Fot. Castelli

Wchodząc do pokoju hotelowego przed mającą się lada moment rozpocząć prezentacją strojów Castelli powiedziałem głośno „dzień dobry” i satysfakcją pokiwałem głową, gdy nikt mi nie odpowiedział; w końcu byłem tam sam. Rozsuwając zasłony balkonowe wielkości basenu olimpijskiego z wrażenia upuściłem sobie torbę na palec u stopy.

Jednak by móc wylądować, należy najpierw wystartować, a to właśnie jest najbardziej stresującą czynnością, zwłaszcza, gdy wychodzi się z założenia, że aby lot był udany, liczba startów i lądowań musi być porównywalna.

Lot, jak to przeciętny lot, paniczne zaciskanie powiek na zmianę z dłońmi na oparciach, wypuszczam powietrze i już jesteśmy na miejscu. Tam wpadam w ręce niezwykle precyzyjnej i szczegółowej austriackiej maszyny; odbiór z lotniska, transfer do hotelu; wszystko dopięte na ostatni guzik. Poza moją torbą podróżną, która się zwyczajnie rozpięła, co zaowocowało skądinąd zdumionymi spojrzeniami pasażerów, gdy z otworu taśmy wyjechał najpierw jeden but kolarski, potem kosmetyczka, a na końcu większy fragment koszulki…

Hotel w Langefeld. Na jego temat nie będę się rozpisywał, bo ja jeszcze nie miałem przyjemności w takim hotelu przebywać, zameldowanie i zaraz gromadzimy się na pierwszym spotkaniu. Od recepcji, przez foyer i dalej korytarz prowadzi ścieżka, przygotowana przez marketing Castelli; z każdym krokiem, pokonywanym przez tą przestrzeń zaczynam się czuć jak w jednym z niewielu rozumianych przeze mnie miejsc. Rowery. Stroje. Bidony. Akcesoria. Ten świat zwyczajnie rozumiem. Może nie tak do końca, ale zwyczajnie go lubię.

Pierwszego dnia zaplanowana została szeroka, oraz obfitująca w dziesiątki śmiesznych dygresji prezentacja nowej kolekcji odzieży Castelli; jeśli ktoś spodziewał się nudnego niczym na zajęciach akademickich perorowania o wyższości kurtki „A” nad konkurencyjną kurtką „B”, mógł czuć się zawiedziony, zaś ci, którzy oczekiwali czegoś ciekawego, mogli być usatysfakcjonowani. Ja dla przykładu byłem w pełni kontent; mając możliwość swobodnej rozmowy z choćby Andreą Peronem (były zawodowiec – 8 miejsce w Vuelta a Espana, 10 w Tour de France, 7 w Liege Bastogne Liege), brand managerem firmy Castelli Steve Smithem czy też…. Z Giannim Mosconem, z którym to miałem przyjemność rozmawiać podczas śniadania, oraz towarzyszyć mu podczas jednej z przejażdżek.

Zapoznaliśmy się z w ciekawą i obfitującą z manewry, rodem ze szpiegowskich filmów, zwroty akcji, historia modelu Gabba (aktualnie świętuje ona swoje dziesięciolecie). Widzieliśmy słupki sprzedaży tego flagowego produktu Castelli – w pierwszym roku sprzedaży… w 2011 roku tych bluz sprzedało się tylko 274 sztuki. Widzieliśmy zdjęcia i filmy z 2013 roku, z pamiętnej, mroźnej edycji Milan Sanremo, gdzie kurtki Gabba kupiło już 8 zespołów startujących w wyścigu, a zawodnicy zakładali je pod swoje, drużynowe kurtki. Team Sky (aktualnie INEOS) także korzystał z kurtek Gabba pomimo obowiązującego kontraktu z firmą Rapha…

Maurizio Castelli:

nie byłbym w stanie zrewolucjonizować odzieży rowerowej, gdybym się nie ścigał. To jedyny sposób zrozumienia, co się z tym wiąże.

