fot. Decathlon AG2R La Mondiale Team

Od piątku do środy oczy kolarskiej Europy będą zwrócone na nasze mistrzostwa kontynentalne w szosowej odmianie sportu rowerowego. Rywalizacja wciśnięta do kalendarza UCI na niespełna tydzień od zakończenia Mistrzostw Świata w kolarstwie szosowym – Montréal 2026 prowokuje do zadania sobie poważnego pytania na temat tego, czy istnieje dobry termin na organizację tego typu zawodów?

To, że mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym odbywają się rokrocznie w drugiej połowie września powie chyba każda osoba, która choć w drobnym stopniu interesuje się tym sportem. Choć istniały od tego odstępstwa w postaci chociażby „super mistrzostw” w Glasgow, które odbyły się na początku sierpnia, to jednak istnieje w ostatnich dekadach pewien konsensus co do tego, kiedy wyłaniani są posiadacze tęczowych koszulek. Zupełnie inaczej jest jednak w temacie tego, kiedy toczą się medalowe pojedynki na poszczególnych kontynentach.

Zacznijmy od tego, co najbardziej interesować może polskiego kibica, czyli mistrzostw Europy w kolarstwie szosowym. Ich historia jest bardzo specyficzna, albowiem elita o swoje koszulki walczy od zaledwie 2016 roku, a to młodsze kategorie swoje zmagania toczyły zdecydowanie dłużej. Ba, początkowo po włączeniu elity do „programu” tego czempionatu ten nadal nie odbywał się jednorazowo w tym samym miejscu, a ostatni raz oddzielne pojedynki medalowe juniorów i kategorii do lat 23 od elity mieliśmy jeszcze w 2022 roku, kiedy to ci pierwsi ściga się w lipcu w portugalskiej Anadii, drudzy zaś w sierpniu odwiedzili Monachium.

Ktoś nie analizujący nigdy tego tematu zapyta zatem – dobrze, ale gdzie jest problem by wyznaczyć stały termin i go rokrocznie respektować? Cóż, tu zaczynają się kłopoty, które bez wyraźnej woli Międzynarodowej Unii Kolarskiej mogą być nie do pokonania. UCI od stycznia do października rozgrywa bowiem swoje zawody w ramach cyklu UCI World Tour i UCI Women’s World Tour, pozostawiając lukę na wrześniowe mistrzostwa świata oraz tradycyjnie dając krajowym federacjom miejsce na organizację krajowych czempionatów pod koniec czerwca. Poza tym kalendarz jest jednak dość szczelnie wypchany i tak już od końca lutego aż do maja mamy niemal co chwilę ważne klasyki oraz słynne tygodniówki, następnie zaś znajdziemy Giro d’Italia, kolejne tygodniówki poprzedzające Tour de France, a także rozgrywaną na przełomie sierpnia i września Vuelta a España. Teoretycznie między Wielką Pętlą a hiszpańskim wielkim tourem jest pewna luka, ale czy sportowcy zmęczeni tą pierwszą bądź szykujący się do tej drugiej będą skorzy do tego, by nagle walczyć w zupełnie odmiennym charakterystyką wyścigu jednodniowym? To z pewnością trudna kwestia.

Efekt tego wszystkiego jest zatem taki, że mistrzostwa Europy w kolarstwie szosowym 2. rok z rzędu odbywają się zaledwie kilka dni po zakończeniu światowego czempionatu, a zawodnicy wprost mówią o zmęczeniu podróżą, kwestii zmiany czasu, a w przypadku kolarzy elity mężczyzn także odpuszczaniu czasówki, by złapać choć chwilę oddechu przed Il Lombardią. Dużo lepszą sytuację mieliśmy w 2024 roku, kiedy mistrzostwa Europy odbyły się w połowie września i przed mistrzostwami świata, ale tam kalendarz był mocno przeorganizowany przez letnie igrzyska olimpijskie i tego nie da się rokrocznie powtarzać. Wcześniej zresztą europejski czempionat regularnie migrował pomiędzy sierpniem i 1. połową września, będąc właśnie imprezą poprzedzającą pojedynki o tęczowe koszulki.

Czy istnieje rozwiązanie?

Najprostszą odpowiedzią na powyższe pytanie byłoby powiedzenie, że UCI mogłoby po prostu wydzielić w kalendarzu tydzień na mistrzostwa kontynentalne i w tym okresie nie lokować żadnych innych wyścigów, tak jak ma to miejsce podczas krajowych czempionatów. To pozornie złote rozwiązanie ma jednak sporą wadę – jest odpowiedzią na europejskie potrzeby, ale czy znajdzie poparcie na świecie? Nietrudno wyobrazić sobie bowiem, że nawet jeśli takie zawody ulokowano by na sztywno w np. sierpniu, to zawodnicy spoza Europy i tak nie decydowaliby się na długie loty, zmianę strefy czasowej itd., by po kilku dniach wracać na Stary Kontynent, gdzie odbywa się większość istotnych wyścigów, w tym wszystkie wielkie toury czy monumenty. Europa nie ma zatem sojuszników w ewentualną walkę o dogodny termin, a UCI wcale nie musi się przejmować tym, że UEC (Europejska Unia Kolarska) wciska swoje zawody w niekoniecznie ciekawe kalendarzowo miejsce.

