66 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1100 metrów – organizatorzy J-labs Skała Race zapewnili uczestnikom wyścigu około 2 godziny bardzo intensywnego ścigania. Swojego przedstawiciela wśród 500 śmiałków, którzy w sobotę stanęli na starcie, miało Naszosie.pl. Byłem nim… ja. I na szczęście tym razem obyło się bez kompromitacji.
Ryszard Szurkowski przez wielu do dziś uważany jest za najlepszego polskiego kolarza w historii. Największa gwiazda Dolmelu Wrocław zachwycała kibiców wspaniałymi wynikami i kolejnymi zwycięstwami odnoszonymi podczas Wyścigów Pokoju i Mistrzostw Świata, zaś kolegom imponowała niebywałą pamięcią. Byli kolarze i dziennikarze sportowi do dziś często podkreślają, że potrafił z najmniejszymi szczegółami opowiedzieć o większości wyścigów, które udało mu się przejechać, a nawet gdy jakiś detal wypadł mu z głowy, mógł wspomóc się swoim legendarnym dzienniczkiem.
Niestety ja nie dysponuję ani dzienniczkiem, ani pamięcią Szurkowskiego, jednak istnieje spora szansa, że po raz ostatni udało mi się ukończyć wyścig kolarski w 2015 roku, gdy jako kolarz Krakusa Swoszowice zająłem 68. miejsce w kończącym sezon Tour de Cracovia. Rok później przejechałem bowiem sezon imienia Gianniego Moscona, z tysiącem bomb i kraks, lecz bez choćby jednego ukończonego wyścigu. Po opuszczeniu Krakusa Swoszowice, gdy na dobre pożegnałem się z marzeniami o pójściu w ślady Marcela Kittela, jeszcze dwa razy stawałem na starcie amatorskich wyścigów, lecz moja przygoda z nimi za każdym razem kończyła się już po pierwszym, zupełnie nieudanym okrążeniu.

Byle ukończyć
Tym razem miało być inaczej. Wciąż nie uważam się za prawdziwego kolarza-amatora – w tym roku, pomijając dojazdy na uczelnię, tylko pięć razy udało mi się wybrać na rower, ale na szczęście zdecydowanie skuteczniej przekonywałem się do kolejnych treningów biegowych. Dzięki temu do J-labs Skała Race przystępowałem w nie najgorszej formie sportowej. Planowany artykuł w którym miałem opisać swoje wrażenia z wyścigu, powodował z kolei, że miałem dodatkową motywację, by tym razem nie schodzić z trasy już przy pierwszym delikatnym kryzysie.
Najpierw należało się jednak zarejestrować i odebrać obfity pakiet startowy, w którym znalazły się m.in. bandana od Serafina, Dr. Witt, Piwniczanka, Nitro Hard Beans oraz… makaron Czaniecki od sponsora wyścigu. Moje największe zainteresowanie wzbudziły jednak kolarskie skarpetki od Raso, które założyłem od razu po powrocie do samochodu, by około 2 godziny później pojawić się w nich na starcie wyścigu.
Niestety, już w tym momencie pojawiły się pierwsze problemy. W związku z tym, że ostatnie minuty przed wystrzałem startera spędziłem ucząc się przed czekającym mnie w poniedziałek egzaminem, na starcie zameldowałem się zdecydowanie zbyt późno, by załapać się na miejsce z przodu. Po starcie honorowym, a przed startem ostrym obejrzałem się przez ramię. Wtedy zauważyłem, że za mną, w liczącym ponad 500 osób, podzielonym na trzy sektory, peletonie, znajduje się maksymalnie kilkanastu zawodników. To oznaczało, że nawet pomimo moich nieszczególnie wygórowanych ambicji, na starcie czeka mnie mnóstwo manewrów wyprzedzania. Nadzieje o spokojnym trzymaniu się grupie (albo grupce) trzeba było odłożyć na później. To miała być walka o przetrwanie.

