fot. ASO

O kolarskiej kulturze mówi się od wielu, wielu lat. Według jednych zanika, według drugich młodzi kolarze coraz bardziej zaczynają ją rozumieć. Zdecydowana większość kibiców trzyma jednak stronę najstarszych kolarzy, takich jak Alberto Contador, uważając, że są oni ostatnimi wyzwawcami szosowego savoir – vivre’u. Czy tak faktycznie jest?

Zdaje sobie sprawę, że leadem postawiłem już dość mocną tezę. Ma to jednak swoje podłoże. Jako „fanboy” braci Schleck do końca życia zapamiętam Contadorowi to, co zrobił na Port de Bales. Drodzy Państwo, przechodzimy do Tour de France 2010.

Po upływie kolejnych lat i zmianach w peletonie, niechęć kibiców Luksemburczyków do „El Pistolero” zanikła, o czym kilkukrotnie pisałem. Tym samym, spoglądając na Wielką Pętlę sprzed 7 lat, nie dostrzegają już sporego „skandalu obyczajowego”, a widzą jedynie kapitalny wyścig, jeden z najlepszych we Francji w ciągu ostatnich lat.

Już przed rozpoczęciem imprezy, wielu specjalistów zapowiadało kapitalną walkę pomiędzy braćmi Schleck, a Alberto Contadorem. Zdecydowanie mniej mówiło się o Armstrongu, Samuelu Sanchezie, Purito Rodriguezie czy Cadelu Evansie (który miał za sobą ciężkie Giro). Jak się okazało, nie były to nietrafione analizy.

Zabawa zaczęła się już na pierwszych etapach. Wyjątkowo ważny był jednak odcinek do Arenbergu, gdzie młodszy z braci Schleck, prowadzony przez Fabiana Cancellarę, zdołał zyskać ponad minutę nad najgroźniejszym rywalem. Jednocześnie starszy z luksemburskiego duetu Frank, zanotował bardzo nieprzyjemny upadek na jednej z brukowanych sekcji, kończąc rywalizację w wyścigu. Dzięki temu mieliśmy później przyjemność oglądać najsilniejszego Andy’ego Schlecka w karierze.

Kiedy stało się jasne, że Contador nie będzie miał tak łatwo, jak rok temu? W Morzine-Avoriaz. To właśnie podczas pierwszego, prawdziwie trudnego etapu, po raz pierwszy od dłuższego czasu, El Pistolero musiał uznać wyższość rywala w bezpośredniej walce. Zarówno Schleck, jak i Samu Sanchez wyglądali za to świeżo i potężnie. Pierwszy górski etap dał do myślenia naprawdę wszystkim. Skończyło się na 10 sekundach na rzecz Luksemburczyka.

Odcinek nr 8 nie powiedział jeszcze wszystkiego. Faworyci ukoczyli go bowiem bardzo blisko siebie, dzięki czemu zdecydowana większość liderów wciąż miała szanse na walkę o zwycięstwo w całej imprezie. Dzień później się to zmieniło.

Pierwszy etap po dniu przerwy prowadził z Morzine do Saint-Jean-de-Maurienne. W samej końcówce organizatorzy usytuowali legendarny podjazd pod Col de la Madeleine, co miało zapewnić walkę najmocniejszych kolarzy w stawce. Podczas trwania etapu wydawało się jednak, że będzie to idealny dzień dla uciekinierów. Wydawało się.

To, co na ostatnim podjeździe z rywalami zrobili Schleck i Contador powinno przejść do historii. Obaj nie tylko zdołali wspólnie odjechać, ale także doszli ucieczkę i „dołożyli” największym rywalom ponad 2 minuty (wyjątkiem był Samuel Sanchez, który dojechał do mety 55 sekund za najmocniejszymi). Wówczas stało się jasne kto jest najmocniejszy. Na podium, koszulkę lidera ubrał młodszy z duetu.

Kolejny pojedynek największych miał miejsce trzy dni później w Mende. Przeprawa przez Masyw Centralny, zwracając uwagę na dynamikę Andy’ego Schlecka, miała raczej odpowiadać właśnie jemu. Góra Jalaberta, na której konczył się etap, miała jednak inne zdanie. Po bardzo emocjonującym przeciąganiu liny, lepszy okazał się Contador, który… odrobił 10 sekund stracone w Morzine. W górach obaj byli więc „na zero”.

Dwa dni później peleton wjechał w Pireneje. Zabawę otworzył etap do Ax-3-Domains, poprzedzony wspinaczką pod Port de Pailheres. Prawdziwa walka zaczęła się dopiero na finałowym podjeździe. Kiedy Christophe Riblon pewnie zmierzał po etapowe zwycięstwo, za jego plecami faworyci rozgrywali kapitalną rozgrywkę szachów. Co prawda Sanchez, Purito Rodriguez, Gesink czy Menchov nie mieli nic przeciwko, by podkręcać tempo, to Schleck z Contadorem nie byli zupełnie zainteresowani gonieniem kogokolwiek innego. Efekt? Kilka kolarskich stójek, niewielka strata i świetne show.

Dzień później doszło do legendarnego już zdarzenia na jednym z zakrętów podjazdu pod Port de Bales. Ponownie, kiedy z przodu jechała ucieczka, najwięksi tego wyścigu rozpoczęli własną grę. Andy Schleck, przed etapem wiedział, że musi nadrobić jeszcze co najmniej kilkadziesiąt sekund, by obronić żółtą koszulkę podczas czasówki w Bordeaux. Mając tego świadomość, Luksemburczyk starał się atakować. Niestety dla niego, w najważniejszym momencie spadł mu łańcuch, to skrzętnie wykorzystał najgroźniejszy rywal.  O tym, czy było to zachowanie godne wiekiego mistrza pisać nie będę – powiedziano wystarczająco wiele. Pewne jest jednak, że ten moment już na zawsze zostanie w kolarskiej historii. Na mecie, El Pistolero zameldował się 39 sekund przed Schleckiem, przejmując koszulkę lidera.

Po kapitalnym wyścigu, ostatnią szansą dla Schlecka był etap kończący się na Col du Tourmalet. Tego, że będzie on próbował zgubić lidera wyścigu, pewny był praktycznie każdy. Nikt jednak nie wiedział, kiedy to nastąpi. Ostatecznie, ostatni pojedynek w górach rozpoczął się 10 kilometrów przed szczytem. Mimo szczerych chęci i wielu głębokich spojrzeń w oczy Contadora, Luksemburczyk nie zdołał odrobić ani sekundy, kończąc kapitalną walkę w górach ze stratą.

Wszystko zakończyło się długą, płaską czasówką, przed którą Contador był wielkim faworytem. Co prawda na samym początku jego główny rywal starał się za wszelką cenę wykręcić lepszy czas, lecz ostatecznie to „el pistolero” okazał się lepszy. W klasyfikacji generalnej obu zawodników dzieliło 39 sekund… 39 sekund, które dzieliło obu mistrzów na etapie do Bagneres-de-Luchon.