Po prezentacji odebraliśmy pakiet swoich ciuchów, poszliśmy się przebrać, i już ustawiamy się do zdjęcia grupowego. Cóż, z daleka naprawdę wyglądaliśmy jak drużyna kolarska, o ile wszyscy w tym samym czasie wciągnęliśmy brzuchy. Jak przystało na akcję promocyjną poważnej i pierwszoligowej firmy Castelli, towarzyszyło nam kilku fotografów. Ignorując kompletnie uwagę jednego z nich, bym do zdjęcia portretowego z tą facjatą może jednak założył kask narciarski i gogle, daliśmy się obfotografować z każdej (prawie) strony. Następnie ustawiamy się do zdjęcia grupowego. I znów ów złośliwy fotograf poprosił mnie dyskretnie, bym może jednak ustawił się tyłem do zdjęcia, ale uświadomiłem go, że jego metr sześćdziesiąt wzrostu słabo rokuje w dyskusji z moim metr osiemdziesiąt cztery, i dalsza część zdjęć przebiegła bez większych zakłóceń.

Ruszyliśmy w trasę; plan na pierwszy dzień zakładał pokonanie kilku kółek wąskimi dróżkami, by tam porobić nam zdjęcia z samochodu, po czym mieliśmy pokonać widowiskowy, siedmiokilometrowy podjazd. I to właśnie – z perspektywy mojej, gościa z płaskiego jak stół Mazowsza – jest czymś niesamowitym. Widoki. Pejzaże malowane pełną paletą barw, przetykane pajęczyną chmur, bielącego się w oddali śniegu i karłowatej na tej wysokości roślinności. Szumiące wodospady. Promienie zachodzącego słońca, oświetlające dolinę. Idylla.

I – uwierzcie mi na słowo – to właśnie te widoki, które chłonąłem całym sobą, powodowały, że pod górę jechałem wolno. Chciałem się napawać, zapamiętać każdy centymetr podjazdu. A i pędzić pod górę jest zwyczajnie niebezpiecznie.

Na szycie góry – znów sesja, rozmowy z innymi dziennikarzami, czekamy na ostatnich podjeżdżających i zjeżdżamy z góry, kierując się prosto na kolację. Dzień skończył się za szybko. Już rano wstajemy na wczesne śniadanie, bo nazajutrz zaplanowano nieco dłuższą „przejażdżkę”.

Drugiego dnia, schodząc na śniadanie, manewrowałem między stolikami szukając „swojego” miejsca z wczoraj, siadam – podnoszę wzrok – naprzeciw mnie siedzi Gianni Moscon. Siedzimy, patrzymy na siebie – myślę sobie, co by gość tak bezproduktywnie nie siedział – poprosiłem go o podanie kawy, po czym przypomniałem mu, że już mieliśmy przyjemność się poznać, i był nawet na tyle uprzejmy, że nie zapytał, dla kogo ta przyjemność miałaby być… porozmawialiśmy, powymienialiśmy opinie z ubiegłorocznych mistrzostw, o założeniach przed Yorkshire, wypiliśmy espresso i do pokoi, znów się przebrać – tym razem w inny komplet ciuchów.

Zapinając koszulkę w moim nominalnym rozmiarze oczy wyszły mi nieco z orbit, wziąłem spodenki w równie nominalnym rozmiarze, udało mi się je wciągnąć gdzieś do pół łydki, z wysiłku złapało mnie okrutne lumbago, po czym zszedłem na dół wymienić ciuchy na rozmiar większy i ten udało mi się założyć już bezproblemowo.

Drugiego dnia mieliśmy pokonać zacną trasę ze znacznie już trudniejszym podjazdem, przeszło 20 kilometrowym do Timmelsjoch. Zaś w mojej osobistej ocenie podjazd ten miał jakieś siedemset kilometrów, sadząc po moim mocno dyszącym samopoczuciu na szczycie trzy godziny później.

