Niedzielnym porankiem uchyliłem leciutko roletę; podniosłem ją na tyle minimalnie, by nie widzieć wszechobecnej szarzyzny. I ulewnego deszczu. I tych kilku kresek na termometrze. Przełknąłem ślinę, nucąc „ten dzień przywitał nas ulewą” Kultu, i zacząłem przygotowywać się do kolejnego wyścigu ŻTC Bike Race, tym razem w Jakubowie.

Jak wiadomo, przeciwdeszczowe rzeczy na rower sprawdzają się idealnie o ile nie zostaną wystawione na działanie deszczu, dlatego na ten wyścig wziąłem ubrania dokładnie takie same, jak i na każdy inny.

Przecież deszcz w czasie jazdy na rowerze jest paskudny tylko do momentu spłynięcia pierwszej kropli między łopatkami, później jest już wszystko jedno, a biorąc mniej ubrań, po wyścigu jest mniej prania…

Jakubów. Gmina przyległa do Mińska Mazowieckiego, z lubianymi przeze mnie rozwiązaniami w postaci ścigania się po trasach technicznych na rundach wzdłuż trasy ekspresowej, przy czym fragment lotnych finiszy i meta zlokalizowana była w samym Jakubowie. Gdy tam dojechałem, niebo ponownie rozdarło się i zlało okolicę kolejną turą sążnistego deszczu. Siłą rzeczy opady wpłynęły w jakimś stopniu na frekwencję zawodników, ale większości aura nie sprawiała różnicy. Przyznam, że podobnie jak muzyka, która mi w tańcu nie przeszkadza, tak i deszcz w jeździe na rowerze nie przeszkadza, to jednak widząc krople deszczu wielkości dojrzałych czereśni, bijących w zaparowaną szybę przede mną nieco zachwiały moim przeświadczeniem o sensowności jazdy, głównie z powodu znacznie wzmożonego ryzyka kraks na zakrętach. I wsiadając do samochodu z solennym przeświadczeniem wycofania się, usłyszałem od kolegi wiekopomne pytanie: „startujesz”?, na które przecież istnieje tylko jedna poprawna odpowiedź…

Przekląłem własny brak asertywności i wróciłem do samochodu by się przebrać. Po chwili, stojąc już na starcie, niestety bez rozgrzewki – zwróciłem uwagę na ludzi, którzy mimo deszczu, zgromadzili się, by podnosić nas na duchu. Miłe panie, stojące przy nas na chodniku, schowane pod płaszczami i parasolami, głośno wyrażały nam wyrazu współczucia, na które zareagowałem jednym słusznym „nie ma słabej pogody, są tylko słabe charaktery”, acz tęsknie spoglądałem na ich duże, rozłożyste parasole…

Gwizdek wyrwał mnie z rozmyślań nad powodami, z jakich można by odwołać zawody. Jako że żaden nie przyszedł mi do głowy, ruszyliśmy i … po ledwie kilkunastu metrach od startu poszedł pierwszy atak. W zasadzie kolega skoczył na dosłownie piątym metrze trasy, bo tyle mieliśmy do włączenia się w główną trasę; poszedł od razu od samego zakrętu, gdy jeszcze w większości zajęci byliśmy wpinaniem butów… wystarczy powiedzieć, że mój licznik pokazał prędkość 50 km/h po ledwie 200 metrach rywalizacji…

Mówiąc krótko; zabawa w pełni zaczęła się bardzo szybko i bardzo intensywnie, co zrzucam na karb chęci wszystkich zmarzniętych do jak najszybszego rozgrzania się. Pierwsza ucieczka z niewielkiego peletoniku zawiązała się po kilku kilometrach; i okazała się skuteczna, bo kwartet dojechał w tym składzie do mety. Kręcili w nim: Marek Stram, Tomasz Kremer, Jarosław Chojnacki i Wasz oddany redaktor. W deszczu, na technicznej trasie, w smagającym momentami, zimnym wietrze, pokonywaliśmy na zmianach kolejne okrążenia, zwalniając niemal do zera na zdradliwych i kąśliwych zakrętach, by zaraz za nimi iść na pełen gaz.

Trasa jakubowskiego wyścigu ŻTC – jak na debiutancką – okazała się być bardzo ciekawą, acz i równie wymagającą właśnie technicznie. Krótki fragment, pokonywany drogą krajową i gwałtowny zakręt, niemalże zawracający w wąską, lokalną dróżkę, pojawiający się znikąd przejazd przepustem pod trasą ekspresową, nawrót i przejazd wiaduktem… trasa niesamowicie interwałowa. Ale zarazem bardzo ciekawa, nie pozwalająca na chwilę rozprężenia. I cały czas w deszczu, smagającym nas niczym w scenie z filmu Forrest Gump – z góry, z boków a nawet i z dołu, spod kół kolegów. Piasek z zębów z podjakubowskich dróg wypluwałem do wieczora.

Trzy przejazdy przez lotny finisz poświęciłem na przyjrzenie się finiszowi; bo to było jedna z moich większych wątpliwości; zjeżdżaliśmy w stronę Jakubowa lekko z górki, by na 200 metrów przed metą wpaść w zakręt w prawo, dość ostry a zarazem wymagający ustawienia się na prawej stronie jeździ, bo finiszowaliśmy tylko na jednym pasie. Obawiałem się nadmiernego wyrzucenia z zakrętu na lewą stronę szosy, dlatego też wszystkie trzy lotne finisze starałem pokonać, jadąc wysoko w ucieczce, a najlepiej na jej przodzie, by jak najlepiej się przygotować.

Sportową złość za zgubiony na trasie bidon (przywieziony z Ronde van Vlaaderen, więc wartość sentymentalna niebywała) wyładowałem, angażując się mocno w pogoń za grupą, startującą przed nami. Doszliśmy ich na ostatniej rundzie.

Do mety siedem kilometrów. Za nami nie widać pogoni. Jak się nic nieplanowanego nie wydarzy – dojedziemy to. Wiadukt. Ostatnie trzy kilometry z pokonanych w deszczu 76 km.
Na kilometr przed metą Marek przypuszcza szalony atak, chcąc zaskoczyć wszystkich długim finiszem. Skaczę za nim. Łapię i natychmiast kontruję.

Na 400 metrów do mety jedziemy już na wykończenie, słyszę już gwizdki obsługi trasy – a może to gwizdy z moich pracujących ponad wydajność płuc – najuważniej jak tylko mogę składam się szybko w zakręt. Spaliłbym się ze wstydu wykładając się jak długi na 200 metrów przed metą w wyniku własnego błędu…

Nie popełniłem go. Na linii mety stać mnie było już tylko na lekkie uniesienie jednej ręki; wszystkie kontrolki migotały mi już na czerwono i wcale nie byłem już pewien panowania nad rowerem. Drugi linię mety przeciął Marek Stram, a trzeci – Tomasz Kremer.

Wyniki wszystkich pozostałych kategorii jak zwykle na stronie: www.ztc.pl