fot. Grzegorz Trzpil/Mazowsze Serce Polski Cycling Team

Porozmawialiśmy z Dariuszem Banaszkiem, byłym prezesem Polskiego Związku Kolarskiego, który aktualnie jest dyrektorem generalnym Mazowsze Serce Polski Cycling Team, a także dyrektorem wielu wyścigów, w tym Tour Bitwa Warszawska 1920.

Na początek: jak ocenia Pan pierwszy sezon działalności Mazowsze Serce Polski Cycling Team?

Zaczęliśmy rok temu, ale od początku ambicje były duże, wyznaczyliśmy sobie cel, którym było miejsce w pierwszej trójce w rankingu Europe Tour, co dałoby nam automatycznie możliwość startu w wyścigach punktowanych UCI 2.2, ale kalendarz i starty były w tym roku wiadomo jakie, pandemia pokazała, że z tych startów niestety nie wszystkie się odbyły, trzeba było je przekładać i użyć różnych metod, by ścigać się jak najwięcej. Udało nam się wygrać cały ranking europejski, na świecie grupa zajęła trzecie miejsce za dwoma ekipami malezyjskimi, więc cieszymy się bardzo, że w pierwszym roku działania projektu nasze plany wypaliły i teraz z większym spokojem układamy kalendarz na przyszły sezon.

Pańscy kolarze odnieśli w tym roku aż 13 zwycięstw UCI. Czy któryś z nich zaskoczył Pana swoją dobrą dyspozycją?

Tak, zawsze wiedziałem, że Kuba Kaczmarek jest takim kolarzem z niewykorzystanym potencjałem i po kilku rozmowach i spotkaniach udało mi się wydobyć z tego chłopaka coś, co zadziwiło znawców kolarskich. Kuba zdobył prawie 300 punktów jako czwarty zawodnik kontynentalny na świecie. Wygrał najwięcej wyścigów UCI, bo aż sześć i uwierzył w siebie, że stać go na wiele. Był czwarty w mistrzostwach Polski ze startu wspólnego, gdzie do medalu zabrakło mu tak niewiele i to właśnie on jest naszym i moim osobistym, prywatnym odkryciem, bo potrafiłem znaleźć w nim to, co kiedyś zagubił.

Mówił Pan, że drużyna będzie mogła startować w wyścigach kategorii 2.2, ale czy oprócz tego ze względu na dobre wyniki drużyna dostaje zaproszenia na wyścigi wyższych kategorii?

Odbywa się to tak, że głównie ekipa składa aplikacje, nie ma takich zwyczajów, że organizator zaprasza ekipy i my korzystając z tego wysyłamy do organizatorów zgłoszenia, staramy się wysyłać na wyścigi wyższych kategorii – 2.1, a nawet HC, bo tam zdobywa się więcej punktów, ale niestety nie zawsze można planować kalendarz tak, jakby się chciało. Na przykład wysłaliśmy (zgłoszenie) na Tour de Langkawi w Malezji i dostaliśmy odpowiedź, że wyścig w lutym się nie odbędzie. Obligatoryjnie od wyścigów kategorii 2.2 dostajemy zaproszenia, bo musimy dostać, jako najlepsza ekipa, ale staramy się mierzyć wysoko i czekamy cały czas na odpowiedzi. Nie ma dnia, żebyśmy nie dostawali po kilka odpowiedzi od organizatorów, więc myślę, że oficjalnie zamkniemy kalendarz do końca grudnia.

Niedawno na Twitterze informował Pan, że spotkanie z potencjalnym sponsorem zakończyło się fiaskiem, czy udało się jakoś spiąć budżet na przyszły sezon?

Chorowałem miesiąc na Covid, przez miesiąc leżałem w łóżku i bardzo ciężko zniosłem tę chorobę i spotkania, które miałem mieć w październiku musiałem nie ze swojej winy poprzekładać na listopad i niektóre z nich nie poszły po naszej myśli, ale w tej chwili budżet zapinamy. Może nie aż tak, jak myśleliśmy, że będzie super, ale wiadomo, że znajdujemy się w czasie epidemii i nie jest to dobry moment dla sportu i takich projektów, jak nasz, są ważniejsze rzeczy, jak zdrowie ludzi. Wiemy, z jakimi problemami borykają się szpitale i to jest teraz priorytet, ale myślę, że poradzimy sobie z budżetem.

Drużyna ma na przyszły sezon ogłoszone kilka transferów, ale najbardziej ciekawi mnie umowa Filipa Prokopyszyna, która jest aż czteroletnia. Dlaczego?

Nie wyobrażam sobie, żeby nie zrobić takiego deadline’u projektu, jak do igrzysk olimpijskich w Paryżu. Tak chcemy rozmawiać za wszystkimi naszymi partnerami. Powstaje „Klub 100”, w którym będzie stu potencjalnych sponsorów, którzy będą wspierać nasz projekt – mamy już kilkunastu, więc coś się dzieje. Zrobiliśmy ten projekt nie z myślą o tym, żeby opierać się na finansowaniu grupy, ale dodatkowo, żeby zrobić to w inny sposób, niż robią grupy w Polsce, żeby mieć swój fanclub, żeby reprezentanci firm mogli przyjeżdżać do nas na duże imprezy, jak mistrzostwa Polski, żeby dopingowali nas w tych samych strojach. Dodatkowo (sponsorzy) dostaną różnego zniżki, rabaty i sprzęt grupy, więc robimy coś innego. Jeśli chodzi o kolarzy i kontrakty, to wiadomo, że nie podpisuje się ich bez zapewnionego budżetu. Teraz sytuacja się zmienia i myślę, że na dniach pojawią się informacje o byłych kolarzach, którzy pozostaną w projekcie i o nowych zawodnikach.

