fot. Szymon Gruchalski

Do Mateja Mohorica trzeba mieć cierpliwość. Dlatego, że uwolnienie potencjału, który przynajmniej niektórym od początku wydawał się oczywisty, zajęło mu długich osiem lat, ale również dlatego, że z nim wszystko rozgrywa się na najdłuższych dystansach. Nieważne, czy jest to etap Tour de France, czy rozmowa. Kiedy niemal w zwolnionym tempie kręci na swoim rowerze, często nie sposób jest się zorientować, jak szybko w rzeczywistości się przemieszcza i podobnie jest, kiedy mówi. Odkąd więc wyruszyłam z nim w tę podróż, byłam tylko pasażerem, kolejne migawki z życia niespełna 27-letniego Słoweńca rozbłyskiwały coraz szybciej i szybciej, a elementy układanki same odnajdywały swoje miejsce. Poznajcie więc Mateja Mohorica, który jest dokładnie taki, jak Wam się wydaje. Tylko dużo bardziej. 

Cicha wioska w górach, drobny chłopiec na traktorze, 12-latek ścigający się z kumplami na zjazdach, nieco zagubiony 19-latek z zawodowym kontraktem w ręce, oddany pomocnik, artysta-uciekinier, twardy gość obracający na swoją korzyść najbardziej ekstremalne warunki, etapowy zwycięzca Tour de France, który jednym gestem próbuje uciszyć szukających sensacji krytyków, pełen wartościowych refleksji 26-latek. Przed rozpoczęciem tej rozmowy nie tylko liczyłam na szczodrość i otwartość, z których Matej jest powszechnie znany, ale dosłownie poprosiłam go, aby podał mi swoje koło i pomocną dłoń. Nawet wtedy nie przypuszczałam jednak, że dotrę we wszystkie te miejsca, choć być może powinnam była, znając jego upodobanie do długich dystansów.

Zacznijmy jednak od początku. No, prawie.

Florencja, 2013

Kiedy rok po swoim juniorskim tytule ponownie włożył koszulkę w tęczowe pasy, tym razem w kategorii U23, gdzieś w kuluarach po raz pierwszy głośniej zaczęło się mówić o Mateju Mohoricu. Dla mnie, początkującej dziennikarki, to była pierwsza duża międzynarodowa impreza kolarska i pierwszy wyścig po dotarciu do Florencji, dlatego wyjątkowo wyraźnie zapamiętałam wszystkie detale, wrażenia i kolory. W pochmurnej tamtego tygodnia Toskanii triumfować miał jakiś Alaphilippe z Francji, dlatego bardzo szczupły Słoweniec, który nie ukończył wówczas jeszcze 19 lat, sprawił sporą niespodziankę, w trakcie rywalizacji imponując raczej wytrwałością i umiejętnością czytania wyścigu niż błyskiem. No i dość oryginalną techniką zjazdową.

Ta niespodzianka z perspektywy czasu okaże się jedną z bardzo nielicznych w jego kolarskiej karierze, bo co do zasady liczenie na łut szczęścia jest niezgodne z filozofią, jaką Mohoric kieruje się w życiu. Niewiele dostał za darmo, choć wydaje mi się, że nawet by nie chciał.

Później był bardzo wcześnie podpisany zawodowy kontrakt, wiele związanych z tym wątpliwości, ale też ogromne oczekiwania, a on… wtopił się w tło i niemal zniknął na długie, długie lata. Popełniał błędy. Pracował. Jeśli więc trochę z przypadku włączyliście w tym roku Tour de France i zobaczyliście napędzanego gniewem gościa, który wygrywając etap poczynił dość kontrowersyjny gest, nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Nie myślcie też o nim jako o trzecim ze Słoweńców, który nagle wziął się znikąd, bo de facto był z tej trójki pierwszym, tylko jego droga, jak zwykle, była znacznie dłuższa.

Mała wioska w okolicach Kranju, 1994-2006

To nie jest naznaczona dramatami historia, jak ta Rigoberto Urana. Nie było to też kroczenie ścieżką wytyczoną przez poprzednie pokolenia, jak w przypadku posiadającego możliwie najczystszy kolarski rodowód Mathieu van der Poela. To bardziej kameralna historia o dorastaniu w cichej, słoweńskiej wiosce i bardzo wczesnym poznaniu poczucia spełnienia, które daje ciężka praca.

Urodziłem się i wychowałem w małej wiosce w górach, na przedmieściach relatywnie małego miasta w Słowenii, Kranju. Moi rodzice mają tam niewielkie gospodarstwo, a należąca do nich ziemia to w większości las, ale kiedy byłem mały mieliśmy tam krowy i inne zwierzęta gospodarcze, więc było bardzo przyjazne środowisko dla rozwijającego się dziecka. Szybko nauczyłem się ciężkiej pracy, bo moja pomoc była tam potrzebna od dość młodego wieku. Szybko uczynili mnie odpowiedzialnym za wiele rzeczy, przez co wychowali w sposób, który zrobił ze mnie dość twardo stąpającą po ziemi osobę. Musiałem nauczyć się jak prowadzić ciągnik, porąbać drewno i innych rzeczy, których pewnie normalnie nie robią dzieci w podobnym wieku, więc tak, nigdy nie miałem problemu z tym, by ciężko pracować. Zostałem nauczony, że kiedy dajesz z siebie wszystko, możesz czerpać szczęście z efektów, które przyniosły twoje wysiłki. Zawsze znajdą się ludzie odnoszący większe sukcesy od ciebie, ale wynika to z tego, że być może pracują oni jeszcze ciężej, albo byli obdarzeni przez naturę jeszcze większym talentem.
Mała wioska w okolicach Kranju, ~2006