Podjazdy. Z całego kolarskiego rzemiosła ich nie lubię najbardziej, a precyzyjnie – ich nie lubią moje gabaryty. Jestem 25 kilo cięży od przeciętnego górala i moje szanse są odwrotnie proporcjonalne w stosunku do chociażby Hiszpana, z którym wystartowałem od samego początku podjazdu. Ów mierzył oszałamiające 148 centymetrów i to jak na trotuar wszedł, obwód uda miał jak moje przedramię i ważył tyle, co dobrze wykarmiony kurczak. Patrząc na mnie, przerzucił wzrok na szarzejący w oddali szczyt, znów spojrzał na mnie i powiedział, że jest mu bardzo „sorry”, po czym pokazał mi na telefonie profil tego podjazdu. Nie wiedzieć czemu lekko się uśmiechał, gdy zobaczył moją minę, po czym rzucił, że „widzimy się na szczycie za jakiś czas” i pojechał sobie. Na pierwszych dwóch metrach utrzymywałem jego koło, później zacząłem sukcesywnie tracić dystans.

Ten pojazd pokonywałem w swoim własnym, niewymuszonym tempie. O ile dojazd do podnóża góry pokonałem w parze z Mosconem, który też mnie pocieszył – („you are not a climber, right?” patrząc na moją sylwetkę) o tyle od rozpoczęcia podjazdu cała grupa rozjechała się niczym wolne elektrony i każdy jechał zgodnie ze swoimi możliwościami. I o ile pierwsze kilometry poszły jeszcze jakoś „świeżością” o tyle dalej zaczęło się robić już znacznie mniej przyjemnie.

Każdy kolejny kilometr ciągnął się w nieskończoność i nie rekompensowały tego nawet bajeczne widoki. Po półtorej godziny nierównej walki z górą pomyślałem, że kto to słyszał, by do cholery lać asfalt pod górę?? Toż to wszystko spłynie zaraz, asfalt powinno lać się wyłącznie zgodnie z grawitacją, czyli w dół, i tak też powinno się jeździć. Zwłaszcza dysponując moją masą, niekoniecznie mięśniową, ale nie byłem w stanie tego nawet wyartykułować, będąc zajętym intensywnym łapaniem powietrza. Inną zupełnie sprawą był fakt, iż w ogóle, w moim życiu – nie tylko rowerowym – na wysokościach powyżej 2400 byłem ledwie trzeci raz.

Po kolejnym milionie oddechów pojawiło się fałszywe wypłaszczenie – i dobrze, że jeden z lokalnych mnie o nim uprzedził, bo na myśl, że miałbym po tych kilkuset metrach oddechu znów podjąć kilkukilometrową walkę z górą ponownie, zalałaby mnie krew. Gdyby ostatnie kilka kilometrów podjazdu pojawiły się z zaskoczenia, nie wiem, jak by to się skończyło…. Po minięciu Muzeum Motocykli – dość eklektycznej budowli, wyłaniającej się ze zbocza – zmęczonym oczom wyłonił się, korzystając z odrobin wyobraźni, dziewiczy, oszałamiający i zarazem dziki widok. Ostatnia, najwyższa część przełęczy górskiej, pnącej się coraz wyżej i wyżej, gdzie na każdym zakręcie ustawione są tabliczki z określeniem bieżącej wysokości. Cóż, ta wysokość rosła wprost proporcjonalnie do mojego zmęczenia. 2300, wiele minut i obrotów korbą, 2350… czas, wbrew fizyce, zwolnił, bo do kolejnej tabliczki – 2400 – minęła prawie dekada. 2500. I finalnie, w końcu, nareszcie, uff, pojawia się tabliczka 2509.

Timmelsjoch. Zjazd prowadzi już na stronę włoską. To miejsce, w którym – stając tyłem do kawiarni na poboczu – zawahać się można, czy cywilizacja jeszcze istnieje. Szczyty górskie otulone chmurami, w dole samochody wielkości resoraków pną się mozolnie pod górę; ciągnie mnie do takich widoków jak gwóźdź do magnesu. Wypiliśmy kawę. Wypiliśmy sporo wody; odwodnienie po pokonaniu takiego podjazdu staje się zagadnieniem nie tylko teoretycznym.

