Fot. Ronde van Vlaanderen

Emocje związane z Ronde van Vlaanderen zdecydowanie szybciej odchodzą niż przychodzą. W końcu przygotowania trwają długie tygodnie, a emocji mamy zaledwie kilka godzin. Jest jednak coś, o czym bardzo łatwo zapomnieć – magii wyścigu dookoła Flandrii.

Nie od dziś wiadomo, że każdy z najważniejszych wyścigów w sezonie ma swój niepowtarzalny klimat, historię i niekończącą się opowieść. W szczególności wyścigi narodowe niosą ze sobą coś w rodzaju tożsamości, swoisty ułamek człowieczeństwa. W ten sposób twór umowny, obecnie potwierdzany jedynie podmiotowością prawną, żyje pośród ludzi, którzy są nim bezpośrednio zainteresowani.

Patrząc na Włochów czy Francuzów można wręcz odnieść wrażenie, iż sportowe wydarzenie już wiele lat temu urosło do rangi czegoś wręcz mistycznego. Wyścigi stały się w ten sposób porównywalnie ważne do hymnu narodowego, barw czy godła. Nie inaczej jest w przypadku Flandrii. Choć co prawda północna i wschodnia część Belgii nie jest niepodległym krajem (mimo, że się o to starała), De Ronde stało się prawdziwym symbolem państwowości, czymś wyróżniającym Flamandów w krajach Beneluxu.

Będąc na De Ronde można zauważyć wiele pozasportowych czynników, które tworzą to wydarzenie czymś więcej niż tylko rywalizacją dwustu kolarzy o to kto najszybciej przejedzie określoną trasę. W szczególności istotne jest tu zachowanie lokalnej społeczności, która przez wielu jest widziana jedynie jako ogromny tłum dopingujący zawodników przy trasie. Wszystko ma jednak nieco głębszy sens.

Fot. Ronde van Vlaanderen

Patrząc na zachowanie poszczególnych osób, ich podejście do sprawy, rozumienie De Ronde, należy przyznać, że wyścig dookoła Flandrii stał się dla Flamandów czymś w rodzaju ostatniego bastionu odrębności. Od samego rana, w tę jedyną w roku niedzielę, wszystkie miasta szykują się do prawdziwego święta. W Antwerpii tysiące osób od rana oglądają prezentację zespołów i czekają na starcie. W Oudenaarde praktycznie cała lokalna społeczność przygotowuje własne „fanzony”, które i tak będą naszpikowane „braćmi krwi”. W Zottegem, Geraardsbergen czy Aalst, tłumy ludzi dbają o to, by miasto było odpowiednio przygotowane do przyjęcia kolorowego peletonu. Ich peletonu.

Dla nas, osób patrzących z boku, zdecydowanie najważniejsze w całej imprezie są Hellingen. Mityczne wręcz wzniesienia, obiekty westchnień wielu fanów czy młodych marzycieli, odbiegających myślami do bogatej przyszłości. Patrząc jednak zupełnie trzeźwo, są to boczne, wiejskie dróżki, które głównie dzięki kibicom i przez lata budowanej renomie, urosły do miana legend. Czy wyobrażają sobie Państwo, by rolnicza ścieżka, wyremontowana przez lokalnego sołtysa, stała się w Polsce powszechnie znana? Niebywałe, prawda?

Na chwilę powróćmy jeszcze do kibiców. Przez dobrych kilka godzin zastanawiałem się, jak odpowiednio ich porównać. Najlepszą opcją wydają się być brytyjscy kibice piłki nożnej, którzy zapełniają wielkie stadiony podczas każdej ligowej kolejki. Dla Flamandów, De Ronde jest swoistym finałem Ligi Mistrzów, rozgrywanym na Wembley, w którym stają naprzeciwko siebie zespoły Liverpoolu i Manchesteru United. To właśnie ten jeden, jedyny dzień w roku, kiedy nie obchodzi ich praca, dom, kredyty czy rachunki. Są tylko oni, kolarze, hellingen, jasny Jupiler, ciemny Kwaremont, kilka papierosów, chóralne śpiewy i świeże, flamandzkie powietrze. Takiej miłości do własnego wyścigu powinniśmy się uczyć.

Bez wątpienia Ronde van Vlaanderen jest więcej niż tylko wyścigiem. To symbol, hymn, bóstwo. I niech tak pozostanie.

Z Antwerpii – Dawid Gruntkowski