Ⓒ Kim Daebong / Velo Paper

Pierwszy kontakt z wyścigiem zapewnia kierowca, który odbiera nas z lotniska. Adolfo, lat 68. Ma trochę kłopotów ze znalezieniem drogi z Bergamo na Linate, GPS jakoś nie bardzo chce z nim współpracować, ale zbiera w końcu całą naszą dziennikarską ekipę: Polaków, Francuza i Koreańczyka i ruszamy w stronę serca trydenckiego wyścigu – Arco.

Nasz kierowca od początku zaznacza, że będzie nam towarzyszył tylko w tej podróży, potem zastąpi go ktoś inny. On będzie miał inne zadanie. „Mój syn, Roberto, jest jednym z dyrektorów tego wyścigu” dodaje. No tak. Kolarstwo to we Włoszech rodzinna sprawa. Giro del Trentino narodziło się przy stole w domu państwa Ioppi. Teraz wyszło już poza włoskie granice, zmieniło nazwę na angielską, korzysta z dwóch spikerów: włoskiego i austriackiego, ale pani Lina Ioppi oczywiście wciąż jest obecna na starcie. Uśmiecham się do myśli o tym, że dyrektor wciągnął swojego tatę do grupy współpracowników i przeznaczył mu jakieś „inne zadanie”.

Znacie takiego kolarza: Moscon?” kontynuuje Adolfo. Oczywiście! Zaczynam opowiadać jak 3 lata temu na Giro del Trentino spotkaliśmy go jako wschodzącą gwiazdę włoskiego kolarstwa, jak widzieliśmy jego powstający właśnie fanklub założony, jakżeby inaczej, przez rodzinę. Siostra z koleżanką sprzedawały legitymacje członkowskie z bardzo niskimi numerami, mama i tata wspierali je z tyłu. Mam fotkę!

„To mój sąsiad” mówi Adolfo. „To ja go prowadziłem jak zaczynał jeździć. Miał wtedy 7 lat. Byłem dyrektorem sportowym jego juniorskiej drużyny. Namawiałem go, żeby się ścigał.”

Adolfo – jak większość „Trentini” nie jest gadatliwy. Mówi niewiele. Po prostu jak ma coś do powiedzenia… Zaczynam się zastanawiać czy to na pewno syn zaprosił tatę do współpracy przy organizacji wyścigu czy może…

Mój syn też się ścigał” rozgadał się w międzyczasie nasz kierowca. „Skończył na kategorii U-23, potem zdecydował się jednak na studia. A ja jeszcze kilka lat temu prowadziłem młodzieżową drużynę Liquigasu.

Kolarstwo to we Włoszech rodzinna sprawa. Nie warto zakładać, że zaczęła się w młodszej generacji.

PS/

A na konferencji prasowej Froome pokazał twarz wojownika. Brał pytania jak wyzwania i rozprawiał się z nimi po swojemu. Podobało mi się to. Za to Aru robił wrażenie grzecznego chłopca. Ale to tylko konferencja. Dziennikarze i alpejskie podjazdy to jednak całkiem inne bajki.