Chwile względnej chwały
Jeszcze przed wyścigiem założyłem sobie, że zajęte miejsce nie ma dla mnie znaczenia. Liczyła się tylko historia, którą będę mógł opisać już po przejechaniu linii mety. Nawet jeśli miałbym później płacić za nią przez całą resztę trasy. Ruszyłem więc mocno i od samego początku zacząłem mijać kolejnych rywali jak tyczki. Do tego zupełnie nie obchodził mnie kolarski savoir-vivre. Gdy tylko czułem, że muszę chwilę odsapnąć, odpoczywałem na kole upatrzonego zawodnika, nie przejmując się ani jego wiekiem, ani płcią. Odpuszczałem dawanie zmian, by później, po odzyskaniu sił, zaatakować i zostawić go za plecami.
O dziwo, kompletnie nie przypominałem Marcela Kittela – byłem raczej jeszcze bardziej nieporadną wersją Ilnura Zakarina. Pomimo swoich 90 kilogramów, największe problemy miałem w płaskim terenie i na zjazdach, gdzie szybko traciłem kolejne pozycje, które później musiałem nadrabiać podczas kolejnych wspinaczek. Na szczęście podjazdów było wiele, więc już po około 15 kilometrach zauważyłem, że większość doganianych przeze mnie kolarzy nosi numerki sugerujące ich start z pierwszego lub drugiego sektora*.
Na półmetku pierwszego okrążenia wszystko wskazywało na to, że start z końca stawki wyszedł mi na dobre. Wyprzedzanie kolejnych zawodników działało na moje morale bardzo podbudowująco i zagrzewało do dalszej walki. Swoje robili także kibice – od samego startu było widać, że dla mieszkańców Skały, Iwanowic, Trzyciąża oraz Gołczy – czterech gmin-gospodarzy wydarzenia, wyścig jest prawdziwym świętem. Ich liczna obecność sprawiała, że momentami można było się poczuć, jak na wyścigu amatorskim, ale takim z czasów wspominanego wcześniej Szurkowskiego.
Na każdym podjeździe i kilku łatwiejszych odcinkach kibice dopingowali brawami każdego kolarza, a niektórzy byli jeszcze hojniejsi. U podnóża jednego z kilkunastu podjazdów czekali na nas kibice z wężem, oferujący polanie wodą każdemu mijającemu ich zawodnikowi. Ja wprawdzie odmówiłem, jednak kilku rywali chętnie skorzystało z tego swoistego prysznica. Dodatkowo, w dwóch miejscach, na szczytach podjazdów, grała orkiestra dęta próbująca dodać nam energii w trudnym momentach. W moim przypadku skutecznie, bo mimo upływu kilometrów czułem się dobrze…
* To był naprawdę dobry sygnał – pierwszy sektor startował jako pierwszy, około dwie minuty później drugi, a mój, trzeci, dopiero po czterech minutach. Gdy doganiałem zawodnika z sektora pierwszego (zawodnicy z numerami od 1 do 150), wiedziałem, że nadrobiłem już nad nim 4 minuty.

Oznaki nadchodzącego końca
Niestety, idylla nie mogła trwać wiecznie. Nawet jeśli najbardziej zagorzali kibice są w stanie lekko zakłócić naturalne procesy biologiczne, to nawet oni nie mogą ich całkowicie zlikwidować. W końcu, na 7 kilometrów przed końcem pierwszego okrążenia stało się – poczułem swój pierwszy poważniejszy kryzys. Prawdopodobnie nie było innej możliwości, podjazd pod Porębę Laskowską był najtrudniejszym na całej trasie. Jego nachylenie momentami przekraczało 16%, co bardzo boleśnie odczuły moje nogi. To właśnie tam po raz pierwszy zostałem najpierw wyprzedzony, a następnie zgubiony przez innego zawodnika.
Mimo chwilowego kryzysu, gdy kilka minut później przekraczałem linię mety po raz pierwszy, byłem z siebie wyjątkowo zadowolony. Wszystko wskazywało na to, że po kilkudziesięciu kilometrach poszukiwań w końcu znalazłem grupę, której tempo pasuje mi idealnie, a pokonanie w dokładnie godzinę pierwszych 33 kilometrów trasy oznaczało, że idzie mi zdecydowanie lepiej niż pierwotnie zakładałem. W tej sytuacji musiałem zdecydowanie zmienić strategię z pierwszego kółka. Teraz plan był jasny – trzeba zaniechać ataków. Wystarczy jechać tempem pozostałych. Niestety, okazało się, że nawet taki, jak mi się wówczas wydawało, minimalistyczny plan, okazał się zbyt wymagający.
Problemy zaczęły się piętrzyć bardzo szybko. Na krótkim i niezbyt stromym zjeździe w Sobiesękach postanowiłem w końcu skorzystać z ostatniej niewymienionej wcześniej zawartości swojego pakietu startowego – żelu energetycznego M226ers o smaku coli. Od początku bałem się tego momentu, ponieważ koordynacja ruchów nigdy nie była moją przesadnie mocną stroną. Ten chwilowy posiłek trzeba uznać za względny sukces, ponieważ zakończyłem go, nie lądując na ziemi. Niestety, wrzucając opakowanie z resztkami żelu z powrotem do kieszonki, delikatnie straciłem równowagę. Tamto zachwianie nie doprowadziło wprawdzie do upadku, ale kosztowało mnie oderwanie numeru startowego od dwóch górnych agrafek. Jednocześnie straciłem kilka metrów do swojej grupy, co, biorąc pod uwagę moje marne umiejętności zjazdowe i coraz bardziej nawarstwiające się zmęczenie, było sporym problemem.
Owszem, niedługo później udało mi się wrócić do grupki, ale szybko zacząłem czuć, że oto zaczyna się dla mnie walka o przetrwanie. Po 50 km od startu, z grupy, w której jechałem, poszedł atak, a chwilę później zza moich pleców wyskoczył kolejny zawodnik – Dawaj, dawaj, oni próbują nam uciec – rzucił, licząc na to, że znajdzie we mnie partnera do gonitwy. Nie znalazł. To właśnie wtedy zacząłem czuć, że przestałem być panem swoich nóg, a władzę nad nimi zaczyna przejmować wszechogarniające zmęczenie.

