Fot. Astana

Mimo że poza hiszpańskimi ekipami ścigającymi się w drugiej i w trzeciej dywizji, na próżno szukać drużyny, dla której wyścig Volta a la Comunitat Valenciana byłby jednym z celów numer jeden, to tegoroczna, 69. edycja, dostarczyła dość wrażeń jak na przełom stycznia i lutego. Oto pięć rzeczy, które zapamiętamy z rywalizacji wokół Walencji. 

1. Niezmiennie, a może nawet coraz bardziej imponujący Alejandro Valverde

Cały kolarski świat uważnie śledził losy Alejandro Valverde od momentu poważnej kraksy na pierwszym etapie Tour de France 2017. Na początku były wątpliwości, czy legendarny Hiszpan zdoła w ogóle wrócić do profesjonalnego kolarstwa, ale na szczęście wraz z mijającymi tygodniami, spływały coraz lepsze wieści dotyczące jego pomyślnie przebiegającej rekonwalescencji. Aż w końcu w okresie oficjalnych prezentacji drużyn i podawania kalendarzy startów, czyli w grudniu i w styczniu, dowiedzieliśmy się, że “Bala” ma zamiar ścigać się od stycznia do października, ponieważ czuje się bardzo dobrze i osiąga dobre wyniki podczas treningów.

Jego pierwszym w sezonie startom w trzech z czterech wyścigów Mallorca Challenge towarzyszyły strach i niepokój, ale gdy pierwsze koty przeskoczyły płoty, Valverde nabrał pewności, że w Tour of Valencia będzie go stać na wygranie przynajmniej jednego etapu. 37-latek nie tylko sprostał osobistym oczekiwaniom, ale nawet je przewyższył, zdobywając w pięknym stylu dwie etapowe wygrane i zwyciężając, po raz trzeci w karierze, w klasyfikacji generalnej.

2. Niespełnione oczekiwania Team Sky

To, jak potoczył się dla Team Sky wyścig Volta a la Comunitat Valenciana dowodzi tego, że mocny skład na papierze nie gwarantuje dominacji i wystrzałowych niczym sylwestrowe fajerwerki wyników w rzeczywistości. “Niebiańscy” jechali na Costa Blanca z nadziejami przynajmniej na pierwszą trójkę klasyfikacji generalnej. Mieli bowiem w składzie m.in. zwycięzcę tego wyścigu z 2016 roku Wouta Poelsa; etapowego zwycięzcę w hiszpańskiej Vuelcie Davida de la Cruza; będącego w wysokiej jak na początek sezonu formie Gianniego Moscona oraz Michała Kwiatkowskiego, byłego mistrza świata oraz zwycięzcę Mediolan-San Remo.

Z punktu widzenia telewizyjnego widza, wydaje się, że największym błędem taktycznym popełnionym w wyścigu przez drużynę Sky było nie wysłanie nikogo do kontrataku wobec akcji Jakoba Fuglsanga (Astana) z drugiego etapu. Na taki ruch zdecydował się Alejandro Valverde, dziś już wiemy, właściciel żółtej koszulki. Nie możemy mieć jednak pewności, że była to taktyczna gafa, ponieważ trzeba było dysponować naprawdę dobrą nogą, by dotrzymać tempa Fuglsangowi, Valverde, a później także LuLu Sanchezowi.

Ostatecznie efekt jest taki, że najwyżej sklasyfikowanym w “generalce” jest dwunasty Gianni Moscon, który jednocześnie przegrał rywalizację o białą koszulkę najlepszego młodzieżowca z Kilianem Frankinym z BMC o dziesięć sekund. Aktywności nie można za to odmówić Michałowi Kwiatkowskiemu, który na pierwszym etapie rozstrzygniętym przez finisz peletonu zajął siódme miejsce. Ponadto Polak dwukrotnie zabierał się w ucieczki (na czwartym i piątym odcinku) oraz pracował na rzecz swoich kolegów w górach.

Fot. Team Sky

3. Solidny występ drużyny BMC Racing Team

Worek ze zwycięstwami w wyścigu Tour Down Under otworzył Richie Porte. W Wyścigu dookoła Walencji Amerykanie kontynuowali dobrą jazdę. Wygrali jazdę drużynową na czas, demonstrując wysokie umiejętności i wolę walki bez względu na okoliczności, ostatni etap imprezy zgarnął Jürgen Roelandts, wspomniany Kilian Frankiny wygrał klasyfikację młodzieżową i zajął dziewiąte miejsce w klasyfikacji generalnej, a Stefan Küng pokazał moc, utrzymując się najdłużej z uciekinierów dnia przed przygotowującym się do finałowego sprintu peletonem. W rezultacie jazdy ekipy BMC z pewnością nie można określić mianem “na świadka”.

Fot. BMC Racing Team

4. Debiutanci w drużynach wygrali etapy sprinterskie

Tak się złożyło, że dwaj kolarze, którzy startując w wyścigu Volta a la Comunitat Valenciana debiutowali w barwach swoich drużyn, wygrali etapy przeznaczone dla sprinterów. Są to Danny van Popppel (LottoNL-Jumbo) oraz Jürgen Roelandts (BMC Racing Team). Pierwszy z nich jest młody i to, co najlepsze ma najprawdopodobniej jeszcze przed sobą, zwłaszcza że wyrwał się z pęt Team Sky, a drugi przez większą część czasu pracował w sprinterskim pociągu André Greipela, bowiem po poprzednim sezonie odszedł z drużyny Lotto-Soudal.

Fot. BMC Racing Team

5. Warunki atmosferyczne ponownie spłatały organizatorom figla

Trzeci etap jazdy drużynowej na czas miał być jednym z decydujących o losach klasyfikacji generalnej. Drużyny Sky i BMC, które przyjechały w dość mocnych składach oraz czarne konie pokroju BMC czy Movistaru, miały zapewnić kibicom emocje podczas jednej z najtrudniejszych i jednocześnie najbardziej widowiskowych kolarskich konkurencji.

Tymczasem w piątkowy poranek w Calpe spadł ulewny deszcz i powiał silny wiatr, co za namową większości drużyn i kolarzy, skłoniło organizatorów do podjęcia decyzji o tym, aby uzyskane czasy nie miały wpływu na klasyfikację generalną. Rezultat tego był taki, że z grona faworytów tylko BMC podeszła do sprawy poważnie, podczas gdy np. LottoNL-Jumbo ze srebrnym medalistą mistrzostw świata w jeździe indywidualnej na czas Primožem Rogličem w składzie wystartowała na zwykłych rowerach szosowych. To wszystko działo się ostatecznie na suchych (!) szosach okolic Calpe i wiejącym wietrze, z którym zawodowi kolarze na co dzień radzą sobie bez problemu.

Najlepszym komentarzem tej sytuacji wydają się być słowa Stefan Künga z BMC:

To była bardzo trudna jazda drużynowa na czas, ale my jesteśmy przecież najlepszymi kolarzami na świecie, więc myślę, że powinniśmy radzić sobie w takich sytuacjach. Przecież to też determinuje wartość kolarza.

Organizatorów za tę decyzję krytykować nie wypada, bo przecież nikt nie jest w stanie w stu procentach przewidzieć pogody. Chwała im za to, że bezpieczeństwo przedłożyli nad całą resztę, a że pogoda spłatała im figla? W historii kolarstwa bywały tego gorsze konsekwencje niż nie do końca poważny etap.

Fot. BMC Racing Team