fot. bettiniphoto.net

Czwarty etap wyścigu Giro d’Italia z Piacenzy do Sestoli był pierwszym sprawdzianem dla kandydatów do czołowych miejsc w klasyfikacji generalnej. Na zakończenie kolarze musieli zmierzyć się z liczącym 4,3 km podjazdem Colle Passerino, bardziej w stylu “muro” niż “col”, stromym i niedającym chwili wytchnienia. Tam przede wszystkim moralną przewagę zyskał Mikel Landa (Bahrain-Victorious), który jako jedyny zaatakował z grupy faworytów. Landismo żyje. 

Landa przyjechał na tegoroczne Giro d’Italia jako zdecydowany lider drużyny Bahrain-Victorious. Walczy o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej albo przynajmniej o podium. W przeciwieństwie do kilku poprzednich lat przed “różowym wyścigiem” nie przydarzył mu się żaden pech – nie miał kraksy, kontuzji, a także nie chorował. O tym, że jego morale ma się dobrze mogliśmy przekonać się dzisiaj, tj. we wtorek, gdy zaatakował kilometr przed szczytem Colle Passerino.

Hiszpańska prasa i media społecznościowe trąbią, że “Landismo” nie umiera, czyli 31-letni Bask jest taki jak zawsze – atakuje, animuje wyścig, dostarcza kibicom rozrywki, walczy. Nad Remco Evenepoelem (Deceuninck-Quick Step) i Simonem Yatesem (Bike Exchange) zyskał tylko 11 sekund, ale wygrał o wiele więcej – pierwszą bitwę mentalną, która może przybliżyć go do wygrania wojny. Może, ale nie musi.

– Moi koledzy z drużyny pojechali niesamowity etap. Ja chciałem zyskać trochę cennych sekund nad rywalami w klasyfikacji generalnej. [Colle Passerino] było pierwszym poważnym podjazdem w tegorocznej edycji Giro d’Italia i jestem usatysfakcjonowany z tego, jak się czułem. Spojrzałem na twarze pozostałych kolarzy, zauważyłem, że cierpią i zdecydowałem się zaatakować

– sprawozdawał po zakończeniu etapu Landa.

Obecny na miejscu dziennikarz “El País” Carlos Arribas, przytoczył w artykule podsumowującym wtorkowy etap wypowiedź Landy sprzed startu. Ten spoglądając w zasnute ołowianymi chmurami niebo nad Piacenzą, powiedział: “Jak pada to pada, dużo lepiej dla alergii”. Miał zatem lider zespołu Bahrain-Victorious namiastkę swojego Kraju Basków – deszcz i stromy, sztywny podjazd z maksymalnym nachyleniem sięgającym 16-18%, w zależności od źródeł. To pewnie dlatego był sobie w stanie najlepiej poradzić z cierpieniem, które zafundowali kolarzom organizatorzy i pogoda.

Tym samym Landa zaczyna zapominać o niezbyt udanej “czasówce” w Turynie, podczas której stracił 49 sekund do etapowego zwycięzcy Filippo Ganny (INEOS Grenadiers) i tym samym przynajmniej 20 sekund do innych faworytów do zwycięstwa w GC. Ponadto bardzo dobrze wygląda drużyna Bahrain-Victorious, z której na trasie do Sestoli znakomitą pracę wykonali głównie Damiano Caruso, Rafa Valls i Pello Bilbao. Tegoroczna Corsa Rosa miała być dla Landy życiową szansą. Na razie wszystko znajduje się na dobrej drodze, by zapowiedzi ziściły się. Kiedyś wreszcie ten potencjał kolarza z charakterystycznymi bujnymi brwiami musi się uwolnić i przynieść konkretne rezultaty.

Dotychczas Mikel Landa stał na podium wielkiego touru tylko raz – było to właśnie w Giro d’Italia 2015, kiedy to wygrał dwa etapy z rzędu. Wówczas reprezentował barwy Astany. Zresztą praktycznie od początku kariery na wysokim poziomie miał problem z wybiciem się na niepodległość. Rolę lidera musiał dzielić z innymi kolarzami w Sky, Astanie oraz Movistarze. Teraz nie musi.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments