Często narzekamy, że relacja telewizyjna z wyścigu X jest taka i taka, że nie widzieliśmy kluczowego dla losów etapu ataku, bo realizator pokazywał nam akurat kolarza zajmującego 152. miejsce w klasyfikacji generalnej. Zebrałem więc przyczyny takiego stanu rzeczy i pokazałem pewne możliwości zmiany.

W czym tkwi problem?

Dzięki telewizji możemy obserwować ogromny wzrost popularności kolarstwa w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Szklany ekran skupia praktycznie 99% widowni tego sportu, a przede wszystkim jest kluczowym miejscem, gdzie mogą pokazać się sponsorzy grup zawodowych. Dość powiedzieć, że Tour de France jest trzecim wydarzeniem sportowym na świecie pod kątem oglądalności. Kolarstwo stoi jednak przed wyzwaniem przyciągnięcia do siebie nowych widzów. To będzie możliwe dzięki lepszemu wykorzystaniu i pokazaniu tego co w kolarstwie najlepsze, a przede wszystkim należałoby uruchomić nowe kanały dystrybucji tego sportu.

Ronde_van_Vlaanderen

Nie da się ukryć, że kolarstwo jest ciężkim sportem do pokazania. Nie odbywa się na jednej trasie ani na zamkniętym stadionie. Wiele mocno wyspecjalizowanego i bardzo drogiego sprzętu musi być idealnie ze sobą zgranym, żeby stworzyć spójny przekaz telewizyjny. Przede wszystkim potrzebujemy helikoptera, systemy transmisji satelitarnej, floty motocykli, kamery HD, wozy transmisyjne… Do tego, jeśli przejdziemy się po parkingu jakiegokolwiek z dużych wyścigów będziemy mogli zauważyć kilometry kabli biegnących w każdym kierunku. Do kosztów musimy doliczyć też koszty obsługi, a więc motocyklistów, kamerzystów, montażystów…

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

O pieniądze, oczywiście.

Koszt kamery używanej do pokazywania wyścigu to 30.000 dolarów na dzień, a największe wyścigi potrzebują co najmniej trzech wraz z operatorami i motocyklistów, którzy ich przewożą oraz kilka kamer stacjonarnych. Koszt helikoptera to około 5.000 dolarów za każdą godzinę transmisji.  Nie da się ukryć, że takie sumy dla wielu mogą okazać się przytłaczające.

W wielu przypadkach problemem jest po prostu brak popularności kolarstwa. To w dalszej kolejności powoduje niższe ceny praw telewizyjnych, które trzeba nabyć, aby móc pokazywać wyścig. Francja jest krajem kochającym kolarstwo i mająca u siebie największy wyścig kolarski na świecie. Można rzecz, że ciężko znaleźć kraj w którym zawodowe kolarstwo szosowe miałoby lepsze warunki. Tutaj natrafiamy na finansową ścianę – francuska telewizja płaci właścicielowi praw do wyścigu jedynie 20 milionów euro za możliwość pokazywania zmagań kolarzy.

tdf

Dlaczego “jedynie” 20 milionów? Znamy doskonale wielomilionowe kwoty jakie są w piłce nożnej. Ostatnio było głośno o prawach do pokazywania angielskiej Premier League. Te w końcu zostały kupione za ponad 5 miliardów (słownie: pięć miliardów!!!) funtów przez (w większości) Sky Sports. Ta kwota zapewne jeszcze się zwiększy ze względu na kupno praw do pokazywania meczów przez podmioty trzeciorzędowe w tej układance, jak chociażby Canal+. Oczywiście liga angielska cieszy się ogromną popularną nie tylko wśród najzagorzalszych fanów piłki nożnej, a to nabija oglądalność na całym świecie do równie kolosalnych liczb, jak kwota powyżej. Wystarczy powiedzieć, że przy takich liczbach trzytygodniowe Tour de France, a więc coś co kolarstwo ma najlepszego do zaoferowania, jest równowartością pierwszej połowy meczu Stoke – West Bromwich (oczywiście nic nie ujmując tym drużynom).