Kolarstwo w tej historii odnalazło się samo, kiedy Matej miał około 12 lat, i jak się okazało, ponad wszystko inne miało smak wolności. Jeśli jednak próbujecie wyobrazić sobie tamtego chłopca na podstawie mężczyzny, którego obecnie widujecie w transmisjach telewizyjnych z największych rozgrywanych na szosach wyścigów, musicie obniżyć oczekiwania. Całkiem dosłownie.

Nie wywodzę się z rodziny o kolarskich tradycjach. Zacząłem trenować kolarstwo, kiedy miałem około 12 lat, ponieważ robili to koledzy z wioski w której dorastałem, a ja chciałem dalej spędzać z nimi czas. Razem zaczęliśmy brać udział w treningach i wyścigach lokalnego klubu kolarskiego. Mnie na początku większą przyjemność sprawiały wspólne jazdy niż wyścigi, ponieważ jak na chłopca w moim wieku byłem słabo rozwinięty, znacznie niższy i lżejszy od moich kolegów czy kolarzy jeżdżących w tej samej kategorii. Kiedy podrosłem zacząłem odnosić więcej sukcesów także w wyścigach, więc one również zaczęły sprawiać mi frajdę. 
Lubiłem wolność, którą dawała mi jazda na rowerze. Fakt, że mogłem sam zadecydować o tym, dokąd i na jak długo jechałem, nie będąc przy tym zależnym od moich rodziców, którzy wcześniej musieli mnie wozić w różne miejsca. Pokochałem to, podobnie jak kochałem spędzać czas wśród przyrody, dlatego kontynuowałem.
Z upływem lat zacząłem odnosić coraz więcej sukcesów i bardziej interesować się kolarstwem jako sportem, również w wydaniu zawodowym, inspirowali mnie najlepsi kolarze tamtych czasów. Miałem to marzenie, żeby kiedyś samemu wystartować w Tour de France, może nawet spróbować wygrać etap. I tak się stało.
Tour Down Under, 2014

Dziś największe drużyny kolarskie pozyskują do swoich składów 19- i 20-latków w wielosztukach, a 22-latkowie miewają już na swoim koncie zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Tour de France. Kiedy rozpoczynam tę wyliczankę, Matej momentalnie odgaduje, dokąd zmierzam i zgadza się, że kiedy on jako 19-latek stawał na starcie swojego pierwszego wyścigu w niemal słoweńsko zielonych barwach ekipy Cannondale, ówczesne środowisko nie było jeszcze gotowe, aby właściwie go wesprzeć. Nie dominowała jeszcze nauka, ale oparta w dużej mierze na intuicji stara szkoła.

Tak, wtedy było zdecydowanie trudniej, ale nie ze względu na ściganie samo w sobie. Wyścigi same w sobie być może są teraz nawet cięższe, natomiast wtedy przyczyna leżała w tym, jakie wówczas było kolarstwo. Było pełne ludzi starej szkoły, podchodzących do wielu zagadnień, jak chociażby odżywianie, w tradycyjny sposób, dlatego na przykład uważam, że na początku mojej zawodowej kariery nie udzielono mi najlepszych porad na temat tego, co mam jeść i w jaki sposób trenować. Wierzę, że obecnie młodzi kolarze przychodzący z juniorskich kategorii mają za sobą już lata bardzo dobrego, jeśli nie idealnego prowadzenia, więc z ich perspektywy wygląda to już inaczej. Jest im nieco łatwiej wydobyć maksimum możliwości z własnych ciał i odnosić sukcesy od samego startu, podczas gdy ja musiałem uczyć się metodą prób i błędów, prawdopodobnie robiąc na początku tych błędów bardzo dużo. Trenowałem za ciężko i nie do końca tak, jak powinienem. Oczywiście, jeśli po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, jakie popełniłeś błędy, a do tego starasz się ich nie powtarzać i nauczysz się, co w twoim przypadku sprawdza się najlepiej, w końcu wrócisz na dobry poziom. Ale to kosztuje wiele czasu.

W ten sposób otrzymałam połowiczną odpowiedź na nurtujące mnie od dłuższego czasu pytanie: dlaczego kazałeś na siebie aż tak długo czekać? O ile jednak tę część historii już wcześniej byłam sobie w stanie dopowiedzieć sama, druga kompletnie mnie zaskoczyła. Okazało się bowiem, że błąd tkwił już w myśleniu, że po zdobyciu tytułu we Florencji i podpisaniu pierwszego zawodowego kontraktu, Słoweniec momentalnie wskoczy o poziom wyżej i zacznie błyszczeć na trasach największych wyścigów kolarskich. A z Matejem Mohoricem to nigdy nie działało w ten sposób. Znowu te długie dystanse.

