Włochy, stalowe ramy, szytki i wino, czyli jak w lipcowy weekend przenieśliśmy się w czasie.

Fausto Coppi, Eddy Merckx, Felice Gimondi, Francesco Moser, to nazwiska, które zna każdy kolarz. Francesco Moser, bo o nim będzie mowa, jest wielokrotnym medalistą szosowych mistrzostw świata, rekordzistą w jeździe godzinnej na torze, a co najważniejsze, stał siedem razy na podium w legendarnym Piekle Północy czyli Paris-Roubaix. Jak doszło do tego, że laicy kolarscy, bo nawet nie nazwę nas amatorami, stanęli na linii startowej z taką legendą jak Moser?

R0002280-2

Otóż Moser zorganizował wyścig dla fanów wełnianych koszulek i stali, La Moserissimę. Tegoroczna edycja odbyła się 16 lipca. La Moserissima to jedna z wielu retro-kolarskich imprez z cyklu Giro d’Italia d’Epoca, który – obok toskańskiej L’Eroici – łączy ze sobą miłośników starych szos. Według regulaminu rajdu rowery uczestników nie mogą być zbudowane po 1987 roku, muszą mieć stalową ramę z manetkami umieszczonymi na dolnej rurce, linki hamulcowe wystające z klamek (a nie ukryte pod owijką), rowerzysta zaś jest zobowiązany korzystać z tradycyjnych nosków z paskami, zamiast współczesnych pedałów zatrzaskowych.

R0002483

To właśnie miłość do starych rowerów sprawiła, że nasza trójka (Kacper, Kamil i Dominik) postanowiła po raz trzeci wybrać się do Włoch by spędzić czas z innymi entuzjastami starych stalówek. Dwie poprzednie edycje L’Eroici pokazały nam świetną, kolarską atmosferę w Toskanii. Wówczas, poruszając się na 40-letnich rowerach, podziwiając krajobrazy, racząc się Chianti i lokalnymi przysmakami, pokonaliśmy trasę znaną ze Strade Bianche. Taka wyprawa to wehikuł czasu do epoki, w której nie było jeszcze karbonowych ram, a za najlepszy napój izotoniczny uznawano wino.

Licząca 55 km trasa La Moserissmy wiodła nas wokół malowniczo położonego Trydentu i pomimo pozornie krótkiego dystansu, okazała się niezwykle męcząca. Na początku jechaliśmy po szutrze. Ten odcinek trasy nie wydał nam się szczególnie wymagający, jednak kilku innych uczestników musiało skorzystać z pomocy technicznej. Kolejny etap składał się z podjazdów po kocich łbach i zjazdów tak stromych, że zwątpiliśmy – najpierw we własne nogi (wielu uczestników musiało wprowadzać swoje rowery pod górę), a następnie w swój sprzęt. Wyobraźcie sobie trasę Paris-Roubaix, która wiedzie w dół przez las, a wy zjeżdżacie na czterdziestoletniej stalowej szosie – oto właśnie uroki La Moserissimy. Na szczęście udało nam się okrążyć miasto bez żadnych strat w ludziach i sprzęcie. Moser, jak przystało na króla Paris-Roubaix, pokonał całą sekcję bruku, bez mrugnięcia okiem.

Podczas rajdu mieliśmy czas na zwiedzanie. Najpierw zatrzymaliśmy się na poczęstunek w malowniczym miejscu nad rzeką Adygą, gdzie Francesco uroczyście otworzył wielką butelkę wina, następnie dotarliśmy do Cantine Moser – rodzinnej winnicy Moserów. Tam spróbowaliśmy wina firmowanego nazwiskiem legendarnego kolarza. Zwiedziliśmy również muzeum jego rowerów, które do tej pory podziwialiśmy tylko na zdjęciach – od maszyn, które wiozły go na podium Paris Roubaix po legendarny rower czasowy, na którym pobił rekord godzinny, 51.151km. Ostatecznie po szaleńczym zjeździe wjechaliśmy na rynek Trydentu, gdzie znajduje się katedra, w której w XVI wieku odbywały się obrady soboru trydenckiego.

R0002495

Nie obyło się bez zaskoczeń. La Moserissima odbywała się w sobotę, zaś w piątek i w niedzielę zawodowcy ścigali się w ramach UCI Gran Fondo Series. Okazało się, że oba wydarzenia miały wspólne miejsce rejestracji, gdzie – ku naszemu zdziwieniu – poproszono nas o okazanie licencji UCI. Choć w punkcie zapisów pojawiliśmy się z naszymi retro maszynami, jeden z organizatorów uznał, że chcemy brać udział w profesjonalnym wyścigu. Jak co roku podczas naszych wypraw, tak i tym razem przekonaliśmy się, że nieznajomość języka włoskiego szkodzi. Na końcu wyścigu spiker poinformował, że “pasta party” dla wygłodniałych uczestników potrwa DO 15, my zaś zrozumieliśmy, że posiłek będzie rozdawany OD 15… Na szczęście dzięki uprzejmości obsługi udało nam się posilić.

Nad Wisłą coraz większą popularność zdobywają stare rowery. Na portalach aukcyjnych można zauważyć wzrost cen zabytkowych części i coraz więcej osób docenia dobrze zachowany rower, można było się też natknąć na renowacje przeprowadzone na naprawdę wysokim poziomie. Lecz w Polsce brakuje wydarzeń dla koneserów stali i szytek. Razem ze znajomymi retrocyklistami założyliśmy grupę na facebooku “Velo Classic Poland” której celem jest organizowanie retro ustawek, na którą serdecznie zapraszamy.

Na koniec – co sprawia, że miesiącami składamy rowery, szukając części z poszczególnych grup, obręczy czy kierownic w jak najlepszym stanie? Dlaczego wydajemy niemałe kwoty na wpisowe czy paliwo? Przecież na starym rowerze można równie dobrze pojeździć naokoło komina. Jednak po drodze nie spotkamy Francesco Mosera częstującego nas swoim winem, nie usiądziemy obok Gianiego Motty zajadającego ciasto, w końcu – w Polsce nie natkniemy się przypadkiem na Marino Basso udzielającego nam sportowych porad. Takie wydarzenia to coś więcej niż jazda – to święto.

[flagallery gid=116 w=100% h=640]

Tekst: Kacper Brzeski oraz Kamil Błachnio

Foto: Kamil Błachnio