Ustawiliśmy się do zjazdu – korzystając tym razem ze sprzyjającej mi fizyki – ustawiłem się zaraz za Mosnonem i ruszyliśmy. Ten, 22 łącznie kilometrowy zjazd – był przy okazji doskonałym sprawdzianem dla wiatrówek Castelli. Egzamin zdały śpiewająco. Niesprawiedliwe tylko było to, że zjazd minął aż tak szybko…

Ostatni, płaski odcinek do Solden ponownie pokonałem w parze z Mosconem. A że co dobre, szybko się kończy, później była chwila dla siebie, fantastycznie zorganizowana kolacja, niesamowity marsz z góry leśną ścieżką w towarzystwie drewnianych rzeźb i zapalonych czołówek i już jesteśmy w hotelu. Krótkie spotkanie podsumowujące, i każdy szykuje się do transferu na lotnisko.

Wrażenia z Castelli Camp. Sądzę, że z samych opisanych wcześniej wrażeń wyłania się oczywisty obraz. Sparafrazuję nazwę modelu marki Castelli (Perfetto), by z czystym sumieniem móc powiedzieć – wyjazd prasowy Castelli był zwyczajnie perfekcyjny.

Bo co innego można myśleć o wyjeździe, na którym dwukrotnie jeździłem z Mosconem, który po tygodniu zajął czwarte miejsce w Mistrzostwach Świata w Yorkshire? To wrażenie, gdy na własne oczy widziałeś, jak odjeżdża ci na podjeździe. To wrażenie, gdy widzisz, jak w końcówce mistrzowskiego wyścigu to on odpada z grupy liderów – bynajmniej nie górali – na niewielkim podjeździe trasy mistrzostw…. Nie dzieli nas przepaść pod względem sportowym. To zwyczajnie są dwa różne systemy walutowe.

A jedyne co nas obecnie łączy, to posiadanie takiej samej bluzy Castelli. No, moja po dwóch przejażdżkach jest nieco bardziej zniszczona, co wynikło z dość widowiskowej kraksy, której uległem tydzień po powrocie z Media Camp, ale w dalszym ciągu to tylko potwierdza jej jakość.

Bluza kraksę niemal przetrwała.

Kość zaś nie.

Video:

Castelli

Historia firmy sięga 1876 roku, za sprawą krawca Vittore Gianniego. Wśród użytkowników szytych przez niego ubrań byli: AC Milan, Juwentus czy członkowie baletu z Milanu. W 1910 powstał pierwszy strój kolarski Castelli – jednym z użytkowników był Alfredo Binda, mistrz świata oraz pięciokrotny zwycięzca Giro. W 1935 roku do firmy dołączył jej późniejszy właściciel – Armando Castelli. W latach czterdziestych stroje Castelli zaczęli nosić Gino Bartali oraz Fausto Coppi. Pod koniec lat czterdziestych Castelli wyprodukowało pierwsze stroje do jazdy na czas, a w latach pięćdziesiątych stroje tej marki zakładało coraz więcej ówczesnych gwiazd kolarstwa- choćby Rik van Looy i Jacques Anquetil, oraz 12 drużyn kolarskich przełomu lat pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych. W roku 1977 powstały pierwsze spodenki z lycry, a w 1983 powstał pierwszy, bezpośredni nadruk na koszulce, także w tym samym roku powstała pierwsza wiatroodporna koszulka (używał jej choćby Bernard Hinault). Już rok później powstaje odzież termiczna (jednym z najważniejszych użytkowników był Francesco Moser), a od roku 1989 Castelli staje się oficjalnym dostawcą koszulek klasyfikacji na Tour de France oraz Giro d`Italia. W 1996 roku pojawia się damska kolekcja odzieży kolarskiej (jeździła w niej na przykład Paola Pezzo, zdobywczyni złota na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie). W roku 2010 wprowadzone została nanotechnologia – odporny na wodę, zarazem oddychający materiał. Powstaje kultowa koszulka Gabba. Powstają aerodynamiczne kostiumy do jazdy w peletonie oraz do jazdy na czas – zwycięża w nim choćby Ryder Hesjedal w Giro d`Italia.

W tym tekście nie skupiam się celowo na walorach technicznych i estetycznych samych strojów Castelli; ich recenzji poświęcony będzie oddzielny felieton.

Poprzedni artykułAsja Paladin w Casa Dorada Women Cycling Team
Następny artykułGino Bartali z szansą na beatyfikację
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.