Szczerze, również kiedy zmieniałem kategorie juniorskie, wejście na poziom umożliwiający mi nawiązanie rywalizacji zawsze zabierało mi więcej czasu niż komukolwiek innemu. Nie wiem, czy ma to związek z tym, jak funkcjonuje moje ciało, czy [dłuższym] procesem uczenia się, ale byłem już do tego przyzwyczajony i pewnie dlatego w zawodowym kolarstwie też zajęło mi to sporo czasu.

Nieco również przesadziłam pisząc, że tak całkowicie zniknął. Wykonywał pracę w tle, której i obecnie bywa do bólu oddany.

Częściowo powodem był też fakt, że od początku byłem oddanym pomocnikiem. Zawsze byłem gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność bycia tym, który będzie wspierał innych. Jeśli radzili sobie lepiej ode mnie, nigdy przenigdy nie spróbowałbym jechać na siebie…

Nie mogłam w tym miejscu nie wtrącić, że rzeczywiście nie ma zwyczaju się oszczędzać nawet wtedy, kiedy byłoby to z taktycznego punktu widzenia w pełni uzasadnione.

Jeśli dano mi zadanie pomagania komuś, wypełnię je w stu procentach i nie będę przejmował się moim własnym rezultatem. Niekoniecznie byłem wtedy dużo słabszy fizycznie, ale na pewno nie mogłem pochwalić się znaczącymi wynikami, bo moja rola w wyścigach była inna.
Clasica San Sebastian, 2021

Oglądam wyścig z odtworzenia, bo wbrew temu, co sądzą niektórzy, kolarstwo nie jest całym życiem. Leje deszcz, jak przystało na piękny Kraj Basków, a pełniący samotną wartę komentator brytyjskiego Eurosportu prowadzi leniwy monolog ze sobą samym. Dwóch kolarzy zyskuje na zjeździe niewielką przewagę, charakterystyczną sylwetkę jednego z nich wyjątkowo łatwo jest rozpoznać: “Mohoric, oczywiście, że to Mohoric. Któż inny mógłby to być, na mokrym zjeździe?” – Brytyjczyk rzuca retoryczne pytanie w przestrzeń. 

Trudno się z nim nie zgodzić, dlatego część rozmowy dotyczącą kolarskiego rzemiosła 26-latka rozpoczęłam właśnie od jego zamiłowania do karkołomnych zjazdów, w pewnym sensie wydającego się z kontrastować z jego lekko introwertyczną, a zdecydowanie skłonną do refleksji osobowością.

Było dwóch chłopaków z mojej wioski, którzy byli ode mnie dużo szybsi, a ja próbowałem się od nich uczyć. Najpierw robiliśmy to tylko dla zabawy. Upadki nie bolą aż tak bardzo, kiedy ma się 12 lat i waży 40 kilo, więc notorycznie wracałem do domu trochę bardziej obolały i poobdzierany, niż przed wyjściem. Moja mama kwitowała to zawsze karcącym gestem głowy i nie pochwalała takiego zachowania.
Z czasem, dzięki nabytej pewności siebie, stałem się trochę bardziej zręczny i szybki. Poznałem też moje własne granice, a kiedy miałem 16-17 lat zdałem sobie sprawę, że to może mi pomóc w wygrywaniu wyścigów kolarskich. Wybrałem więc zjazdy jako miejsce, w którym jestem w stanie zyskać przewagę nad moimi rywalami i zacząłem za ich pomocą zwyciężać. Później, kiedy zyskasz już reputację [kolarza] szybkiego na zjazdach, inni trochę obawiają się siadać na twoje koło, co czasem dodatkowo ułatwia sprawę.
A.S.O. / Ashley Gruber – Jered Gruber
Passo Godi, 2021

Jeśli oglądaliście tegoroczne Giro d’Italia, salto w przód w wykonaniu Mohorica podczas 9. etapu z metą na (o ironio) Campo Felice z całą pewnością było jednym z obrazów, które zapamiętacie na bardzo długo. Są sytuacje, w których nawet najwyśmienitsi technicznie kolarze przegrywają z prostymi prawami fizyki. On jednak wraca i dalej robi to samo, a wcześniejsze kraksy zdają się nie odciskać piętna na jego psychice. Jak to w ogóle możliwe?

Cóż, każdy wypadek ma swoją własną historię. Na przykład ten podczas zeszłorocznej Vuelty był całkowicie, stuprocentowo moją winą. Przesadziłem w zakręcie i wpadłem w uślizg. Ten z Giro w tym roku był natomiast bardziej złym zbiegiem okoliczności, bo cały czas bardzo dobrze pamiętałem wydarzenia z Vuelty i byłem bardzo skoncentrowany na tym, by nie popełnić tym razem żadnych błędów. Wybrałem ten zakręt by minąć Gino, który jechał na czele grupy, wybierając dość agresywne linie. Chciałem go wyprzedzić, żeby uspokoić trochę sytuację i w tamtym momencie odjechało mi tylne koło. Udało mi się to skorygować, ale wtedy uderzyłem w krawężnik i to już sprawiło, że zrobiłem salto w przód. Nie było to nic przyjemnego, ale ostatecznie uważam to jedynie za zbieg dwóch czy trzech niekorzystnych czynników, których efektem była kraksa.
Florence, 2013 / Aigle, 2021

Rozmowa z Matejem na temat zjazdów musiała mieć jeszcze jeden wymiar. O pozycji nazywanej “supertuck” było bardzo głośno wiosną tego roku, kiedy została ona zdelegalizowana przez UCI. Choć nie miała wówczas żadnej nazwy, było o niej równie głośno we Florencji przed 8 laty, bo między innymi za jej sprawą pochodzący spod Kranju Słoweniec zdołał utrzymać swoją przewagę na prowadzących do mety zjazdach. Nawet wtedy nie był jedynym kolarzem, który to robił, ale prawdopodobnie był pierwszym zawodnikiem, który zaprezentował to w telewizji podczas imprezy dużego kalibru. Supertuck siłą rzeczy stał się jednym z jego znaków rozpoznawczych, ale jeśli sądziliście, że stały za tym głębokie przemyślenia z dziedziny aerodynamiki, to nie. Stało za tym zwykłe spóźnialstwo.

Wydaje mi się, że zacząłem to robić z lenistwa, bo kiedy byłem młodszy, zawsze wychodząc na trening byłem trochę spóźniony. Jak już wspominałem, mieszkałem w górach, a do miejsca zbiórki miałem do przejechania 15 kilometrów doliną, zawsze mniej lub bardziej w dół. Ponieważ zawsze wychodziłem 2 lub 3 minuty po czasie, a nie chciałem być spóźniony na trening, musiałem szukać sposobu, by oszczędzić energię i nie zużyć wszystkich sił jeszcze zanim rozpoczęliśmy trening. Dopiero później uświadomiłem sobie, że to pomaga także podczas wyścigów i zacząłem to wykorzystywać, ale rzecz jasna nie uważam, że jest to najładniej wyglądająca pozycja na rowerze – szczególnie jeśli robią to osoby, które nie są najlepiej wyszkolone technicznie. Ostatecznie więc myślę, że zdelegalizowanie tego przez UCI nie było złą decyzją.
Bretania, 2021 / Le Creusot, 2021

Kapryśna pogoda, wąskie i kręte szosy, niesforni kibice, chaotyczne sprinty. Pierwsze dni rozgrywania Tour de France jak zwykle zbierają obfite żniwo. Kilka dni później Mohoric wygrywa pierwszy ze swoich etapów Wielkiej Pętli, najdłuższy w całym wyścigu. Jest jak psowate: nie posiada narzędzi, by od razu pochwycić i wykończyć ofiarę, ale będzie ją gonić tak długo, aż ta sama opadnie z sił.

Najdłuższe trasy, ekstremalna pogoda, niebezpieczne zjazdy. Zawodnik ekipy Bahrain-Victorious w takich warunkach nie tylko rozkwita, ale regularnie wykorzystuje je do zyskania przewagi nad swoimi rywalami. Nie mogłam więc nie zapytać, jakie jest jego spojrzenie na zagadnienia związane z bezpieczeństwem w kolarstwie szosowym: czy istnieje w ogóle coś takiego, jak niebezpieczna trasa? A może to zawodnicy sami o tym decydują, za sprawą podejmowanych przez siebie decyzji?

To trudne pytanie, ale moim zdaniem zawsze znajdą się rzeczy, które można poprawić. Zagadnienia związane z bezpieczeństwem w zawodowym kolarstwie wymagają obecnie pracy, szczególnie w odniesieniu do obowiązujących przepisów, bo prawdę mówiąc, ze względu na nie jest to w tej chwili dość niebezpieczny sport. Istnieją sytuacje, których moglibyśmy łatwo uniknąć. Jeśli odrobinę zmienimy przepisy, wszyscy ciągle dostaną to, czego chcą, będzie dużo bezpieczniej i być może nawet przyjemniej do oglądania dla fanów, a my kolarze rzadziej leżeć będziemy w kraksach.

W tym momencie na moment zawahał się przyznając, że ze zjazdami sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Nie odrzucił też mojej sugestii, że zawsze znajdzie się w peletonie co najmniej jeden gość skłonny podjąć w takich okolicznościach większe ryzyko, ani że to on bywa tym gościem.

Tak, czasem to jestem ja, zgadza się. Ale uważam, że każdy powinien być świadom swoich ograniczeń i nie istnieje żadna zasada mówiąca, że zawsze musisz jechać na kole gościa przed tobą. Trzeba racjonalnie oceniać takie sytuacje i podchodzić do nich z ostrożnością, bo po zjeździe zazwyczaj jest miejsce na to, by jeszcze nadrobić straty.

Po tym płynnie przeszedł to reformy sprinterskich końcówek w wielkich tourach.

