Fot: ŻTC

GDY W NIEDZIELĘ RANO, WSTAJĄC Z ŁÓŻKA, ROBISZ ZUPEŁNIE NIEPLANOWANY PRZYSIAD, BO NOGI NIE UTRZYMAŁY CIĘŻARU CIAŁA WIESZ, ŻE WCZORAJ MUSIAŁOBYĆ BARDZO MOCNO.

I NIE MAM NA MYŚLI NOCNEJ IMPREZY Z PIĄTKU NA NIEDZIELĘ, TYLKO ŻTC BIKE RACE, ROZEGRANE TYM RAZEM W WIETRZNYM MIŃSKU MAZOWIECKIM W MEMORIALE FELIKSA RAWSKIEGO

To „wczoraj” to atakowana rzadkim, północnym wiatrem trasa, wytyczona drogami technicznymi po dwóch stronach ekpresówki nieopodal Mińska Mazowieckiego. Jak to też przyjęte w ŻTC, biuro zawodów mieściło się w ośrodku sportu w samym Mińsku, skąd to w asyście przejechaliśmy na miejsce startu.

Przy tradycyjnie wszechobecnym stresie przedstartowym skomplikowane stają się wszystkie czynności, włącznie z wpięciem agrafki, mocującej numer, przez koszulkę w udo. Jeszcze tylko wrócić po bidony. Jeszcze tylko wrócić założyć potówkę, bo jednak wiatr, mimo pełnego słońca, swoje robił. Jeszcze tylko przestawić licznik z trybu „praca na trenażerze” na tryb „jazda w terenie”. Jeszcze tylko zobaczyć, co z kolegą, potrąconym przez kierowcę podczas rozgrzewki (znaczy kolega podczas rozgrzewki, nie kierowca…) wyjeżdżającego nieopatrzenie z podporządkowanej. Całe szczęście w miarę cały. I jeszcze tylko przełożyć przednie koło, z rozpędu wpięte w niewłaściwą stronę…

I już wjeżdżam na parking pod basenem, by dołączyć do kolegów, reflektując po niewczasie, że wszyscy stoją w przeciwną stronę, niż ja. Hmm. Mimo mojego daru przekonywania wykazali się asertywnością i nie dali się namówić, by wszyscy zawrócili (ruszaliśmy w przeciwną stronę, niż rok temu, o czym po prostu nie wiedziałem, rozgrzewając się), zawróciłem więc ja i po oficjalnym powitaniu nas przez oficjeli ruszyliśmy w asyście przez Mińsk w stronę linii startu. Po drodze jechały z nami dzieci – narybek klubu kolarskiego V-max z Mińska, i jak te brzdące tak jeżdżą teraz, to nie chcę z nimi rywalizować, gdy podrosną…

Linia startu. Ustawiamy się; może frekwencja nie jest jakaś, przy majówce, oszałamiająca, ale i tak barwny korowód kolarzy rozciąga się na ładnych parędziesiąt metrów. Grupy startują za swoimi pilotami, ostatnie informacje, detale z regulaminu, sprawdzanie numerów startowych i rozlega się strzał startera.

Ruszamy; dłuższą chwilę nie mogę się wpiąć, spadając o kilka pozycji w grupie, więc przegapiam pierwszy skok, zawiązany dosłownie za pierwszym zakrętem, a do tego było mniej, niż 200 metrów. Okraszając to kilkoma wyszukanymi acz równie niedyplomatycznymi przymiotnikami w końcu się wpiąłem i zacząłem nadganiać. Ucieczka z pierwszego kilometra zyskała kilkadziesiąt metrów przewagi. Po trzech kilometrach ucieczka przeszła do historii, a po kolejnych trzech poszła kolejna akcja.

Tym razem decydująca, bo odskoczyło dwóch zawodników i współpracując – dojechali do mety przed peletonem. Kręcili w niej Tomasz Kremer i autor niniejszych słów.

Nie słuchajcie geodetów twierdzących że kilometr kilometrowi równy. To były jedne z dłuższych 60 kilometrów, pokonanych przeze mnie w ucieczce, na tej samej zasadzie, jak minuta minucie jest nierówna, w zależności, od tego, po której stronie drzwi toalety stoimy.

Owe wiekopomne pytanie padło około 20 kilometra – próbujemy to dojechać? Odpowiedź mogła być tylko jedna.

Rzuciliśmy wszystkie siły w ten odjazd. W zdecydowanej większości w duecie, czasami z kimś z innych grup startowych. Jednak gros dystansu pokonaliśmy sami.

