Sprint Cycling Agency/Bahrain-Victorious

Pomimo wielu lat spędzonych w World Tourze, Łukasz Wiśniowski wciąż czeka na swój pierwszy medal mistrzostw Polski ze startu wspólnego. Nie tak wiele zabrakło, by to oczekiwanie zakończyło się już dziś.

Szarża w końcówce

Choć na mecie tegorocznego wyścigu „Wiśnia” pojawił się dopiero jako 48. to trudno nie powiedzieć, że zagrał w tegorocznej walce biało-czerwoną koszulkę pierwszoplanową rolę. To właśnie jego akcja była jednym z najważniejszych akcentów tegorocznych mistrzostw Polski. Na kilka kilometrów przed metą, gdy powoli szykowaliśmy się do finiszu z peletonu, nagle usłyszeliśmy w radiu wyścigu komunikat: „Wiśniowski z przewagą 20 sekund nad peletonem!”.

– Na trasie wyścigu miałem kryzys i właśnie wtedy, podczas tej chwili słabości, pomyślałem sobie, że na ostatnich kilometrach zaatakuję. Tak też zrobiłem. Zaatakowałem na 8 kilometrów do mety. Doskoczył do mnie Alan, ale niestety grupa znalazła się tuż za nami bardzo szybko i niestety nie dojechaliśmy. No cóż, zdarza się. Tak czy inaczej, najlepszy dzisiaj wygrał.

– Pięć kilometrów – niby tak blisko, a jednak tak daleko… Na pewno wierzyłem w to, że mogę dojechać, ale też wiadomo, że po takim dystansie pięć kilometrów jest naprawdę długie. No cóż. Za rok spróbuję znowu

– opowiada Łukasz Wiśniowski, który od 23. roku życia nieprzerwanie jest zawodnikiem ekip worldtourowych – dłużej od niego takim statusem mogą cieszyć się wyłącznie Rafał Majka i Michał Kwiatkowski

Oczekiwanie na pierwszy taki medal

Wszystko zaczęło się w 2015 roku, gdy niedawny orlik trafił do Etixx-Quick Step –gwiazdozbioru Patricka Lefevere’a. Wiśniowski przeszedł tam bezpośrednio z Etixxu – drużyny kontynentalnej, podobnie jak Julian Alaphilippe, Florian Senechal (obaj byli tam kolegami Wiśniowskiego z drużyny) czy później Remi Cavagna i Enric Mas. On aż takiej kariery, jak wymienieni nie zrobił, jednak przez lata reprezentował barwy najpierw „Watahy” Patricka Lefevere’a, następnie, w latach największej świetności, Team Sky, a później CCC Team, Qhubeka ASSOS i EF Education First.

Ekipy mogły się rozpadać, zmieniać sponsorów, lecz Wiśniowski nawet gdy musiał rozglądać się za nowym pracodawcą, zawsze czynił to skutecznie i za każdym razem udawało mu się utrzymać w World Tourze – to już jego 10 sezon na tym poziomie. W tym czasie startował rzecz jasna w mistrzostwach Polski i nawet miał swój udział w złotym medalu Kwiatkowskiego z 2018 roku, jednak sam po medal w wyścigu ze startu wspólnego sięgnąć nie zdołał – dwa brązy w jeździe na czas muszą mu wystarczyć.

– Myślę, że bywałem bliżej niż teraz, choć nie prowadzę statystyk. Chyba już w swoim pierwszym starcie w elicie byłem czwarty [to prawda – przyp. red.], a później nie udawało mi się już być wyżej. Mistrzostwa Polski to też specyficzny wyścig. Nie mam roli lidera, częściej jestem pomocnikiem albo przyjeżdżam jako jedyny kolarz swojej ekipy więc trudno mi się odnaleźć na takim wyścigu. Dziś przyznaję, że Kamil Gradek trochę mi pomagał, ale niestety jego kontuzja nadgarstka okazała się poważniejsza niż myśleliśmy. Te bruki i ta kostka dały mu się we znaki. Po dwóch okrążeniach powiedział mi, że nie czuje się dziś na siłach, by powalczyć. Od tamtej pory jechał na mnie, zresztą bardzo mi pomógł, ale  niestety dość szybko musiał zjechać z trasy.

Upadek na cztery łapy

Swoją drogą, byłoby sporą ironią losu, gdyby Wiśniowski medal mistrzostw Polski zdobył akurat w Płocku. W końcu jeszcze całkiem niedawno nie było wiadomo, czy w ogóle zobaczymy go jeszcze na szosie. Jego kontrakt z EF Education EasyPost wygasł i przez długi czas nie było słychać żadnych wieści na temat jego transferu. Coraz więcej mówiło się za to o możliwym zakończeniu przez niego zawodniczej kariery.

– Chciałem skończyć karierę na własnych warunkach – nie dlatego, że nikt mnie nie chce. Mimo wszystko wierzyłem w to, że dalej będę zawodnikiem. Trenowałem przez okres przygotowawczy tak, jak gdybym wciąż miał kontrakt, byłem na łączach z Michałem Gołasiem, który pomógł mi podpisać kontrakt z Bahrainem. Dlatego nie myślałem tak do końca o tym, co dokładnie będę robił po zakończeniu kariery, ale też nie obawiałem się tego. Wiedziałem, że sobie poradzę, a robienie czegoś innego byłoby na swój sposób ekscytujące

– zapewniał.

Choć trafił do zespołu dopiero w lutym, to zespół dał mu naprawdę ciekawy kalendarz. Do końca kwietnia miał przejechanych siedem wyścigów – wszystkie to worldtourowe klasyki, z Liege-Bastogne-Liege i Paryż-Roubaix na czele. I choć aż pięć z nich zakończył przedwcześnie, to dla oceny jego występów nie ma to żadnego znaczenia.

– Nikt się nie ściga o 120 miejsce. Każdy ma swoje zadania do zrobienia i z tego jesteśmy rozliczani. Nie jesteśmy od wygrywania, a walka o 58. miejsce nie ma sensu. Od tego są nasi liderzy. My robimy swoją robotę

– zapewnia, jednak ma nadzieję, że kolejne starty będą dla niego jeszcze lepsze:

Późno i trochę z marszu wszedłem w ten sezon, nie miałem czasu, żeby się przygotować tak, jak bym chciał. A teraz czekają mnie wakacje, po których przystąpię do drugiej części sezonu, która powinna być intensywniejsza

– zakończył.

W Płocku rozmawiał Bartek Kozyra


Poprzedni artykułPatryk Stosz: „Trochę niedosyt… Wystarczyło na brąz”
Następny artykułOni zdobyli tytuły mistrzów krajowych
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze