Giro d'Italia 2017 / RCS Sport

Kolejny, którego niełatwo rozgryźć. Człowiek-enigma. Absolutnie nieprzewidywalny, nie tylko z perspektywy rywali, ale również – a może przede wszystkim – ekipy, w barwach której aktualnie się ściga. Niepokorny król gór, który nie tylko stylem, ale również sylwetką przypomina mistrzów minionych dekad, samotnie zdobywając kolejne przełęcze w śniegu, deszczu czy upale. Choć dostarczył nam w tym sezonie mnóstwa rozrywki udowadniając, że nawet w Team Sky nie wszystko jest pod kontrolą, sam w istocie jest bohaterem tragicznym. A teraz dowiaduje się, że na jego barkach ma spoczywać przyszłość hiszpańskiego kolarstwa. Oto Mikel Landa, więzień z Kraju Basków.

Opowieść o kolarskiej karierze 27-letniego Baska to jak dotąd opowieść o tym wszystkim, co mogłoby i powinno było się wydarzyć. O nieodżałowanym Euskaltelu, który talent Landy z dużym prawdopodobieństwem mógł utrzymać przy życiu, gdyby tylko były mu dane jeszcze dwa lata. O Giro d’Italia 2015, które – choć nie był wówczas na to gotowy – wysoko w Alpach było w jego rękach, póki drużyna nie zadecydowała inaczej. Wreszcie o szeregu decyzji, które z perspektywy czasu wydają się po prostu głupie, jednak znacznie trudniej jest je postrzegać w skali zero-jedynkowej wiedząc, jakim sprytem Bask wykazuje się na nieco innym gruncie.

I podczas gdy podsumowanie sezonu jak dotąd było w tym cyklu wyłącznie pretekstem umożliwiającym odmalowanie pogłębionych portretów jego bohaterów, w przypadku Landy konieczne wydaje się zdecydowane przesunięcie akcentów w kierunku jego rozwoju jako zawodnika. Choć początkowo nie miał takich intencji, swoją barwną osobowością 27-latek dostarczył nam w tym roku mnóstwa rozrywki – najpierw rozprowadzając w dwójkowych pojedynkach własnych rywali, nieco później konsekwentnie gubiąc swojego lidera w decydujących fazach górskich etapów, by zapoczątkować ruch na rzecz własnego uwolnienia i przypomnieć, że tendencje separatystyczne nie przestały się burzyć w baskijskich żyłach.

Cała ta tragikomedia zepchnęła na drugi plan aspekt być może najważniejszy i trudno było dostrzec, jak bardzo w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Landa dojrzał jako kolarz, z najskuteczniejszego w peletonie łowcy królewskich etapów przeobrażając się w znacznie wszechstronniejszego pretendenta do korony w wielkich tourach. Dalej należy po nim oczekiwać nieoczekiwanego, jednak jak nigdy wcześniej, jest gotowy być liderem w nieco większych imprezach niż Vuelta a Burgos.

Treck

Jest w jego kolarstwie coś anachronicznego, jednak nie sprowadza się to wyłącznie do agresywnego stylu rozgrywania górskich etapów, ale podejścia do rywalizacji na rowerze w ogóle. Landa sezon zaczyna tak późno, jak tylko umożliwia to opracowany wcześniej kalendarz startów – albo jeszcze później – i bardzo niespiesznie buduje formę na największe imprezy.

Nie inaczej było w tym roku, którego pierwszym punktem kulminacyjnym miała być rola lidera Team Sky w Giro d’Italia, współdzielona z Geraintem Thomasem. Domyślić się, co Mikel myślał na temat takiego układu nie było szczególnie trudno, jednak by nie pozostawiać żadnych wątpliwości, sam jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu podkreślał, że w przypadku zaistnienia okoliczności analogicznych do tych sprzed dwóch lat, „nie zamierza na nikogo czekać”.

Choć przyzwyczaił nas już do rozpoczynania swojego sezonu pod koniec marca, tym razem, brutalnie wyrwany z zimowego snu, na linii startu stanął już w połowie lutego w Ruta Del Sol. I nie wystarczy powiedzieć, że w Andaluzji się pojawił, bo jak na powrót do rywalizacji po długiej przerwie odnotował bardzo przyzwoity występ, ostatecznie zajmując 6. miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu. Było zdecydowanie zbyt wcześnie, by wieścić początek wielkiej przemiany, jednak wysoka forma prezentowana podczas górskich potyczek i nie przyprawiająca o ból zębów jazda na czas w tak wczesnej fazie sezonu wskazywały na nową jakość.

Nieco lepiej we wcześniej wypracowany schemat wpisywały się występy Baska w kolejnych imprezach, gdzie co prawda z rzadka zachwycał przebłyskami swojego kosmicznego potencjału w zakresie wspinaczki na rowerze, znacznie częściej jednak ustępując pola pozostałym liderom brytyjskiej ekipy – Geraintowi Thomasowi w Tirreno-Adriatico i Chrisowi Froome’owi w Volta a Catalunya.

Jeszcze raz pozwolił się zepchnąć na drugi plan, pomagając Walijczykowi w odniesieniu zwycięstwa w bliskim jego sercu Tour of the Alps (Giro del Trentino), choć z perspektywy czasu ten wyścig Mikel zapamięta nie jako jeszcze jeden przykład wykorzystywania jego talentu na użytek innych, ale pożegnanie z przyjacielem…

Marek Bala / naszosie.pl

W cieniu dramatu, który dotknął go w wymiarze osobistym, Landa rozpoczął swoją wątpliwą kooperację z Thomasem na ziemi włoskiej. Z perspektywy drużyny, która od lat nie jest w stanie dowieźć do linii mety ostatniego etapu wielkiego touru żadnego lidera, który nie nazywa się Chris Froome, strategia połączenia sił wszechstronnego, ale bardzo zawodnego Walijczyka z nieprzewidywalnym Baskiem wydawała się słuszna.

Niestety, jeszcze raz okazało się, że Giro d’Italia zawsze znajdzie na nich sposób. 9. etap z metą na Blockhausie miał być pierwszą poważną próbą w górach, jednak skandaliczna kraksa u jego podnóża zakończyła marzenia liderów brytyjskiej ekipy o wysokim miejscu w klasyfikacji generalnej wyścigu, a Thomasa zmusiła do wycofania się z imprezy.

Być może będzie to niepopularna opinia, jednak wydaje się, że choć ten wypadek bezdyskusyjnie nigdy nie powinien mieć miejsca, w sferze mentalnej ocalił on Landę. Cały czas zagubiony po stracie Michele Scarponiego, Mikel zrzucił ze swoich barków presję i mógł na jakiś czas przynajmniej częściowo odciąć się od wydarzeń na trasie, by znaleźć wewnętrzną równowagę.

W ten sposób wkroczył w ostatni tydzień rozgrywania Giro, z parą zdecydowanie najsilniejszych nóg i mocnym postanowieniem odniesienia etapowego zwycięstwa. Wówczas również po raz pierwszy zaznaczył swoje pretensje do tytułu naczelnego komedianta minionego sezonu, o ile bowiem jego zdolność do wygrywania najbardziej epickich z epickich górskich odcinków była doskonale znana, brakiem umiejętności taktycznych w zakresie rozgrywania dwójkowych sprintów zapukał w dno od spodu.

Przy odrobinie dobrej woli da się jeszcze Baska wybronić z przegranego pojedynku z Vincenzo Nibalim w Bormio. Błąd co prawda popełnił karygodny, jednak nie on pierwszy został skutecznie wymanewrowany przez cwanego Rekina z Mesyny.

Ale przegrać sprint z Tejay’em van Garderenem? Tym TEJAY’EM VAN GARDERENEM, który sam nigdy nigdzie niczego nie wygrywa? Żeby to osiągnąć, trzeba samodzielnie go rozprowadzić, co też 27-latek usłużnie uczynił.

Raz powziąwszy decyzję imponował jednak nie tylko formą, ale również niezłomnością charakteru i nie zamierzał się poddać. Wyciągnąwszy stosowne wnioski, jeszcze przez rozpoczęciem etapu z metą na Piancavallo wiedział, że tym razem dotrze na szczyt wzniesienia sam. I dotarł, z niewielką pomocą z góry…

Tym samym przypieczętował swoje zwycięstwo w klasyfikacji górskiej wyścigu i uratował dla Team Sky to, co jeszcze w tegorocznym Giro d’Italia było do uratowania.

W ciągu minionego miesiąca przeżywałem trudne chwile. Także tutaj, po dobrym starcie byliśmy zamieszani w tę kraksę i cały plan musieliśmy ułożyć od nowa,

– powiedział po zakończeniu etapu.

Miałem pomocnika z drużyny w odjeździe, co okazało się kluczowe dla tego zwycięstwa. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny. Może nie tego na początku oczekiwaliśmy, ale uważam to za powód do dumy,

– ocenił zwycięstwo w klasyfikacji górskiej.

Jeśli jednak komuś mogłoby się wydawać, że nagrodą za heroiczną walkę podczas ostatniego tygodnia rozgrywania włoskiego wielkiego touru powinna być rola lidera we Vuelcie, los i Team Sky miały wobec 27-letniego Baska zgoła inne plany.

Giro d’Italia / RCS Sport

Brytyjska ekipa co prawda jakiś czas zastanawiała się, czy Landa nie będzie zbyt zmęczony, by zajmować cenne miejsce w autokarze Sky podczas Wielkiej Pętli, jednak po szeregu kalkulacji i jego występie w Criterium du Dauphine wydali pozytywną decyzję. I nie pomylili się, bowiem Mikel nie tylko niejednokrotnie wydawał się najsilniejszym góralem całego wyścigu, ale swoim dość elastycznym podejściem do roli kluczowego pomocnika Chrisa Froome’a zbudował główną intrygę i dostarczył emocji, których inaczej byśmy nie zaznali.