Uważam jednak, że większe problemy związane z bezpieczeństwem dotyczą sytuacji, które łatwiej jest rozwiązać. Więc na przykład najbardziej szaloną rzeczą w kolarstwie w tym momencie, przynajmniej z mojego punktu widzenia, są sprinterskie etapy, szczególnie podczas wielkich tourów, gdzie na wszystkich ekipach ciąży ogromna presja. Każda drużyna ma przynajmniej jednego sprintera albo lidera na klasyfikację generalną, który nie chce ponieść strat czasowych. Efekt jest taki, że 22 ekipy przepychają się między sobą, by być na czele stawki, czyli w teoretycznie jedynym bezpiecznym miejscu w całym peletonie, a to jest trochę niemożliwe. W związku z tym widzimy kraksy na wszystkich zwężeniach. Współcześnie na całym świecie powstaje coraz więcej małej architektury drogowej, tak będzie dalej i dalej, więcej i więcej rond, więcej i więcej rozdzielaczy, więcej i więcej wszystkiego, dlatego wkrótce przepisy powinny zostać zmienione tak, by o zwycięstwo [na sprinterskich etapach] walczyła mniejsza grupa. 
Z punktu widzenia kibica chcesz, by w grze pozostali sprinterzy i zapominasz o klasyfikacji generalnej, tak? Dlatego myślę, że powinna być zasada mówiąca, że ktokolwiek chce walczyć o etapowe zwycięstwo, niech walczy, ale na przykład 10 kilometrów od mety rysujemy linię, mierzymy czasy na wypadek rantów czy czegokolwiek innego, a sprinterzy powinni mieć pozostawioną przestrzeń, by rozegrać to między sobą. Kiedy grupa jest mniejsza, znacznie łatwiej jest przemieszczać się pomiędzy elementami architektury drogowej, pokonywać ronda, zwężenia i inne utrudnienia pojawiające się nagle na drodze. Kiedy grupa jest duża, a o pozycje na czele walczy mnóstwo facetów, siłą rzeczy jest to bardziej skomplikowane i dużo bardziej niebezpieczne. A będąc całkiem szczerym, najczęściej sprinterzy są również znacznie lepsi technicznie od przynajmniej niektórych liderów na generalkę, więc to samo w sobie usunęłoby już z równania sporą część zmiennych odpowiedzialnych za to, dlaczego kraksy w ogóle mają miejsce.

Gdzieś w trakcie tego monologu, który oryginalnie jest dwa razy dłuższy, przez moment żałowałam, że w ogóle poruszyłam ten temat. Trudno jednak odmówić takiemu rozwiązaniu sensu. Matej na prezydenta?

Czeladź, 2021

Kiedy rozmawiamy wczesnym sobotnim popołudniem, Matej zajmuje 2. miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de Pologne, za sobą mając bardzo skuteczne rozprowadzenie Phila Bauhausa, finisz w czołowej trójce na stromym podjeździe w Przemyślu i ściance w Bukowinie Tatrzańskiej, ale też znacznie bardziej klasycznym sprincie w Bielsku-Białej. To kolejna rzecz, która go charakteryzuje: ogromna wszechstronność. Czy zamierza w najbliższej przyszłości nadać swojej kolarskiej karierze jakiś bardziej zdefiniowany kierunek?

Nie, myślę, że moja wszechstronność jest czymś dobrym, w pewnym sensie moją specjalnością, więc raczej nie będę z niej rezygnował w przyszłości. Wydaje mi się, że dobrze jest mieć zawodnika, który jest w stanie dostosować się do każdych okoliczności, który potrafi się wspinać, potrafi brać udział w sprinterskich pojedynkach, albo rozprowadzić prawdziwego sprintera. Myślę więc, że drużyna jest przeszczęśliwa mając mnie w swoich szeregach, ja sam również czerpię radość ze wszystkich ról, które mogę pełnić, dlatego w najbliższej przyszłości nie ulegnie to zmianie. 
Le Creusot, 2021

Kiedy samotnie zbliża się do mety 7. etapu tegorocznego Tour de France, w nogach ma blisko 250 kilometrów i nie próbuje powstrzymać napływających łez. To marzenie, o którym mi znacznie później opowie, właśnie staje się rzeczywistością. W wybornej formie jest jednak od momentu, kiedy wrócił do rywalizacji po kraksie na Giro d’Italia, po drodze wygrywając klasyfikację punktową Tour of Slovenia i po raz drugi zostając mistrzem swojego kraju. Nie ma wątpliwości, że to najlepszy sezon w jego dotychczasowej karierze. 

O tak, oczywiście, że jestem dumny. Najlepiej ze wszystkich wiem, jak dużo pracy zostało włożone w osiągnięcie przeze mnie tego poziomu. Ile lat popełniania błędów i odrabiania lekcji to pochłonęło, więc to bardzo przyjemne uczucie, osiągnąć swoje cele, w dodatku z jakąś nadwyżką. Jest to źródłem jeszcze większej pewności siebie, wiary w wykonywaną przeze mnie pracę i daje dodatkowy zastrzyk motywacji, by kontynuować to w przyszłości, przynajmniej dla mnie. I tak, nie planuję przerywać tego, co robiłem przez ostatnich osiem lat, więc miejmy nadzieję, że czeka mnie jeszcze więcej dobrego.
fot. ASO
Libourne, 2021

Ostatecznie 108. edycja Tour de France okazała się dla niego karuzelą skrajnych emocji, z których nie wszystkie były pozytywne. Wieczorny nalot francuskiej policji na hotel, który gościł ekipę Bahrain-Victorious w skądinąd słynącym z tego typu akcji Pau, nie tylko pozbawił jej kolarzy kolacji, snu i właściwej regeneracji, ale momentalnie wywołał lawinę nieprzychylnych komentarzy w mediach społecznościowych. Dotyczyły one oczywiście “podejrzanie dobrych” rezultatów uzyskiwanych ostatnimi czasy przez zawodników ekipy z Bahrajnu, w tym rzecz jasna “pojawiającego się znikąd” Mohorica.

