fot. AP

Po krótkim przypomnieniu La Corsa Rosa, przyszedł czas na drobną analizę połączoną ze wspomnieniami z Tour de France 2009. Z pewnością najwięcej kibiców na trasę przyciągnął wracający do Francji Lance Armstrong, który miał ponownie zdobyć żółtą koszulkę. Na jego drodze stanął jednak kolega z drużyny.

Le Tour 2009 był wyścigiem wielkich powrotów. Na trasy Grande Boucle wrócili tacy kolarze jak Armstrong czy Contador, których zadaniem było pokonać tych, którzy sezon wcześniej walczyli o zwycięstwo w wyścigu. Nie miało to być jednak zbyt trudne. W końcu Carlos Sastre odczuwał jeszcze trudy Giro, Frank Schleck miał pomagać bratu, a Cadel Evans wydawał się nie być w wielkiej formie. Jak się później okazało, przedwyścigowe spekulacje niewiele minęły się z prawdą.

Od samego początku, na głównego faworyta do odniesienia końcowego triumfu wyrastał Alberto Contador. „El Pistolero” prezentował się świetnie już podczas otwierającej wyścig czasówki, co zapowiadało jego dominację.

Wyścig układał się jednak dość… specyficznie. Pierwszy i drugi tydzień były powiem bardzo spokojne. Jedynie niektórzy liderzy poszczególnych ekip, nie będący w życiowej formie, tracili kolejne minuty na górskich etapach, żegnając się z szansami na walkę w klasyfikacji generalnej. Jednocześnie swoje pięć minut zaliczyli tacy kolarze jak Rinaldo Noccentini (kilka dni w koszulce lidera) czy Brice Feillu (zwycięstwo w Arcalis).

Choć prawdziwa walka zaczęła się dopiero w Verbier, zatrzymamy się na chwilę w Wogezach. 13. etap, będący kolejną szansą dla uciekinierów, był jednym z piękniejszych (zarówno jeśli chodzi o walkę, jak i mglistą pogodę) w tym pasmie górskim. Najprzyjemniejsze wspomnienia łączą się jednak z ostatnimi metrami etapu, kiedy to Heinrich Haussler zrozumiał, iż był tego dnia najlepszy. Jego szczere łzy w Colmar do dziś przypominają o co chodzi w kolarstwie.

Pagórkowaty etap we wschodniej Francji był też istotny ze względu na coraz mocniejszą eskalację konfliktu wewnętrznego w ekipie Astany. Kazachski zespół, w skład którego wchodzili Contador i Armstrong, był bardzo mocno podzielony. Obaj liderzy mogli liczyć na pomoc swoich trzech bliskich pomocników, jednocześnie wykluczając jakiekolwiek wsparcie od tych z drugiej strony barykady. Jedynie Gregory Rast, jak na Szwajcara przystało, był w tym wszystkim neutralny.

Prawdziwa walka zaczęła się dopiero na etapie do Verbier. Alpejska końcówka wyścigu nie pozostawiła jednak złudzeń kto był wówczas najmocniejszy. Ba, już na podjeździe do szwajcarskiej stacji narciarskiej stało się jasne, że „wielki” Lance Armstrong będzie w stanie jedynie powalczyć o podium w całym wyścigu.

Szczególnie symboliczny, także ze względu na kolejne edycje Wielkiej Pętli, był etap do Le Grand Bornard, którego trasa praktycznie pokrywa się z tą, która czeka kolarzy w przyszłym sezonie. Usytuowanie w końcówce Col de Romme i Col de la Colombier było wówczas prawdziwym strzałem w „10”. Prawdziwie ciężkie chwile przeżywał tam Armstrong, który miał wyraźne problemy z utrzymaniem tempa swojego „kolegi z drużyny” oraz dwóch braci Schlek. Właśnie wtedy, szczególnie młodszy z Luksemburczyków udowodnił, iż już za rok może być głownym rywalem „El Pistolero”. Jak było, każdy pamięta.

Ostatecznie, w sezonie 2009, zdecydowanie najlepszy okazał się Contador, umacniając swoją pozycję w peletonie. Podium uzupełnili za to Andy Schleck i Lance Armstrong. Jak jednak wiadomo, Lord Voldemort światowego kolarstwa został później pozbawiony również tego wyniku.

Po więcej szczegółów dotyczących Tour de France 2009 zapraszamy tutaj.