fot. Tour de Pologne

Trzeci pagórkowaty etap – trzecie zwycięstwo. Etap z metą w Bukowinie Tatrzańskiej był jednak dla niego zdecydowanie najtrudniejszy.

Nie chodziło bynajmniej o presję. To fakt – przed tegorocznym Tour de Pologne Nys był „tylko” jednym z kilku głównych faworytów do wygrywania etapów prowadzonych po pagórkowatym terenie, a po pierwszych dwóch zwycięstwach urósł  do roli pewniaka do wygrywania na tego typu trasach. Tyle że dziś Belg nie miał problemów natury mentalnej – on dziś na trasie był po prostu wycieńczony. A przynajmniej tak przekonywał – najpierw rywali na trasie, a potem, już w mixed zonie, dziennikarzy.

– Na początek chciałbym przeprosić wszystkich kolarzy, którzy ze mną jechali. Mówiłem im przez cały czas: “Nie mam nóg!”, a potem wygrałem. Wyglądało, jakbym wszystkich oszukał, ale… mówiłem prawdę! Nie byłem dziś na swoim normalnym poziomie. Miałem dużo szczęścia, że udało mi się utrzymać tempo grupy i myślę, że na tym ostatnim stromym podjeździe byłem w trzeciej grupie.

– Reszta ekipy też wtedy została, ale na szczęście później jakimś cudem dojechaliśmy do czołówki. Mamy taką zasadę, że nigdy się nie poddajemy i tak było też w tym wypadku. Nie poddawaliśmy się. Naciskaliśmy mocno na pedały i się udało. 

– tłumaczył, jednak dojechać do mety w czołówce to jedno – drugie to być najlepszym z 17-osobowej grupy. Na to wciąż się nie zanosiło, ponieważ Nys był już naprawdę bardzo zmęczony. 

– Na ostatnim podjeździe wiedzieliśmy, że mam jeden strzał i muszę go wykorzystać we właściwym momencie. Zrobiłem to, a gdzieś na 300 metrów przed metą po raz pierwszy uwierzyłem, że naprawdę mogę to wygrać.

– relacjonował, a gdy jeden z dziennikarzy dopytał go o to, jak układała się współpraca w pogoni, gdy Nys wraz z innymi kolarzami próbował doskoczyć do czołówki, odpowiedział:

– Tak naprawdę nie mam pojęcia. Ja po prostu jechałem na maksa. Nie wiem, gdzie byłem, co robiłem, co się działo. Było zupełnie inaczej, niż na poprzednich dwóch etapach, które wygrałem. Tam wszystko było pod kontrolą – tu po prostu robiłem wszystko, żeby dojechać do mety w peletonie. Jakimś cudem dałem radę.

Jeśli Nys nie koloruje rzeczywistości, to jego wyczyn jest imponujący. Prawdopodobnie każdy, kto ogląda na co dzień kolarstwo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że inaczej finiszuje kolarz zmęczony, a inaczej ten wypoczęty. – Myślę, że było mi łatwiej dlatego, że obok mnie jechali właściwie sami górale – tłumaczył Belg, jednak jest to tylko część prawdy. W końcu obok Wilco Keldermana i Jonasa Vingegaarda byli również tacy kolarze jak Diego Ulissi, Andrea Bagioli i Romain Gregoire. Poza tym, on nie tylko ich pokonał, ale w zasadzie zdeklasował – wyprzedził o kilka długości rowerów.

– Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Wygląda na to, że cokolwiek dzieje się na trasie, ja jestem w stanie wyraźnie przyspieszyć w końcówce. Ale wiem też, że nie zawsze będzie tak, jak teraz. Czeka mnie jeszcze w karierze zapewne niejeden trudny moment, nie zawsze będę w stanie wytrzymać w czołówce do końca. Nie zawsze wyścig ułoży się tak, jak dzisiaj… Jestem na to gotowy.

– mówi kolarz, który swoje cele na ten wyścig zrealizował w stu procentach. Lepszego scenariusza nie mógł sobie wyobrazić. Ktoś mógłby powiedzieć, że do pełni szczęścia brakuje zwycięstwa w klasyfikacji generalnej, ale on już po pierwszym etapie zapewniał, że w tym momencie nie jest gotów na to, by osiągać choćby umiarkowanie dobre wyniki na etapach jazdy indywidualnej na czas. Teraz czeka go już tylko etap z metą w Krakowie, gdzie w zasadzie nie musi robić już absolutnie niczego.

– Tak, to koniec. Jutrzejszy etap zgarną pewnie sprinterzy, my już nie mamy Madsa, więc nie wiem, co będę robił – postaram się jakoś pomóc zespołowi – zapowiedział kolarz, którego następnym celem będzie dobry występ za tydzień w Bretagne Classic. I choć w kolarstwie nigdy nie można być pewnym dobrego wyniku, to swoimi występami w ostatnim tygodniu Nys z całą pewnością sprawił, że w oczach wielu stanie się we Francji jednym z głównych kandydatów do zwycięstwa.


Wszystko o 81. Tour de Pologne:

Poprzedni artykułEmanuel Buchmann w Cofidisie. Trwa ofensywa transferowa francuskiej drużyny
Następny artykułVuelta a España 2024: UAE Team Emirates z wysoką karą za nieregulaminowe stroje
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
slay
slay

Obserwujemy narodziny kolejnej gwiazdy światowego formatu na naszym narodowym turze.

Leon
Leon

Tradycyjnie jak co roku.