Nie jest to wizytówka kolarstwa szosowego, jaką chcemy dalej wysyłać w świat. A jednak tym, którzy chcieli je dostrzec, sytuacja ta rzuciła nowe światło na słusznie uchodzącego za bardzo otwartego, grzecznego i elokwentnego Słoweńca, nazajutrz rano wcielającego się przed obecnymi na starcie dziennikarzami w rolę rzecznika swojej ekipy i wypowiadającego się w zaskakująco wyzywającym, jak na jego standardy, tonie.

Napędzany gniewem Matej atakował od samego wyjazdu z Pau, ale dopiero dzień później miało się okazać, jak daleko na tym paliwie jest w stanie dojechać.

Byłem zły, ale nie na moich rywali. Byłem zły na ludzi piszących komentarze w mediach społecznościowych, z poziomu swoich wygodnych kanap, formułujących zarzuty na temat tego, co wydarzyło się dwa dni wcześniej. Sam zostałem nauczony, że zanim się kogoś oskarży, trzeba chociaż pomyśleć o udowodnieniu tego, zastanowić się nad sobą samym. Nie wiem, jak inteligentna może być osoba, która bezpodstawnie opowiada o innych takie rzeczy bez żadnej refleksji, czy są one prawdą, czy nie. Znam siebie i wiem, ile pracy i trudu musiałem przez te wszystkie lata włożyć w to, by osiągnąć ten poziom. Byłem zdeterminowany udowodnić wszystkim, że nie wygrałem etapu na Tourze przez przypadek i jestem kolarzem tej klasy.

Jego drugi etapowy triumf, nawet w kontekście wydarzeń sprzed dwóch dni, nie wywołał jednak w połowie takiego zamieszania jak gest, który wykonał na mecie w Libourne. Tym razem nie było łez i serduszek. Był gniew sportowca podrażnionego świadomością, że kwestionowane są wszystkie wysiłki i wyrzeczenia, które kosztowało go dotarcie do tego punktu swojej zawodowej kariery. Była próba uciszenia krytyki, która dopiero miała eksplodować z pełną mocą. Ale była też wpisana w to kolejna bardzo kameralna historia, która z Lancem Armstrongiem nigdy nie miała nic wspólnego.

Oczywiście teraz, kiedy wszystko się uspokoiło i nie buzuje już we mnie krew, nie jestem dumny z gestu, który wykonałem w końcówce. Całkiem szczerze nie wiedziałem jednak, że Lance Armstrong zrobił coś podobnego, kiedy miałem cztery lata. Nie śledziłem wtedy kolarstwa.
Są ludzie, którzy prawdopodobnie mają teraz jakieś 56 lat i wydaje im się oczywiste, że cały świat o tym wie. Ja całkiem szczerze nie oglądałem jednak jeszcze wtedy kolarstwa ani nigdy do tego nie wróciłem, bo nigdy nie brałem przykładu z tamtych czasów. Byliśmy wychowani w innym duchu, a ten gest miał za zadanie uciszyć garstkę ludzi, bo ciągle wierzę, że w porównaniu do wszystkich fanów tylko garstka miała takie odczucia. Ciągle myślę, że 95 procent ludzi cieszy się tym sportem i dlatego go oglądają, może wiedzą na swoim własnym przykładzie, jak wiele pracy kosztuje uzyskanie tak wysokiego poziomu. Wydaje mi się, że ludzie, którzy nieustannie sieją nienawiść i szukają dziury w całym są nieliczni, są po prostu bardzo sfrustrowani swoim własnym życiem i problemami.
Na pewno w przyszłości będę się nimi mniej przejmował, a koncentrował bardziej na dobrych rzeczach.

A więc miało to być proste przesłanie mówiące: “Przestańcie czynić bezpodstawne oskarżenia i pozwólcie, by sport mówił sam za siebie”?

Tak. To znaczy, moja mama zawsze robiła ten gest kiedy miałem za dużo do powiedzenia.

Zdradzę Wam teraz coś, czego o Mateju Mohoricu prawdopodobnie nie musicie wiedzieć, ale i tak Wam powiem: po półgodzinnej rozmowie mam podstawy przypuszczać, że bardzo często ma on za dużo do powiedzenia, a tym samym w przeszłości widywał ten gest dość często. Przyrzekam, że jeśli będzie za mnie kończył moje własne zdania kiedy kolejny raz się spotkamy, po prostu go pacnę.