Panie, co pan zrobisz? No możesz pan coś zrobić!

To nie jest też tak, ze nie ma sposobu na zwiększenie atrakcyjności kolarskich zmagań. Przede wszystkim należałoby zacząć od redukcji kosztów transmisji poprzez (przewrotne!) wprowadzenie nowych technologii. Wydaje się kwestią czasu, kiedy drogie helikoptery zostaną zastąpione przez drony. Wydaje się to nawet bezpieczniejszym rozwiązaniem, bo co jakiś czas słyszymy, że pilot zszedł za nisko i maszyna jeśli nie zdmuchiwała kolarzy z drogi to przynajmniej porządnie utrudniała jazdę.

Największy wyścig kolarski w USA, a więc Amgen Tour of California kosztował w tym roku łącznie 3,2 mln dolarów. Spore grono kibiców oglądało ten wyścig i dało się odczuć, że to porządnie pokazana impreza. Tutaj warto zwrócić uwagę na jeden, ciekawy wyścig w USA, a mianowicie Redlands Bicycle Classics.

Wystarczy przewinąć kilka razy i obejrzeć dowolny fragment z trasy by stwierdzić, że ogląda się co najmniej przyzwoicie. Nie ma tu helikoptera, a obraz jest pokazywany z kamer stacjonarnych. Krytycy od razu powiedzą, że rywalizacja odbywa się na rundach i w mieście (Oleg Tinkov lubi to) przez co faktycznie kamery stacjonarne wystarczą. Kluczowym argumentem jest tutaj – a jakże – kasa. Organizacja przekazu TV z Redlands Classic pochłonęła…15 tysięcy dolarów. Można? Można.

Ale że etap za długi?

Pasjonaci kolarstwa mogliby oglądać górskie etapy od startu do mety. Albo nawet od przygotowań do startu aż do ostatniego zawodnika. Górski etap to i nawet “niedzielny kibic” obejrzy. Nie wszyscy jednak lubią wielogodzinne transmisje z kolarskich etapów. Najwięcej przeciwników długich transmisji mają etapy sprinterskie, kiedy często jedyne ciekawe wydarzenia mają miejsce na ostatnich kilkuset metrach. To absolutnie nie dziwi, pełna zgoda.

Propozycje padają różne. Począwszy od skracania etapów, co wydaje się mimo wszystko sensownym rozwiązaniem, aż do skracania trzytygodniowych tourów, co już wydaje się totalną abstrakcją dla kibiców. Giro, Tour i Vuelta muszą trwać trzy tygodnie, a Paryż – Nicea czy Tour de Romandie powinny trwać tydzień. Święta tradycja kolarstwa i tego najlepiej nie ruszać.

Inną propozycją jest stworzenie czegoś na wzór tenisowego Touru. Niby to funkcjonuje w postaci World Tour, ale… Niech ktoś wskaże zawodowego kolarza, który wolałby przez cały sezon być wysoko i zbierać dużo punktów, a nie odnieść żadnego zwycięstwa? Raczej takich nie znajdziemy.

Dam pieniądz, ale nie za duży.

Kolarstwo żyje ze sponsoringu. Cały zawodowy peleton funkcjonuje tylko i wyłącznie dzięki pieniądzom prywatnych firm i przedsiębiorców. Niestety działa to trochę na zasadzie wolontariatu, bo te firmy zbyt wiele na kolarstwie nie zarabiają. Trzeba też zauważyć, że do kolarstwa nie lgną największe koncerny świata. Nie widzimy drużyny Coca – Cola Pro Cycling Team, a Visa nie jest sponsorem różowej koszulki Giro d’Italia.

