Ostatni etap. Zawsze trochę smutno… Jak przy pracy robionej pod deadline – przydałby się jeszcze chociaż jeden dzień. Pocieszam się tym, że wczoraj na spotkaniu poświęconym Mistrzostwom Świata padła ze strony organizatorów Tour of the Alps deklaracja, że następne edycje się odbędą. Chciałoby się, żeby trwały nieco dłużej.

Startujemy z Rattenbergu. To najmniejsze miasto w Austrii – 400 mieszkańców. Przy okazji – ogłaszam konkurs na propozycje: jakie miasto polskie podobnej wielkości mogłoby udźwignąć taką imprezę? Nie mówię, że żadne. Po prostu, jestem ciekawa propozycji… Pogoda jak drut. Właściwie nawet zbyt ciepło. Ale wiem, że wszyscy są z tego zadowoleni i prognozy nie były tak przychylne więc podchodzę do pani Liny Ioppi i komplementuję ją za świetne zorganizowanie pogody. „Bóg Was lubi” – mówię. Pani Lina patrzy na mnie pobłażliwie. „To mój mąż, Nerino”, mówi. „Razem z Michele. Dbają o nas”. Uśmiecha się. Nerino Ioppi to ojciec założyciel Giro del Trentino, zmarł w 2015, w czasie przygotowań do 39. edycji. Michele Scarponi to – wiadomo…

Przy scenie miejscowa orkiestra dęta w regionalnych strojach. Bardzo pasuje do nastroju całości. Tym bardziej, że jest w niej jeden całkiem nowoczesny element. Czujne oko fotografa dostrzega nietypowy (a może już typowy?) stojak z nutami. Pasuje mi do tego wyścigu. Mały, lokalny, a równocześnie międzynarodowy i coraz bardziej profesjonalny. Przez cały czas zastanawiam się, co zyskuje, a co traci przesuwając punkt ciężkości z wolontariuszy na profesjonalistów. Poza pewnością, że na pewno jest tu i zysk i strata, nie mam jasnej odpowiedzi. Serce, w każdym razie, w wyścigu zostało i bije mocno. Zresztą o mocne bicie serca tu nietrudno. Jak pięknie ujął to zwycięzca, w zeszłym roku nie wygrał wyścigu ale wyjechał z czymś innym. „Zakochałem się w tym regionie, to jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie” – taki komplement dla Trentino w ustach Francuza znaczy szczególnie dużo. A propos zwycięzcy. Jako pierwsza uzupełniłam książkę wyścigu o jego triumf – prawda, że ładnie wygląda?

Pora na powrót do Włoch. Trzeba jeszcze zjeść gelato i wypić caffe. Bo eis i kaffee to jednak zupełnie nie to samo. Wieczorem – piękna niespodzianka. Śpimy w Hotel Sole w Arco – widać, ze miejsce jest przyjazne sportowcom. Na ścianach dużo trofeów kolarskich i wspinaczkowych. Wdaję się w rozmowę z właścicielką, ona zaprasza do obejrzenia całej kolekcji kolarskich pamiątek rozwieszonych na ścianach. „To jest koszulka Mosera z Mistrzostw Świata w San Cristobal” mówi „zobacz, jeszcze wtedy robili te koszulki z wełny”. Chyba muszę jakoś niezbyt mądrze patrzeć, bo Antonietta Tarolli dodaje „Przyjeżdżał do nas trenować przed pobiciem rekordu w jeździe godzinnej”. Wśród rozwieszonych na ścianie koszulek jest znacznie więcej ciekawych okazów. Bo Antonietta i jej mąż Mario gościli bardzo wielu kolarzy w czasach, kiedy nie rozgrywano jeszcze tak wielu wyścigów i trzeba było szukać dobrych tras do treningu. „Nazywali mnie mamma di tutti” śmieje się Antonietta i dodaje: „Wiesz, że Giro del Trentino narodziło się tu, przy tym stole?”. Widać tych stołów było więcej niż jeden albo wyścig rodził się przez jakiś czas. Nie dociekam. I tak podoba mi się, że jest tak zadomowiony w Arco. Żegnam się z gościnną gospodynią, a ona na dobranoc rzuca: „Czekaj, jaki masz numer pokoju? To był ulubiony pokój Mosera”. O matko!

fot. Michał Kapusta / naszosie.pl