Trasa wyścigu, mimo że ciągnąca się po dwóch stronach ekspresówki, jest dość wymagająca technicznie, bo jezdnia techniczna nie idzie dokładnie wzdłuż głównej, tylko nieźle przy niej kluczy. Trzeba mocno uważać za ostrych zakrętach, na zwężkach, na wiadukcie i znajdującym się tuż za nim rondzie, pokonywanym przy pełnej prędkości, zaś niedaleko dalej znajduje się kolejny, bardzo ostry zakręt w prawo. I praktycznie wszędzie wieje. Koszmarnie wieje; silny, nieustępliwy, boczny wiatr, wyciskający resztki tchu z płuc. Nieciekawie przejeżdżało się też przez pokruszony kołami samochodów asfalt na ostrych zakrętach tam, gdzie duże samochody muszą je „ścinać”, by się zmieścić. Ciekawostką było także chwilowe zagrodzenie drogi przez dwa wozy strażackie, wezwane tam do małego pożaru; wystarczył nam około metrowy pas drogi koło nich, chwilę później wozy zostały już przestawione.

Skoro udał się nasz, dość wariacki, bo wczesny skok, należało grzać ile sił, bo przecież żadnej informacji o przewadze nad grupą goniącą nie mamy, poza tym, co sami zobaczymy.

Sędzia zawodów pokazuje co okrążenie zmniejszającą się cyfrę; jeszcze trzy, jeszcze dwa, by po chwili zobaczyć, że jeszcze tylko jedno okrążenie, choć nogi gwałtownie protestują na określenie „tylko”, żądając podstawienia w to miejsce słowa „aż”. Płuca także podpisują się pod tą petycją, mijamy kolejną linię mety i zjeżdżamy na ostatnią rundę. Mimo mojego wszelkiego braku reakcji na okrzyki kibiców, zgromadzonych w okolicy finiszu wierzcie; wszystkie słyszałem. Każdy pojedynczy okrzyk, każde jedno klaśnięcie dłoni. To naprawdę pomaga; fantastyczną sprawą jest słyszeć, że ktoś cię dopinguje co sił, to realnie uskrzydla.

Amatorska wersja sportu to, w mojej ocenie, żelazna zasada fair play, niewymagająca nawet wyjaśniania, to przewaga charakteru nad gasnącym ciałem, to w końcu umiejętność zamknięcia całego świata w małej, ciasnej i ciepłej przestrzeni kasku. Dlatego dostrzegając, że mój towarzysz ucieczki ma już pusty bidon, jechaliśmy dalej dzieląc się jednym, moim. Bo liczy się tu i teraz, a tu i teraz jesteśmy kolegami w ucieczce, nie rywalami, teraz mamy wspólny cel, który może nieco zmienić się pół kilometra przed metą, ale pokonując tyle kilometrów wspólnie – jesteśmy w oczywisty sposób kolegami. Poziom płynu w bidonie niebezpiecznie zbliżał się do rezerwy, a my zbudowaliśmy przewagę tak bezpieczną, że ostatni kilometr rozpoczęliśmy od podania sobie rąk i podziękowania za tak długą współpracę. Co jeszcze bardziej charakterystyczne, rozjechaliśmy się na dwie strony jezdni; żaden nie wiózł się na kole, by wyskoczyć na ostatnich trzech metrach. Jak ja to zawsze mówię; boso, ale w ostrogach, amatorsko, ale z twarzą i z charakterem. Wówczas też przez głowę przeleciało mi wspomnienie mojego ulubionego Paryż Roubaix sprzed trzech lat, gdy Niki Terpstra wjechał na ostatni kilometr trasy. Jego dyrektor sportowy rzucił tylko „enjoy the last kilometer” i polecił mu wyrzucić słuchawkę z ucha.

Też chciałem mieć swoje „enjoy the last kilometer”. Miałem pełną świadomość, iż Tomasz myśli dokładnie tak samo, ale na to już nie miałem wpływu.

Wiedziałem zaś jedno. Ostatnie zwycięstwo, które udało mi się odnieść przed wypadkiem, miało miejsce w 1992 roku. Potem była rehabilitacja, wstawianie zębów, operacja oka i tym podobne przyjemności. Wynikła z tego 22 letnia przerwa w jeżdżeniu rowerem. Tak; dwudziestodwuletnia, by uniknąć wszelkich wątpliwości, czy omyłkowo nie wcisnąłem dwóch dwójek. Do roweru wróciłem 4 sezony temu. Ale do teraz pamiętam to uczucie, gdy solo przejeżdża się linię mety. Z takim bagażem doświadczeń nie mogłem zaprzepaścić tej szansy. Zwycięstwo stało się faktem, co tak uczciwie mówiąc – jeszcze nie do końca do mnie dotarło.

Zaraz za metą uścisnęliśmy sobie ponownie dłonie i pojechaliśmy do bazy zawodów, zjeść posiłek regeneracyjny i poczekać na dekorację.

Jednak Mińsk Mazowiecki słynie też z innej atrakcji; konkursu przejazdu rowerem szosowym po dziesięciometrowej szynie kolejowej. Brałem w tym udział w ubiegłym roku, nie odpuściłem też w tym. A jakie były efekty naszych prób przejeżdżania po wąskiej szynie… o tym już w kolejnym wpisie.

Pełne wyniki wszystkich kategorii na www.ztc.pl