Kontynuując temat przyszłości: czy celem drużyny dalej jest druga dywizja?

Zawsze tak jest, że dyrektorzy, menedżerzy mają jakiś cel i mierzą wysoko i jak tak jest, to łatwiej zdobywać te góry i łatwiej wszystko idzie, gorzej jak się nie ma takiego kierunku działania. Naszym marzeniem jest ekipa ProConti, żeby ekipa z Mazowsza wystartowała w rodowitym Tour de Pologne, żeby drużyna aplikowała do takich wyścigów, jak Giro d’Italia, bo wiadomo, że ekipa drugiej dywizji to może robić, a przy odrobinie szczęścia, różnego rodzaju znajomościach, czy dobrej jeździe i dobrym wizerunku grupy jest szansa pojechać takie Giro d’Italia. Wierzymy, że po tym sezonie będzie nam łatwiej, gdy ruszy projekt stu firm mazowieckich i nie tylko. Ambicje są, dużo pracujemy i jesteśmy dobrej myśli.

Zmieniając temat, w tym roku zorganizował Pan wiele wyścigów, w tym etapowy Tour Bitwa Warszawska 1920 (2.2). Jakie były Pana wrażenia po tym wyścigu?

Od początku chciałem zorganizować ten wyścig jako coś innego. Wyścig, który będzie miał swój klimat, będzie prowadzony drogami z szutrami i kostkami, tam, gdzie odbywała się Bitwa Warszawska w 1920 roku. Miała być inna specyfika tego wyścigu, chcieliśmy zrobić to wzorując się na takich wyścigach, jak Paryż-Roubaix, Flandria czy włoskie Strade Bianche. W takim klimacie chciałem to zorganizować. Kompletnie nie interesuje mnie organizacja wyścigu na Mazowszu na 20-kilometrowych rundach w płaskim terenie. Mam taki charakter, że chciałem powiązać sport z historią. Po tym wyścigu mieliśmy ogromne aspiracje, chcieliśmy rozwijać Bitwę Warszawską, złożyliśmy do UCI aplikację na kategorię 2.1, by być piętro wyżej, by przyjeżdżały do nas lepsze ekipy z całego świata, lepsze niż były w tym roku, ale dostaliśmy decyzję odmowną, nawet na kategorię 2.2. Dla nas, organizatorów, był to ogromny wstrząs. Przy organizacji tej imprezy pracowało prawie sto osób. Co więcej, mamy finansowanie na przyszły rok nawet na 2.1, a wyścig na ten moment prawdopodobnie się nie odbędzie. Piszemy różne pisma do UCI prosząc o dokładną argumentację, bo na wyścig 2.2 każdy z ulicy może złożyć dokumenty i ten wyścig dostanie, a my nie możemy po takiej organizacji, gdzie naprawdę włożyliśmy w to dużo serca. Być może przesadziliśmy z jednym czy dwoma sektorami, ale to był wspaniały wyścig, nie pamiętam, żeby takie emocje były w Polsce na wyścigach, żeby tak się toczyła walka. Moim zdaniem zrobiliśmy coś wspaniałego, mieliśmy w planie ten wyścig jeszcze ulepszać, zwiększyć uwagę na bezpieczeństwo w przyszłym roku, na lepszych sektorach, bardziej pewnych. Baza wyścigu była w prawie 5-gwiazdkowym hotelu, zrobiliśmy wszystko w pierwszym wyścigu i dostaliśmy taki policzek od UCI. To jest dla mnie coś niesamowitego, wierzę jeszcze, że się zreflektują. Napisałem maila do pani Agaty Lang, członka zarządu UEC, żeby wstawiła się za nami w tej sprawie. Do UCI napisało też pisma kilku posłów, senatorów i europarlamentarzystów, żeby dali odpowiedź, za czym ta decyzja stoi. Dla nas jest to szok. Rozumiem, że możemy dostać karę finansową, pouczenie, ale nie dostać zgody na wyścig 2.2 na Bitwę Warszawską, gdzie jeździliśmy w kilkudziesięciu imprezach podobnej kategorii i wszystkie były organizacyjnie dużo słabsze od naszego wyścigu… Tak to wygląda na ten moment.

Organizuje Pan wiele mniejszych wyścigów, czy Pana celem jest rozwój kolarstwa na Mazowszu?

Ja w kolarstwie jestem 35 lat, od piętnastego roku życia oddaję od rana  do wieczora wszystko dla tego kolarstwa, to jest moja miłość, ściga się dwóch moich synów z dużymi sukcesami, dobrze im idzie i stale się rozwijają, co też mnie dodatkowo napędza. Kocham to, co robię. Planujemy wziąć się za okręg mazowiecko-warszawski, pokazać Polskiemu Związkowi Kolarskiemu, jak to się robi. Na razie wychodzi nam to dobrze, planujemy, żeby jak najwięcej tych małych klubów jeździło i stworzyć piramidę kolarsko-sportową, której nie dane mi było dokończyć, a zacząłem (tworzyć) ją w Polskim Związku Kolarskim. Wszystkie programy, które tam wdrażałem chcę przełożyć na Mazowsze. Potrzeba zachęcić jak najwięcej młodych ludzi, kolarstwo się rozwija, powstało bardzo dużo ścieżek na Mazowszu, można powiedzieć, że kilkanaście tysięcy, więc mamy gdzie jeździć i uprawiać kolarstwo. Do tego dochodzi dobre nastawienie Urzędu Marszałkowskiego. Mam nadzieję, że wszystko wypali i za kilka lat będziemy dumni z naszej roboty.