę miejsce to mogę je mieć. Na szczęście pochodzę z rodziny sportowców. Tata był triatlonistą, a mama naprawdę dobrą pływaczką. Powiedziałem im o możliwości wyjazdu do Europy, a oni udzielili mi w tym wsparcia. Kilka miesięcy później wsiadłem do samolotu

— obszernie opowiadał Kaden Hopkins o swojej historii.

Przeskakując ponownie do dzisiejszego dnia – zawodnik z zamieszkanej przez około 60 tysięcy osób wyspy swój występ wykorzystał dobrze – zajął 13. miejsce w jeździe indywidualnej na czas orlików, a bardzo długo podziwiać go mógł cały świat gdy siedział na jednym z gorących krzeseł u boku późniejszego medalisty – Leo Haytera. Przed nim jeszcze wyścig ze startu wspólnego, w którym można się spodziewać aktywnej jazdy tego kolarza – 11. miejsce w Igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej pokazały, że potrafi pojechać za najlepszymi kolarzami świata.

Wiele się przez lata spędzone poza domem nauczyłem. W zeszłym roku było o wiele więcej wyścigów, musiałem nauczyć się oszczędzać energię, dobrze ustawiać w peletonie, nie zaczynać podjazdów z tyłu. Pozycjonowanie to największa rzecz, jakiej się nauczyłem. Im więcej wyścigów jeździsz, tym lepiej jesteś w stanie je przeczytać.

Na Igrzyskach Wspólnoty Narodów wiedziałem, jak będzie wyglądać rywalizacja. Jechaliśmy dzień przed wyjazdem na trasę. Byliśmy za drużyną z Anglii i mogliśmy usłyszeć, jak rozmawiają o wyścigu. Powiedzieli po prostu „ile osób weźmie udział w jutrzejszym wyścigu?” Jeden z nich powiedział „100 i coś”. „OK, więc prawdopodobnie trzydzieści po pierwszym okrążeniu.” Kiedy mówią coś takiego, wiesz, że zacznie się wcześnie.

Od razu po strzale z pistoletu kręciłem się z przodu. Nie śledziłem każdego ruchu, ale gdybym zobaczył Freda Wrighta, Luke’a Plappa lub Marka Cavendisha wykonującego ruch… zwłaszcza za Fredem Wrightem chciałem ruszyć, miał niesamowity rok. Wiem, że potrafi dobrze czytać wyścig, więc gdy go zobaczyłem, wiedziałem, że to akcja, w której musiałem być.

Podążyłem za nimi i nagle usłyszałem Bena Turnera mówiącego „OK, wszyscy pracują razem”. Spojrzałem za siebie, doszło do porwania się grupy i wiedziałem, że to będzie ta właściwa akcja. Myślę, że naprawdę nauczyłem się czytać wyścigi. To był jeden z najtrudniejszych dni. Nawet gdy nasza przewaga się ustabilizowała i mieliśmy kilka minut, cały dzień był pełny ciężkiej pracy. Nigdy nie zwolniliśmy. Wszyscy wychodzili na zmiany, ja też musiałem.

Na dwa okrążenia przed metą Luke Plapp wykonał pierwszy duży atak na podjeździe za linią mety. Od tego momentu grupa zdecydowanie zaczęła się rwać. Został złapany, ale momentalnie następna osoba szła do ataku. Doszło do tego, że na przedostatnim okrążeniu zostałem zgubiony. To była jedna z tych sytuacji, kiedy łapiąc kogoś czujesz już, że następny zawodnik podkręca tempo. Na szczęście w tym momencie, będąc z mniejszego narodu, odpowiedzialność tak naprawdę nie spoczywała na mnie, teoretycznie musiałem tylko podążać za rywalami

— opowiadał w obszernym wywiadzie dla Global Peleton 22-letni Kaden Hopkins z Bermudów.

Pełną rozmowę można znaleźć pod tym linkiem, rzecz jasna w języku angielskim. Taka historia pokazuje jasno, że odbieranie szansy startu kolarzom z mniejszych federacji byłoby gigantycznym grzechem, bo choć taki zawodnik praktycznie nie ma szans na rywalizację o medale to jednak skala wyrzeczeń, na jakie się decyduje w swoim życiu nie jest nic mniejsza niż np. złotego medalisty. Ot nie każdy może się urodzić w takim miejscu, by życie dało mu idealne warunki do rozwoju.

