Tour de France roku 1970. Eddy Merckx triumfuje w klasyfikacji generalnej całego wyścigu, odnosząc przy tym 8 zwycięstw etapowych. Z drugiej strony mamy Tour de France z roku 2010. Alberto Contador zwycięża wyścig nie wygrywając ani jednego z 20 etapów. Mało kto wie, że tym samym Hiszpan dołączył do „prestiżowego” grona pięciu kolarzy, którym już wcześniej udała się ta sztuka. Przypadek, tak jak 5 pozostałych, czy może zmiana trendów w wyścigach wieloetapowych?

Ostatni raz taki przypadek miał miejsce 20 lat wcześniej, gdy Greg LeMond zwyciężył Tour de France w roku 1990 nie wygrywając żadnego etapu. Wcześniejsze przypadki to Francuz Lucien Aimar (1966), Włoch Gastone Nencini (1960), Francuz Roger Walkowiak (1956) oraz Belg Firmin Lambot (1922). Mam jednak spore wątpliwości, czy wszystkie te zwycięstwa można wrzucić do jednego worka i puścić w niepamięć, traktując jednocześnie jako zrządzenie losu. Jestem w stanie zgodzić się na taki punkt widzenia w przypadku panów o nazwiskach Aimar, Nencini czy Walkowiak, gdyż były to ich jedyne zwycięstwa w tym wyścigu i raczej wynikały w zdecydowanej większości ze szczęśliwego układu w peletonie, niż z ich prawdziwej siły. Lambot natomiast to czasy bardzo odległe (wygrał Tour także w roku 1919 odnosząc sukces na jednym etapie) i ciężko je odnosić do dzisiejszych wydarzeń. Sytuacja LeMond’a jest najbardziej zbliżona do Contadora, jako że nie wygrał etapu podczas swojego trzeciego sukcesu w Wielkiej Pętli, podobnie jak Hiszpan.

O wyścigu z roku 1990 mimo wszystko pisze się, iż to LeMond był zdecydowanie najmocniejszym kolarzem i tylko jego przebieg spowodował brak wygranej etapowej Amerykanina. Nie było to więc zwycięstwo szczęśliwe, a jednocześnie nie było mowy o odpuszczaniu i kalkulacji. Czy można powiedzieć to samo o ostatnim zwycięstwie Contadora?

Główny cel został osiągnięty – Hiszpan dowiózł żółtą koszulkę do Paryża. Cały Tour został okrzyknięty niezwykle interesującym. Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, iż „El Pistolero” nie dał z siebie wszystkiego i ten Tour mógł być „bardziej” jego, minimalizując błysk choćby Andy’ego Schleck’a. Nie zarzucam Alberto braku walki, gdyż bez niej nie wygrywa się zawodów kolarskich. Nie zarzucam mu także braku ambicji, bo te są oczywiste i nikogo nie musi on do nich przekonywać. Generalnie jest znakomitym kolarzem, któremu nie można wiele zarzucić. Można jednak mieć żal i czuć niedosyt, iż skupia się jedynie na zwycięstwie w klasyfikacji generalnej i zwycięstwa etapowe zdają się nie mieć dla niego większego znaczenia. I nie dotyczy to tylko jego ostatniego zwycięstwa w Tour de France. W roku 2007 zwyciężył tylko jeden etap, a w roku 2009 trzy, w tym etap drużynowej jazdy na czas.

Jak odnieść takie statystki Hiszpana do wyczynów kolarzy z lat poprzednich, którzy zwyciężali wiele etapów na drodze do zwycięstwa w całym wyścigu? Poza Eddy Merckx’em można podać wiele przykładów kolarzy, którzy swoją klasę potwierdzali w wielu etapach. Zaliczyć do nich należy takich jak Bernard Hinault (7 w 1979), Francois Faber (6 w 1909), Andre Leducq (6 w 1932), Gino Bartali (7 w 1948), Luis Ocaña (6 w 1973) czy Lance Armstrong (6 w 2004). Temu ostatniemu wiele zarzucano, jednak prawda jest taka, iż po Armstrongu nikomu nie udało się wygrać wyścigu w sposób tak spektakularny i z takimi przewagami, z jakimi jemu się to zdarzało.

Czy więc nie jesteśmy świadkami zmiany sposobu myślenia kolarzy, którzy wolą wyznaczyć sobie konkretny cel i robić jedynie co niezbędne na drodze do jego osiągnięcia, nie marnując przy tym energii na harce, które nie są im koniecznie potrzebne do osiągnięcia celu głównego? Zmian nie da się przeoczyć. Wraz z coraz większą presją i konkurencją kolarze dążą do coraz dalej idącej specjalizacji.

Niegdyś jeden zawodnik był w stanie wygrywać wszelkiego rodzaju wyścigi, od jednodniowych klasyków po wyścigi wieloetapowe, jak choćby Eddy Merckx, Bernard Hinault, Jacques Anquetil czy Fausto Coppi. Ponadto często zdarzały się zwycięstwa jednego zawodnika w kilku klasyfikacjach jednego wielkiego Tour’u.

W ciągu ostatnich 15-20 lat obserwujemy wyraźny podział na sprinterów, górali, ekspertów od jednodniowych klasyków, a także od wyścigów wieloetapowych. Niegdyś dany zawodnik wygrywał klasyfikację górską, gdyż zdobył najwięcej punktów na odpowiednich premiach, a obecnie wygrywa ją zawodnik w tym się specjalizujący, jednocześnie nie będący zdolny do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej lub w ogóle nią nie zainteresowany, jak np. Richard Virenque.

Dziś zmiany zdają się iść jeszcze dalej. Nawet konkretny etap wielkiego wyścigu jest coraz częściej areną dwóch różnych wyścigów: jednego o zwycięstwo etapowe, a drugiego o zwycięstwo w wyścigu. W ostatnich latach często obserwowaliśmy finisz górskiego etapu, podczas którego jego zwycięzca zyskiwał nawet kilka minut przewagi nad liderem wyścigu. Zwycięstwo lidera zdarza się w sytuacji, gdy pretendenci atakują na tyle mocno, iż ucieczka nie jest w stanie zaistnieć i dojechać do mety.

Musimy się przygotować na jeszcze dalej idące oddzielenie walki o etap od walki o żółtą koszulkę. Contador podczas ostatniego triumfu wyraźnie i dokładnie liczył sekundy, a ta strategia dała mu zwycięstwo. Należy go więc chwalić za strategię, która przynosi mu sukces. Nie można mieć bowiem pretensji o to, że jego celem jest żółta koszulka. Szkoda tylko, że emocje etapu możemy utożsamiać z emocjami wyścigu tylko w przypadku wyścigów klasycznych. W przypadku Tour de France obecnie coraz częściej oglądamy dwie rywalizacje i musimy poczekać na zmianę realiów, a może na nowe pokolenie odważnych kolarzy, wśród których znajdą się chętni do jednoczesnego wygrywania na kilku frontach w miejsce tych ostrożnych, nastawionych na etapowe osiąganie celów. W końcu zwycięzca bierze wszystko – czy jednak Contador albo Sastre wzięli wszystko? To zależy od punktu widzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że mogli wziąć zdecydowanie więcej.

Marcin Sowiński