Żółta koszulka – dla jednych sens życia i wyznacznik własnych możliwości, a dla innych wiecznie niespełnione chłopięce marzenie. Jedni ubierają ją przypadkowo, inni skrupulatnie planują walkę o nią.

Jedni jadą w niej kilkanaście dni, by potem przegrać ją na najważniejszym etapie, a inni zdobywają ją dopiero w ostatnich dniach wyścigu, tak jak Cadel Evans podczas tegorocznej edycji wyścigu. Do tej pory jej posiadanie zawsze wiązało się z prestiżem i komfortem. Dziś niejednokrotnie komplikuje życie i zmusza do odpierania kolejnych ataków, jednak już nie na trasie.

Lance Armstrong jak nikt inny wie co znaczy walczyć o żółtą koszulkę nie tylko podczas etapu, ale także po jego zakończeniu. Jak sam powiedział w trakcie jednego z wygranych przez siebie Tour de France, jazda w żółtej koszulce to konieczność wiecznej obrony. Przed czym i przed kim? Przed podejrzeniami o doping, przed wścibskimi dziennikarzami, przed osobami, które nas po prostu nie lubią i nie podoba im się, że jedziemy w żółtej koszulce. Seryjni zwycięzcy wzbudzają bowiem skrajne emocje – albo się ich kocha, albo nienawidzi.

Jest to w pełni zrozumiałe, jednak należy zauważyć, iż takie reakcje środowiska nie zrodziły się same, a to kolarze przyzwyczajają nas do tego od lat 90, w których to liczba afer dopingowych, dziwnych historii oraz niespodziewanych zgonów kolarzy drastycznie wzrosła. Czyż nie jest tak, że grupa Migiel Indurain, Greg LeMond i Bernard Hinault brzmi znacznie mniej kontrowersyjnie niż grupa Jan Ulrich, Marco Pantani, Bjarne Riis i Lance Armstrong?

Podejrzewanie liderów zostało już na dobre w naszej psychice. Co ciekawe, głównym podejrzanym jest najczęściej ten, który ubiera żółtą koszulkę na mecie całego wyścigu. Zapominamy o tych, którzy ubierali ją w jego trakcie i to nie przypadkowo, a po rzeczywistej walce i zademonstrowaniu siły. Nawet jeśli zakładać, iż oskarżenia są obecnie nieodłączną częścią tego sportu, to padają w sposób całkowicie odmienny od tego jaki podpowiada logika, gdyż na tych, o których wiadomo, że są mocni i są wśród faworytów, a nie na zawodników z szarego końca, którzy ubrali żółtą koszulkę i dopiero wtedy świat usłyszał o ich bycie. Czyżby bardziej podejrzana była rutyna i stabilność niż przypadek? Przecież to przypadki zawsze wprawiają nas w większą zadumę.

Bardzo duża jest nasza sympatia dla zawodników takich jak np. Thomas Voeckler, który dzielnie bronił koszulki w roku 2004. I to jak bronił! Zawodnik, któremu przepowiadano stratę przewagi i żółtej koszulki na pierwszym górskim etapie w Pirenejach, utracił ją dopiero podczas trzeciego z nich, stając się mimo tego bohaterem Francuzów. Nikt z nas o nic go nie podejrzewał nawet przez ułamek sekundy. Równie dzielną walkę stoczył także podczas tegorocznego Tour de France, dając jednocześnie sygnał, iż zmienia się jako zawodnik i w przyszłości na serio może powalczyć o zwycięstwo.

Widać jak na dłoni, iż żółtą koszulkę można rozpatrywać w kilku płaszczyznach i dla różnych zawodników oznacza ona coś innego. Dla Voecklera oznaczała spełnienie marzeń i prestiż, a dla Armstronga czy Contadora oznacza tylko zwycięstwo. Kolejne dni jazdy w żółtej koszulce nie są dla nich niczym szczególnym. Ważne, by ubrać ja na Polach Elizejskich – przestaje być wtedy postrzegana jako atrybut lidera wyścigu i nabiera znaczenia czysto symbolicznego. Jeśli chodzi o podejrzenia i skrajne emocje, to należy zauważyć, iż wzbudzają je najczęściej nie liderzy wyścigu, a jego zwycięzcy. Dawniej żółta koszulka utożsamiana była z prestiżem oraz nadzwyczajnym wynikiem sportowym. Obecnie jest odpowiedzialna głównie za prestiż, zarówno lidera, jak i zwycięzcy wyścigu. Wyniki natomiast, gdy nadzwyczajne, prowadzą do podejrzeń i przyprawiają o ból głowy.

Marcin Sowiński