Wszystko zaczęło się od tego etapu z metą na ściance w Peyragudes, podczas którego miało wydarzyć się niewiele, więc wydarzyło się wszystko. Kiedy kolejni całkiem przyzwoici górale strzelali niczym fajerwerki w Nowy Rok, Landa – samodzielnie dokonując tej selekcji – stopniem wyluzowania dorównywał hipsterowi niespiesznie pedałującemu do piekarni po bezglutenowe croissainty. Ostatecznie tak się rozpędził, że zgubił swojego własnego lidera, a Sky w pierwszym odruchu próbowało zamieść sprawę pod dywan, zasłaniając się niestandardowymi rozwiązaniami taktycznymi (bo przecież Sky chętnie oddaje rywalom koszulki liderów). Domorośli reporterzy byli jednak czujni.

Sam 27-latek z typową dla siebie szczerością przyznał natomiast, że Froome’owi i tak nie można było pomóc. No to pojechał. Na szczęście jeszcze tego samego dnia panowie wszystko sobie wyjaśnili.

Rozgrywka w Pirenejach wywołała jednak napięcie i ciche oczekiwanie momentu, w którym niepokorny Bask zerwie się ze smyczy. Szczęściu postanowił dopomóc sam świat związanych z kolarstwem mediów społecznościowych, co dało początek rosnącemu w siłę ruchu na rzecz uwolnienia Mikela (#freelanda).

On sam sprawiedliwości się jednak nie doczekał, do końca realizując założenia taktyczne drużyny i tym samym kończąc Wielką Pętlę zaledwie jedną sekundę od miejsca na podium. I kiedy wszyscy koncentrowali się na związanych z tą sytuacją emocjach i ewentualnych ruchach transferowych, paradoksalnie gdzieś między wierszami umknęła obserwacja na temat kolarza, którym ostatniego lata stał się Mikel Landa. Kolarza, który przestał miewać wyraźnie gorsze dni, przestał być mentalnie nieobecny i nie potrzebował mitycznych przełęczy, by dowieść swojej wyższości. Kolarza, który zamiast niezbyt skutecznie minimalizować straty, zyskiwał przewagę w jeździe indywidualnej na czas, stając się zawodnikiem znacznie wszechstronniejszym niż niemal wszystkie owoce baskijskiej ziemi.

On sam dopiero po wielu tygodniach przyznał, że okoliczności, w jakich przegrał podium Wielkiej Pętli dotknęły go bardziej, niż początkowo przypuszczał. Nawet znając od wewnątrz mechanizmy funkcjonowania brytyjskiej drużyny cały czas wierzył, że jego poświęcenie zostanie jakoś wynagrodzone. Jakkolwiek.

Zawsze starałem się dać z siebie wszystko na rzecz moich liderów i pozostałych zawodników z drużyny. I czasami masz nadzieję, że dostaniesz coś w zamian. Żadna sytuacja nie jest identyczna. Podczas wspinaczki na Izoard mogłem odpuścić kiedy zostałem doścignięty, mogłem usiąść na czyimś kole i wówczas nie straciłbym tych 12 sekund. Zamiast tego pozostałem na czele i dalej nadawałem tempo, tak jak chciał Froome, choć nie był tego dnia w najlepszej formie. Powtarzał, żebym jechał wolniej i wolnej. Zdenerwowałem się tego dnia, ponieważ drużyna absolutnie niczego nie zyskała na moim poświęceniu. Ani przez moment swoimi działaniami nie zagroziłem zwycięstwu Froome’a w Wielkiej Pętli, a poświęcenie wszystkiego bez otrzymania czegokolwiek w zamian, poświęcenie wszystkich moich aspiracji, to boli. To naprawdę mnie boli,

– Bask wyjawił w wywiadzie udzielonym Cycling Tips.

Wówczas stało się jasne, że został przekroczony point of no return, nawet gdyby brytyjska drużyna złożyła u jego stóp piętnaście kolejnych edycji Vuelta a Burgos. Przejście Landy do Movistaru tak czy inaczej było jedynie kwestią czasu, a Eusebio Unzue sfinalizował je dokładnie momencie, kiedy 27-latek fizycznie i psychicznie dorósł do roli lidera na największe wyścigi etapowe kolarskiego kalendarza. I chociaż nawet sprytny hiszpański menedżer nie był w stanie zapobiec infantylnym potyczkom słownym zainaugurowanym przez Nairo Quintanę, wydaje się on dysponować dostatecznym doświadczeniem, by załagodzić ewentualne spory i pogodzić sprzeczne interesy.

Czego natomiast chce sam Mikel? Jednej szansy.

Nie chcę ponownie znaleźć się w takiej sytuacji, to takie frustrujące. Tak samo jak nie odczuwam potrzeby bycia zapamiętanym jako zwycięzca tego czy innego wyścigu, nie chcę zostać zapamiętany jako ten, który mógłby, ale nim nie został – ten, który miał nogę, by wygrać Giro albo Tour, ale tego nie dokonał. Chciałbym wygrać jeden z tych wyścigów, albo chociaż spróbować, i jeśli zaowocuje to porażką lub sukcesem, niech to będzie wyłącznie moja własna wina lub zasługa.

Landa askatu!