Gehenna
Całkowite odcięcie prądu akurat po 50 kilometrach jazdy nie powinno być dla mnie żadnym zaskoczeniem – od wielu lat nie przejechałem takiej odległości podczas jakiegokolwiek treningu. Efekty były widoczne gołym okiem. Gdy po raz drugi pokonywałem podjazd pod Porębę Laskowską, przypomniałem sobie swoją rozmowę z przedstawicielem Wena TV – telewizji transmitującej zawody. Żartowaliśmy sobie wtedy, że następnym razem można byłoby mnie wyposażyć w słuchawkę, dzięki której na bieżąco dawałbym komentatorom raporty z trasy. Teraz wyobrażałem sobie, jakie bluzgi latałyby w tym momencie w stronę Bogu ducha winnych organizatorów, gdybyśmy przed zawodami wprowadzili ten plan w życie. 33 kilometry wcześniej, choć odczuwałem już skutki intensywnego ścigania, wyprzedzałem tu kolejnych rywali – teraz wszyscy wyprzedzali mnie. Zacząłem odczuwać potworne skurcze, a każde kolejne pociągnięcie pedałem wiązało się z olbrzymim bólem.
Później wcale nie było lepiej. Przekonałem się na własnej skórze, że powiedzenie, które często powtarzają znani kolarze: “Czasem bywają chwile, gdy jestem nieziemsko zmęczony, ale wtedy uświadamiam sobie, że inni czują się jeszcze gorzej”, działa tylko, gdy faktycznie jest się mocnym. To zdecydowanie nie był mój przypadek, skoro bez najmniejszych problemów wyprzedzali mnie zawodnicy, których mijałem na szosie kilkadziesiąt minut wcześniej. – Jak tam, ciężko jest, co nie? Nie wiem, kto wymyślił taką trudną trasę… – zagaił mnie jeden z nich. Jechał z numerem 1, co wskazywało na to, że startował z pierwszego sektora. A skoro tak, to, biorąc pod uwagę czas netto, miałem nad nim 4 minuty przewagi. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się od niego, że podobnie jak ja zaczął zdecydowanie zbyt szybko i teraz ma “bombę”. Gdy zaczął się kolejny podjazd, szybko okazało się, kto cierpi bardziej. Niestety byłem to ja. Szybko zostałem z tyłu, a on zaczął znikać za horyzontem.
Niedługo później, po raz kolejny przekonałem się, jak duży kryzys mi się przydarzył*. Około 2-3 kilometry przed metą po raz kolejny zerknąłem na numer wyprzedzającego mnie zawodnika. Tym razem była to zawodniczka o numerze 441. Pamiętałem ją dość dobrze – na samym początku wyścigu wiozłem się na jej kole przez jeden, może dwa kilometry, a potem zostawiłem daleko z tyłu. Teraz znów, starym zwyczajem, momentalnie spróbowałem skorzystać z utworzonego za nią tunelu aerodynamicznego, ale niestety na niewiele się to zdało – kilkaset metrów później byłem już daleko za nią.
Na szczęście podjazd w końcu się zakończył, a ja mogłem przełożyć łańcuch z powrotem na dużą tarczę. Przynajmniej tak mi się wydawało – niestety, rower miał inne zdanie. Nasza krótka potyczka zakończyła się dla mnie sromotną porażką. Łańcuch spadł, a założenie go z powrotem na miejsce wydawało mi się wyzwaniem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. Początkowo chciałem biec. Zakończenie tego wyścigu w stylu Chrisa Froome’a z Mont Ventoux zapamiętałbym na bardzo długo. Tyle że po przeprowadzeniu w głowie szybkiej kalkulacji wniosek mógł być tylko jeden – taka opcja nie wchodzi w rachubę. Nie w tym stanie i nie w tych butach (ani tym bardziej w nowych, białych skarpetkach). Słaniając się na nogach, zacząłem zatem zakładać łańcuch. I choć wywróciłem się przy tym kilkukrotnie, w końcu, po 10 minutach, dopiąłem swego**. Znów zmierzałem w kierunku mety.