Tokio, 2021

W ostatnich dniach Wielkiej Pętli 26-latek nawet nie próbował ukrywać, że zafundowana mu przez splot różnorodnych okoliczności emocjonalna karuzela ostatecznie wyczerpała go psychicznie i bardzo potrzebował przerwy. Plan, by jego miejsce w reprezentacji Słowenii na wyścig ze startu wspólnego Igrzysk Olimpijskich w Tokio wziął Jan Tratnik powstał jednak zdecydowanie wcześniej i jak się później okaże, przyniósł korzyści dla każdej z zainteresowanych stron.

To była moja własna decyzja, ale nie podjąłem jej podczas Touru. Zdecydowałem tak znacznie wcześniej, już na początku sezonu, bo wiedziałem, że pojadę Giro i Wielką Pętlę, po których będę psychicznie i fizycznie zmęczony. Wiedziałem też, że we wrześniu czekają mnie Mistrzostwa Świata na trasie, która idealnie mi odpowiada, dlatego nie chciałem ryzykować pozostawania kolejnych 10 dni poza domem, będąc zmęczonym udziałem w Tourze i próbując na szybko przygotować formę na Igrzyska, a tym samym obarczając ryzykiem moją dyspozycję w drugiej części sezonu, kiedy czeka na mnie wiele fajnych wyścigów. Wolałem zrobić sobie krótkie wakacje po Tour de France, zacząć od początku, zrobić ze dwa dobre treningi i wrócić do rywalizacji z myślą o zbudowaniu formy na Mistrzostwa Świata.
Realizuję ten plan i myślę, że podjąłem właściwą decyzję, bo byli inni kolarze ze Słowenii, konkretniej Jan Tratnik, któremu bardzo zależało o zajęciu mojego miejsca. Przygotowywał się do udziału w Igrzyskach cały rok i możliwość zostania olimpijczykiem wiele dla niego znaczyła. Ja byłam już na Igrzyskach w Rio, dlatego nie miało to dla mnie aż tak dużego znaczenia. On mi obiecał, że pojedzie tam przygotowany i zmotywowany, by udzielić każdego rodzaju pomocy Tadejowi i Promozowi. Po tym, co zobaczyłem w jego wykonaniu podczas wyścigu ze startu wspólnego czuję wewnętrzne zadowolenie z decyzji, jaką podjąłem i z tego, że dostał swoją szansę, żeby tam zabłysnąć. Myślę, że dobrze się stało dla nas obojga.
Flandria, 2021

Mateja Mohorica w koszulce w tęczowe pasy wyobrazić sobie nietrudno. Widzieliśmy go już w tych barwach, nawet jeśli dość dawno. Przyznać też trzeba, że swoją sylwetką, osobowością, taktyczną przenikliwością i po prostu zamiłowaniem do bardzo długich dystansów dobrze wpisuje się on w stereotyp kolarza triumfującego na mistrzowskiej imprezie. Nigdy mu tego nie powiem, ale choć stara szkoła kolarstwa opóźniła jego rozwój o rok czy dwa, w nim samym jest coś trochę oldschoolowego. 

Nikt nie obieca, że to będzie właśnie ten rok, ani że którykolwiek inny. Ale tego typu koniunkcja fenomenalnej dyspozycji, idealnie odpowiadającej predyspozycjom trasy i popychającej naprzód fali pewności siebie w karierze większości kolarzy nie zdarza się częściej niż dwa razy. Matej musi to wiedzieć.

O tak, trasa odpowiada mi idealnie. Niektóre podjazdy są takie same, jak na trasie Brabanckiej Strzały, którą jechałem w tym roku i kilka razy w przeszłości. To coś pomiędzy północnymi i ardeńskimi klasykami, a więc odcinków bruku nie jest aż tak dużo i nie są aż tak wyboiste, jak podczas pierwszej części wiosennej kampanii, podczas gdy trasa jest dość pagórkowata, czyli bardziej podobna do wyścigów jednodniowych w Ardenach. Oczywiście Mistrzostwa Świata to bardzo długi wyścig, częściej niż nie trwający blisko 7 godzin, a to również mi bardzo pasuje. 
Nie wywieram na sobie przesadnie dużej presji, jednak chciałbym dobrze tam pojechać. Jestem skoncentrowany na tym, by dobrze tam pojechać, mam już przemyślane wszystkie inne detale, łącznie ze wsparciem drużyny. 

Zapytany, czy bardzo silna słoweńska drużyna tym razem będzie skłonna wesprzeć jego indywidualne ambicje, nie miał wątpliwości.

Na sto procent. Miałem na myśli wsparcie masażystów, mechaników i tak dalej. Ale dotyczy to również kolegów z drużyny, jedno z drugim idzie w parze, bo podczas wyścigu w Belgii dobrze jest mieć w decydującej części rozgrywki tylu pomocników, ilu tylko się da. Jeśli Tadej tam będzie, jeśli Primoz tam będzie, jeśli będą tam Luka i Jan Tratnik, każdemu z nas indywidualnie będzie łatwiej o wywalczenie dobrego rezultatu, ponieważ będziemy się wzajemnie osłaniać. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, ufamy sobie nawzajem, więc innym będzie wtedy znacznie trudniej nas odczepić. Zawsze znajdzie się jeden gotowy poświęcić się na rzecz drugiego, więc niezależnie od ostatecznego wyniku, na pewno zrobimy niezły show i zobaczymy, kto okaże się w tym roku najlepszy.
Słowenia, 2021

Po charakteryzującym minioną dekadę napływie świetnych kolarzy z Ameryki Południowej oraz wspominanym przez nas z rozrzewnieniem okresie rozkwitu karier Macieja Bodnara, Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, teraz Słowenia jest na fali. Nie mogłam więc nie zapytać, jak to możliwe, że tak niewielki nawet w skali europejskiej kraj jest w stanie zdominować światowe kolarstwo oraz jak sukcesy Tadeja Pogacara, Primoza Roglica i jego samego wpłynęły na popularność dyscypliny w kraju.