Nie sprawia to jednak, że choć połowiczne rozwiązania nie istnieją wcale. W początkowych latach mistrzostwa Europy były bowiem zawodami dedykowanymi sprinterom i nietrudno wyobrazić sobie działanie przez UEC w taki sposób, by te były po prostu przygotowywane tak, by odpowiadały zupełnie innej grupie zawodników, niż odbywające się w tym samym roku mistrzostwa świata. Bój o tęczowe koszulki będzie miał w elicie ponad 5 tysięcy metrów przewyższenia? Do walki o gwieździsty trykot zaprośmy sprinterów. Światowy czempionat odwiedzi płaską Kopenhagę? Może to czas, by Europa o medale powalczyła w trudniejszym terenie. Taki kontrast mógłby sprawić, że nawet kilka dni dzielące obie te imprezy mógłby uczynić je nie konkurencyjnymi i trudnymi logistycznie dla sportowców, a uzupełniającymi się wzajemnie.

Jak radzi sobie z tym świat?

O ile my, Europejczycy, możemy sobie dywagować o tym jak zorganizować mistrzostwa Europy, by ich termin miał sens, o tyle świat już dawno poddał się w tej materii. Świetnym przykładem są tu mistrzostwa panamerykańskie, które po kalendarzu skaczą sobie od marca do sierpnia, a na ich starcie stają rokrocznie zawodnicy z co najwyżej drugiego szeregu. Tegorocznym mistrzem obu Ameryk jest bowiem Jason Andrey Huertas (Kostaryka), jego poprzednikami zaś m.in. Leangel Rubén Linarez (Wenezuela), Emiliano Contreras (Argentyna) czy Nelson Andrés Soto (Kolumbia). Zawody te zresztą mają na tyle wielki problem z terminem, że ostatni raz reprezentacja Kanady dotarła na nie w 2023 roku (złoto zdobył Pier-André Côté), USA zaś nie dociera tam od dawien dawna i było nieobecne nawet wtedy, gdy ścigano się w sąsiednim Meksyku.

Efekt tego jest taki, że mistrzostwa kontynentalne, które w wielu sportach są niezwykle ważnymi imprezami, w kolarstwie znajdują się gdzieś na marginesie. Poza Europą pamiętają o nich głównie ci, którzy na co dzień nie ścigają się na Starym Kontynencie, a także ci, którzy mogą w ten sposób zdobyć wręcz chorą ilość punktów UCI. Za wspomniane mistrzostwa panamerykańskie Kostarykańczyk Jason Andrey Huertas otrzymał bowiem więcej, niż było do zdobycia za 10. lokatę w Tour de France, a warto pamiętać, że raz na 4 lata odbywają się jeszcze punktowane tak samo „Pan American Games” oraz w ramach obu imprez są nie tylko starty wspólne, ale i czasówki.

O ile zdobycz pana Huertasa może nie bulwersować, o tyle ciekawiej robi się gdy uświadomimy sobie, że takimi punktami w UCI World Tourze utrzymała się XDS Astana Team. Azjaci również rozgrywają bowiem podwójnie swoje zawody i w jednym roku można zostać zarówno mistrzem kontynentu, jak i igrzysk azjatyckich, a te drugie w tym roku odbywały się… W trakcie mistrzostw świata – Alexey Lutsenko swoje złoto na czas zdobywał dokładnie tego samego dnia, co Remco Evenepoel, zaś dorobek punktowy Kazacha za podwójny tytuł powiększył się o 320 punktów UCI, czyli identycznie, co np. Paula Seixasa (brąz na czas i 15. w starcie wspólnym).

Podwójne zawody znajdziemy zresztą także w Afryce, a w przeszłości była próba, by i Europa miała swoje igrzyska. Te w kolarstwie szosowym odbyły się jednak tylko 2 razy – w 2015 roku srebro wśród pań zdobyła nawet Katarzyna Niewiadoma, a obecnie nie ma już po nich śladu. Wracając jednak do Czarnego Lądu, to ten rywalizować w tym roku będzie dopiero na koniec października, co sprawi, że punkty te trafią do rankingu za sezon 2027 – te będą zatem liczone już przy rozdziale miejsc na Igrzyska Olimpijskie – Los Angeles 2028. Niestety my jako Europa nie możemy sobie pozwolić z racji na aurę na to, co czyni dużo stabilniejsza pogodowo Afryka, a szkoda.

Poprzedni artykułMedia: Brandon McNulty zadebiutuje w tęczowej koszulce podczas Giro dell’Emilia
Następny artykułMistrzostwa Europy 2026: Reprezentacja Włoch odkrywa karty
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Marcin
Marcin

Panie Jarosz, w jakim celu napisałeś Pan ten artykuł ?

ander_her
ander_her

o czym to jest ?

Blazej
Blazej

To proste: nie interesuje cię? Nie czytaj! Mnie zainteresowało.

Ricky
Ricky

A wydawało mi się, że to ja czasem wypisuję dziwne komentarze 😅.

Wyścig może być całkiem interesujący. Trasa została ułożona z myślą wiadomo o kim, więc jest całkiem ciekawa no i niektórzy zawodnicy, którzy się tam pojawią, będą mieli coś do udowodnienia (ok, niby zawsze tak jest, ale w tym roku chyba nawet bardziej niż zwykle).