6stage19xDrużyna BMC pojechała do Australii po to, aby stworzyć Cadelowi Evansowi możliwośc zajęcia jak najlepszego miejsca w ostatnim w jego karierze wyścigu World Tour. Idealnym scenariuszem byłaby jego wygrana w całym wyścigu, ale stało się inaczej – generalkę zdobył Rohan Dennis, a Evans jest trzeci i sam mówi, że to symboliczna zmiana pokoleń. 

Tegoroczny wyścig Tour Down Under ułożył się dla ekipy BMC znakomicie. Po zwycięstwie na trzecim etapie, Rohan Dennis założył koszulkę lidera i nie zdjął jej do końca. W tym czasie Cadel Evans jechał całkiem nieźle (drugie miejsce na trzecim etapie), dał także radę walczyć z najlepszymi na królewskim piątym etapie (czwarta lokata), co w rezultacie dało mu najniższy stopień podium w klasyfikacji generalnej. Do tych dobrych występów trzeba jeszcze dołożyć znakomitą obronę pozycji lidera przez Dennisa na podjeździe pod Willunga Hill, gdzie co prawda przegrał z Richie Porte, ale tylko etap.

– To niesamowite uczucie wygrać Santos Tour Down Under. Ściganie się razem z Cadelem trochę zdjęło ze mnie  presję, ale na ostatnim etapie nie czułem się zbyt komfortowo. Cały czas musiałem pilnować Porte, uważać na ewentualne przerwania peletonu [ostatecznie Dennis wygrał z Porte tylko o dwie sekundy – red.] – mówił.

Cadel Evans jest zadowolony z wyniku i z sukcesu kolegi.

– Jestem trzeci w bardzo dobrym towarzystwie, to w sumie więcej niż przypuszczałem. Byłem tu przede wszystkim po to, aby służyć radą i doświadczeniem kolarzom, którzy przejmą po nas schedę – powiedział.

Jedynym złym wydarzeniem, które z pewnością zapamiętają z tegorocznego TDU kolarze BMC jest złamany obojczyk Campbella Flakemore`a.

Foto: Tour Down Under

Marta Wiśniewska