Część druga – obalić ograniczenia i stereotypy
Są takie miejsca na świecie, gdzie istnieją polityczne, często chore ograniczenia dla obywateli. Jednych prawa do realizacji się pozbawiają tak prozaiczne sprawy jak np. brak federacji kolarskiej w kraju, a zatem niemożność do zgłoszenia swojego udziału. Innych np. przepisy i kultura – Pakistanki czy Afganka na rowerze to dla wielu mieszkańców krajów islamskich wciąż naruszenie pewnych standardów i grzech.

Ciężko zatem odmówić prawa do udziału osobom, które niosą z tym pewną misję i próbują zmieniać świat. Gdy Annemiek van Vleuten mijała walczącą z rowerem Pakistankę podczas podjazdu pod Mount Ousley nie czułem niesmaku, choć gdyby to był ktokolwiek inny to pewnie krzyczałbym do telewizora „co ona robi na Mistrzostwach Świata?!”. Symbole też są ważne, a tak duża impreza daje im odpowiedni zasięg by dzielić się swoją misją.

Część trzecia – turyści
„Czy uważam, że na mistrzostwach świata powinno być miejsce dla kolarzy z całego globu? I tak, i nie.” – tak zacząłem ten tekst. To dla niektórych mogła być kontrowersyjna teza, bo przecież jak można komuś udziału w światowym czempionacie? Otóż moim zdaniem się powinno i to właśnie będzie segment poświęcony ludziom, których w Wollongong moim zdaniem być nie powinno.

Listę wyników elity mężczyzn zamykali wczoraj zawodnicy z Brytyjskich Wysp Dziewiczych, Guamu czy Bangladeszu. Korzystają oni z tego, że pochodzą z egzotycznych państw i sztucznie rozciągając stawkę, co w dobie walki o każdą minutę czasu antenowego sprawia, że UCI musi ograniczać udział dla zawodników z innych, bardziej kolarskich części świata.

Ale może za nimi też stoi jakaś misja? Tak bym się łudził, ale potem czytam wywiady z niektórymi i niestety potwierdza się, że to często zwykły egoizm. Celowo długo nie pisałem o planującym swój start w niedzielę 40-letnim Holendrze Rienie Schuurhuisie – szczytem absurdu jest dla mnie bowiem ten kolarz z Watykanu, którym mogą pozachwycać się teraz media z całego świata. Tak – będę pisał, że jest on Holendrem, bowiem z Watykanem łączy go tyle, że jego żona pracuje tam jako australijska ambasador, a on przyjął sobie licencję tamtejszej federacji. Obok najlepszych kolarzy świata stanie zatem sobie na starcie 40-letni amator z parciem na szkło. Głupota.

Wczoraj ostatnie miejsce zajął kolarz z Bangladeszu. 39-letni Drabir Alam stracił do zwycięzcy prawie 20 minut, a trasę pokonywał ze średnią 34km/h. Czy go to ruszyło, że poziom sportowy tych zawodów nie był adekwatny do jego możliwości? Nie, bo jak sam przyznał, na rowerze jeździ dopiero od 4 lat. Ot chciał być pierwszym kolarzem ze swojego kraju i się pokazać. Brawo UCI – spełniliście marzenie kolejnego turysty.

Jestem powolny i wyczerpany, ale hej, dałem z siebie wszystko. Właściwie zacząłem jeździć na rowerze, gdy miałem 35 lat. Miałem pewne problemy zdrowotne, więc zacząłem jeździć na rowerze, zawsze uwielbiałem oglądać kolarstwo zawodowe. W tym roku kończę 40 lat, więc chcę też spróbować Ironmana. Mam tylko ochotę zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi

— opowiadał w jednym z wywiadów Drabir Alam, reprezentant Bangladeszu.

Konkluzja
Czy na mistrzostwach świata powinno być miejsce na „egzotykę”? Moim zdaniem tak, albowiem ciężko o jednoznaczne i uniwersalne zbadanie tego kto i w jakim celu jedzie na czempionat. Zawsze trafią się takie jednostki, które nieco nadużywają systemowych możliwości, ale z drugiej strony to właśnie buduje ten specyficzny klimat tych zawodów. Oczywiście Międzynarodowa Unia Kolarska powinna znaleźć gdzieś złoty środek, bo przykład zawodnika „z Watykanu” pokazuje pewne wypaczenie idei mistrzostw świata.

Z drugiej strony w tym roku i tak chętnych do jazdy w Australii nieco brakowało… To już jednak kwestia lokalizacji tych zawodów i gigantycznych kosztów, jakie trzeba było ponieść by móc powalczyć w imieniu swojego narodu o jak najlepszy wynik.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
sama rama
sama rama

Zapomnieliście o wycieczkach dla 'działaczy’!