Popularność sportu oczywiście wzrosła. Więcej jest fanów, w tym takich, którzy nigdy wcześniej nie śledzili kolarstwa, więc wydaje mi się, że wygląda to podobnie do sytuacji w Polsce przed kilkoma laty.
Na pewno więcej dzieci obecnie zaczyna trenować kolarstwo, ale zobaczymy, co będzie dalej. Nie orientuje się dokładnie w sytuacji, nie wiem, jak dobrzy są nasi młodzi zawodnicy i nie wiem, czy mamy już następnych kolarzy jak Tadej, ale jestem pewien, że oni się pojawią, bo Słowenia po prostu zapewnia bardzo żyzny grunt do rozwoju kolarstwa. Wiesz, mamy mnóstwo mało uczęszczanych dróg, mnóstwo sprzyjających uprawianiu kolarstwa regionów, gdzie znajdziesz podjazdy i wszystko inne, czego tylko trzeba, dlatego uważam, że naturalnie jest to środowisko sprzyjające rozwojowi młodych zawodników, którzy będą później błyszczeć na szosach. Nieuchronnie więc pojawią się kolejni dobrzy kolarze, ale nie wiem kto konkretnie, ani kiedy.
Czeladź, 2021

Choć w dotychczasowej rozmowie to, co tu i teraz służyło jedynie za punkt odniesienia do znacznie bardziej interesujących rozważań, ostatecznie musiałam zapytać Mateja o Tour de Pologne. Wyścig, który w ostatnich latach okrył się złą sławą, ale dla niego jest jedną z najlepiej skrojonych na jego miarę imprez etapowych całego kalendarza.

To wcale nie jest trudne! [powiedzieć coś miłego o Tour de Pologne] Byłem tu wiele razy, to chyba mój piąty Tour de Pologne i zawsze jest bardzo miło, organizacja stoi na wysokim poziomie, a przy szosach wspiera nas mnóstwo fanów. Oczywiście trasa sama w sobie również bardzo mi odpowiada, choć w poprzednich latach pewnie trochę bardziej niż ta tegoroczna, bo górskie etapy były bardziej wymagające.
Próbowałem jechać na klasyfikację generalną w 2019 roku, ale popełniłem ogromny błąd nie jedząc wystarczająco dużo podczas pierwszego z górskich etapów i wypadłem z walki. Następnego dnia byłem na siebie bardzo zły, ale doprowadziło mnie to do etapowego zwycięstwa, co było jakimś pocieszeniem, a w tym roku wróciłem, by znowu walczyć o klasyfikację generalną. Udało mi się pokonać bez problemów wszystkie górskie etapy, a teraz rozmawiamy ze sobą w dniu jazdy indywidualnej na czas, więc zobaczymy, jak mi pójdzie.
 

 

Już wcześniej na twoim Twitterze zapowiedział, że na okoliczność czasówki planuje włączyć beast mode…

Przeciwko Almeidzie będę tego potrzebował! On niemal wygrał w zeszłym roku Giro d’Italia, również za sprawą świetnej jazdy na czas, więc tak, zobaczymy. To nie będzie łatwe zadanie i nie mogę wpłynąć na to, jak dziś pojedzie Almeida, dlatego spróbuję pojechać czasówkę mojego życia i zobaczymy, na ile to wystarczy.

Nie miałam okazji zapytać, czy w jego odczuciu rzeczywiście udało mu się pojechać czasówkę jego życia, ale 9. miejsce na etapie w Katowicach obiektywnie było jednym z trzech najlepszych uzyskanych przez niego wyników w tej konkurencji w jego dorosłej karierze. Uwzględniwszy zaś poziom wyścigu, charakter trasy i obecną na starcie konkurencję, rzeczywiście mógł to być jego najlepszy tego typu występ.

 

To była przyjemność, móc wysłuchać jego historii. Mam nadzieję, że na napisanie następnego rozdziału nie będę musiała czekać kolejnych 8 lat.

Rozmawiała: Aleksandra Górska

guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
MaciekO
MaciekO

Gratuluję artykułu.

Jacek
Jacek

Pani Olu,
Świetny wywiad – dziękuję. To był dość długi dystans, ale to był bardzo fajnie spędzony czas, w większości pod cienistą pinią przy chorwackiej plaży ☺️

Luki
Luki

Znakomity tekst

Trynidada
Trynidada

Fajnie się to czytało, niesamowite swoją drogą, że tak malutki kraj a kolarzy mają nie z tej ziemi