W kolarstwo inwestują firmy średniej (w skali globalnej) wielkości. Mają zasięg subregionalny lub, w przypadku tych nieco większych, kontynentalny. Być może ta tendencja ulegnie zmianie dzięki sukcesom, bo to głównie ona napędzają koniunkturę. Widzimy to chociażby w Polsce, gdzie (póki co w niewielkim stopniu) do kolarstwa wszedł Orlen. Inną sprawą są ogromne projekty w postaci Sky, Katushy czy Astany. Tutaj jednak znów przychodzi do głowy porównanie z piłką nożną. Budżety najmożniejszych w kolarstwie to budżet klubu średniej półki w europejskim futbolu, a nawet ciut niżej…

A u nas to jak to jest?

“Cinżko panie, cinżko” Nie napiszę tutaj nic na temat Tour de Pologne, gdyż nie widziałem w TV żadnego etapu. Zapewne wielu chciałoby, abym poznęcał się trochę nad realizacją przekazu, ale tego nie zrobię, bo byłbym nieobiektywny pisząc o czymś czego nie widziałem.

Akapit należy się jednak temu co zobaczyliśmy (lub nie zobaczyliśmy) podczas mistrzostw Polski. Po przejęciu organizacji przez Lang Team można byłoby się spodziewać…czegokolwiek. A tak nie zobaczyliśmy praktycznie nic. Meta przysłonięta Sebastianem (nie)Szczęsnym podczas czasówki, a transmisja wyścigu ze startu wspólnego była jak koń, a jaki jest koń każdy widzi.

Mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym

Jeśli organizacja wyścigu Redlands Classics pochłonęła 15.000 dolarów to, na prawdę, Telewizji Publicznej nie jest w stanie wysupłać niewiele ponad 50 tysięcy złotych na pokazanie w przyzwoity sposób krajowego czempionatu? Może to będzie brutalne, ale…pewnie wystarczyłoby, żeby jeden z wyżej postawionych pracowników zrezygnował z miesięcznego wynagrodzenia i wszyscy mieli by profit – kibice, bo by obejrzeli mistrzostwa, telewizja zyskałaby wizerunkowo (zamiast po raz n-ty tracić), a jeden z pracowników dałby się poznać jako miłośnik kolarstwa 🙂

Tak wyglądała relacja live z tegorocznego wyścigu Tour de Rybnik.

Organizatorzy na swoim fejsbuku piszą : “Pierwsze koty za płoty. Początki zawsze są trudne, ale zdobywając doświadczenie kolejne transmisje powinny być coraz lepsze.” Można chyba śmiało powiedzieć, że pierwsza relacja z Rybnika wyglądała dużo lepiej niż krajowy czempionat w wykonaniu TVP! Dlaczego? Bo przynajmniej widzieliśmy wyścig 🙂 A do tego fachowy komentarz Adama Probosza też “robi robotę”. Znów wypada zapytać: można?

Co to będzie, co to będzie…

Wydaje się, że drogą do sukcesu jest minimalizacja kosztów chociażby poprzez przeniesienie transmisji do internetu, do którego mamy dostęp praktycznie wszędzie i w każdej chwili. To także zwiększy liczbę potencjalnych odbiorców. Konieczne jest dalsze wprowadzanie nowych technologii, chociażby kamer “on board”, ale kluczowe jest, aby obraz był nadawany live. Obejrzenie kilku ujęć robi wrażenie, ale po wyścigu to już nie to samo, co na żywo.

Ciekawym pomysłem byłoby połączenie kamer on-board i czegoś na wzór wyboru kortu w Eurosport Playerze podczas turniejów tenisowych. Mając możliwość wyboru jednej z kilku kamer z umieszczonych na różnych rowerach moglibyśmy śledzić wyścig z wielu perspektyw. Jeśli faworyci jadą na remis na ostatnim podjeździe…czyż nie ciekawszym byłoby przełączyć obraz na walkę sprinterów o zmieszczenie się w limicie czasu na tyłach grupetto?

Tekst powstał m.in. w oparciu o materiał “Kill Your Television?” Joe Harrisa i Steve’a Maxwella z portalu outherline.com

Foto: keyassets.timeincuk.net / bananakick.com / inapcache.boston.com