*Albo niedługo wcześniej. Zmęczenie bywa niekiedy prawdziwym wehikułem czasu – potrafi zakrzywić jego upływ lepiej niż cokolwiek innego.
** Kolejny dowód na to, że zmęczenie naprawdę potrafi zakrzywiać upływ czasu. Z moich późniejszych analiz tempa wynika, że trwało to co najwyżej minutę.
Przytłumiony wystrzał endorfin
Gdy w końcu zobaczyłem przed sobą metę, myślałem, że zaraz zacznę skakać z radości. Poczułem, że powinienem zsiąść z roweru i podnieść go w górę w stylu Philippe’a Gilberta. Albo wykonać którąś ze znanych cieszynek Petera Sagana (najdłużej rozważałem tę nawiązującą do Wilka z Wall Street). Nic takiego się nie wydarzyło. Nie jestem ani Saganem, ani Gilbertem. Tak samo jak nie jestem Szurkowskim, Froomem, ani nawet Giannim Mosconem. Jestem tylko dziennikarzem i w związku z tym na mecie miałem siłę już tylko na to, żeby triumfalnie zacisnąć pięść i… nie, nie popędzić. Ślimaczym tempem powlec się w stronę miasteczka wyścigu w Skale. A tam, z mikrofonem w ręku, czekał już na mnie Kacper Krawczyk, który w przeciwieństwie do mnie postanowił robić tamtego dnia to, na czym zna się najlepiej.
Zapis realizowanej przez Wena Sport Live transmisji z wyścigu i następujących po nim wywiadów z uczestnikami – także z autorem tego tekstu.
Nie był to koniec wrażeń tamtego dnia. Po odzyskaniu kluczyków do samochodu przebrałem się, by później do woli korzystać z atrakcji zafundowanych przez organizatorów. Bon obiadowy wymieniłem na ryż z pomidorami (lub kaszę z pomidorami. Niestety, wtedy jeszcze nie do końca zwracałem uwagi na to, co dokładnie jem). Później spróbowałem paluchów serowych (najpyszniejszych, jakie w życiu jadłem), granity oraz lodów, które można było kupić na porozstawianych wokół straganach. To był naprawdę udany dzień. Owszem skończyłem go zmęczony, ale nie poobijany i to kolejna z wielu rzeczy, za które mogę być wdzięczny organizatorom – nigdy nie brałem udziału w wyścigu z większą liczbą marshalli. Zakończyłem cały wyścig bez wywrotki, dojechałem do mety nie pod koniec, a w środku stawki (dokładniej na 216. miejscu) – naprawdę nie mogłem liczyć na więcej.
***
Skoro mi samo przejechanie 67 kilometrów przyniosło tak dużo satysfakcji i samozadowolenia, to nawet nie chcę zgadywać, jak wielką dumę muszą czuć ci, którzy o 16:30, na zakończenie imprezy, zostali wywołani ze sceny, by odebrać nagrody dla zwycięzców poszczególnych kategorii…
Zwycięzcy J-labs Skała Race we wszystkich kategoriach
- Kobiety

K1 – Emilia Graban (Bike U Up).
K2 – Justyna Bałasz (Pentel).
- Mężczyźni

Dekoracja najlepszych zawodników kat. open mężczyzn fot. J-labs Skała Race
M2 – Dawid Nytko (MPCC Team).
M3 – Tomasz Krupiński (Czyżów).
M4 – Dominik Patrzykowski (Fabryka Rowerów).
M5 – Dariusz Konfederak (Bytów).
M6 – Dariusz Wylężek (Way2Champ)
Więcej wyników znajdziesz TUTAJ.
Więcej zdjęć znajdziesz TUTAJ









Też brałem udział w tym zacnym wyścigu. To jest w kolarstwie piękne, że nie trzeba być najlepszym, żeby czuć się wygranym. Motywację można czerpać z mnóstwa małych sukcesów lub porażek. Jestem pewien że niemal każdy przeżył fajną przygodę na tym wyścigu, ale nie każdy może ją tak ciekawie opisać jak Pan Bartek Kozyra. Dziękować!
Jechałem, skończyłem na 212 miejscu. Mój pierwszy w życiu wyścig, największa satysfakcja: dojechałem, i to nie ostatni. Super trasa, super organizacja, oby takich więcej.