fot. UCI

Licząca 105 kilometrów samotna ucieczka dała Holenderce Annemiek Van Vleuten pierwszy w karierze tytuł mistrzyni świata w wyścigu ze startu wspólnego. W ten sposób los wynagrodził jej pecha, jakiego doznała podczas IO 2016 oraz w ubiegłym roku w Innsbrucku. 

Co prawda Van Vleuten nie musiała pokonywać w Yorkshire kilku alpejskich przełęczy, ale jej akcja i tak przejdzie do historii obok sławetnego ataku Chrisa Froome’a podczas dziewiętnastego etapu Giro d’Italia 2018. Okazuje się bowiem, że we współczesnym kolarstwie, w którym poziom rywalizacji jest mocno wyrównany, da się zrobić decydującą różnicę we wczesnej fazie wyścigu. Da się, chociaż nie każdy tak potrafi.

– To była stukilometrowa jazda na czas. To był szalony plan, który nie był zaplanowany. Chciałam mocno pojechać na podjeździe [Lofthouse] i okazało się, że zyskałam przewagę. Wówczas mój trener powiedział mi, abym jechała dalej. To był naprawdę szalony plan. Ta akcja była szalona i ja też w tym wszystkim byłam trochę szalona. Bardzo dużo trenowałam i myślę, że to pomogło mi dzisiaj wykonać tak wielki wysiłek. Ludzie wiedzą, że spędzam wiele godzin na rowerze i to się dziś opłaciło

– skomentowała swój występ Annemiek Van Vleuten.

Druga i jednocześnie obrończyni tytułu sprzed roku Anna van der Breggen straciła do swojej rodaczki dwie minuty i piętnaście sekund, a peleton przyjechał ponad pięć minut za zdumiewającą Van Vleuten, która na mecie świętowała sukces z rodziną.

– Mam w sobie tak wiele emocji. Moja mama tutaj jest i to jest dla mnie coś wyjątkowego. Zostać mistrzynią świata było moim wielkim marzeniem. Byłam już mistrzynią świata w jeździe indywidualnej na czas, ale będąc nią ze startu wspólnego, będę mogła nosić koszulkę częściej. Na linii mety mogłam świętować i cieszyć się tym. Świetni byli także kibice, tutaj w Yorkshire, którzy wspaniale dopingowali, wszyscy trzymali za mnie kciuki. Mam ciarki na skórze

– dodała Van Vleuten.

36-letnia Holenderka jest jedną z najbardziej utytułowanych zawodniczek w kobiecym peletonie. Jej największe sukcesy przypadły na lata 2017 i 2018, kiedy to w Innsbrucku zdobyła tęczową koszulkę w jeździe indywidualnej na czas. W swoim dorobku ma dwukrotne zwycięstwo w La Course by Le Tour de France oraz w Giro Rosa (2018, 2019). Do tej pory brakowało jej wielkiego zwycięstwa w jednodniowym wyścigu i triumf w Yorkshire zdecydowanie tę lukę wypełnił. W 2016 roku, podczas wyścigu ze startu wspólnego o mistrzostwo olimpijskie w Rio de Janeiro, również zdecydowała się na długi samotny atak i mając złoty medal w kieszeni, upadła na zjeździe ze szczytu Vista Chinesa, doznając urazu rdzenia kręgowego i wstrząśnienia mózgu.

W ubiegłym roku podczas mistrzostw świata w Innsbrucku – tak, jak powiedziała – zdobyła tytuł mistrzyni świata w jeździe indywidualnej na czas, ale już podczas wyścigu ze startu wspólnego nie ustrzegła się pecha. Miała kraksę, w której złamała kolano, ale pomimo to… ukończyła wyścig, pomagając jeszcze wywalczyć “tęczę” drugiej w sobotę koleżance z reprezentacji – Annie van der Breggen.

I na zakończenie jeszcze ciekawostka. Podium wyścigu o mistrzostwo świata elity kobiet w Yorkshire wygląda tak samo jak podium tegorocznego wyścigu Giro d’Italia dla pań – Annemiek Van Vleuten, Anna van der Breggen, Amanda Spratt.