fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Najpierw były błysk w oku i wiele mówiący, zawadiacki uśmiech. Wyniki sportowe przyszły znacznie później, kiedy już nikt, łącznie z samym zainteresowanym, się ich nie spodziewał. Jest nam w pewien sposób bliski, ponieważ w przeciwieństwie do wielu herosów sportowych aren udowadnia, że to marzenie, choć wielkie, jest na wyciągnięcie ręki. I jednocześnie nie jest jednym z nas, ponieważ nie zawahał się kiedy przyszło do podjęcia tej jednej decyzji, która miała odmienić całe jego życie. Jego upadki były w tym roku znacznie bardziej spektakularne od wzlotów, co nie przeszkodziło mu zostać jedną z najjaśniejszych gwiazd wiosennej kampanii i niekoronowanym królem Belgii. Oto chłopak z sąsiedztwa, który rzucił wszystko, by zostać zawodowym kolarzem. Marzyciel z Ostendy, Oliver Naesen.

Wszyscy znamy tę historię. Mam na myśli trwające lata poszukiwanie własnej drogi i podnoszenie się po kolejnych porażkach z mocnym postanowieniem wyciągnięcia wniosków z własnych błędów, zazwyczaj owocujące popełnieniem serii kolejnych. Nie inaczej było w przypadku 27-latka z Ostendy, który nie tylko nie zapowiadał się na przyszłego władcę brukowanych hellingen, ale też nie wydawał się szczególnie perspektywiczny w kontekście jakiejkolwiek innego obszaru ludzkiej działalności.

Jeździł na rowerze, jak wielu urodzonych w Belgii rówieśników, jednak za czasów juniorskich nikt nie stawiał na niego złamanego grosza. Studentem też nie był wybitnym, dlatego karierę uniwersytecką zakończył już na trzecim roku, by zacząć zarabiać „rozwożąc różne gówna” samochodem dostawczym i jednocześnie ścigać się w barwach belgijskiej ekipy poziomu kontynentalnego. Szybko jednak zorientował się, że nie tak miało wyglądać jego życie. A ponieważ z natury jest raczej nieustraszony, postawił wszystko na jedną kartę i postanowił napisać swoją historię od nowa.

Chociaż podobnie jak większość swoich rodaków pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał z trudniącą się szlifowaniem belgijskich diamentów ekipą Topsport Vlaanderen-Baloise, jego droga do zawodowego peletonu należała do krętych i wyboistych. Wystarczy powiedzieć, że debiutując w gronie zawodowców miał już ukończone 24 lata – a więc rozpoczynał swoją przygodę w wieku, w którym większość zawodników tego typu wylęgarnie młodych talentów opuszcza, a na jego résumé składały się nieudana kariera juniorska, uniwersytecka i mało satysfakcjonująca praca w charakterze kierowcy samochodu dostawczego. 

„Nigdy nie myślałem o kolarstwie w profesjonalnym wydaniu jako opcji, która byłaby w moim zasięgu,”

Treck

– powiedział w wywiadzie udzielonym Cyclingnews Naesen dodając, że jako junior nie był wart złamanego grosza.

„Nie byłem najlepszym studentem. Przeszedłem małe załamanie psychiczne, wskutek którego zakończyłem edukację i zacząłem pracować. Jeździłem samochodem dostawczym i rozwoziłem różne gówna. Po roku nagle uderzyła mnie myśl, ‚k***a, nie tak miało wyglądać moje życie’,”

– wyjaśnił nagły zwrot 27-latek.

„Podpisałem pierwszy profesjonalny kontrakt w wieku 24 lat, widziałem w życiu trochę więcej, niż 19-letni debiutant. Niewiele jest rzeczy, które mnie przerażają.”

Doszło więc do małej rewolucji, a wyniki uzyskiwane w kolejnych wyścigach zaczęły stopniowo się poprawiać. Zwróciło to uwagę najpierw Lotto Soudal, w którym Naesen odbył staż, a następnie Topsport Vlaanderen i IAM Cycling. Chociaż rozwiązanie ostatniej z wymienionych ekip zmusiło go do poszukiwania drużyny po raz trzeci w ciągu zaledwie trzech lat, po obiecujących występach w wiosennych klasykach zainteresowane podpisaniem kontraktu z pochodzącym z Ostendy kolarzem były największe ekipy WorldTouru.

Drużyna Lotto Soudal wydawała się w tym kontekście oczywistym wyborem, jednak zamiast udzielić Naesenowi jednoznacznej odpowiedzi nieustannie odsyłała go z kwitkiem, co pchnęło go w początkowo zaskakującym kierunku. Jej włodarze nie mogli wówczas wiedzieć, że zaledwie rok później w akcie pokuty i desperacji podpiszą kontrakt z jego młodszym bratem, sam Oliver natomiast stanie się nie tylko największym odkryciem minionej kampanii wiosennych klasyków, ale również symbolem sukcesu Vincenta Lavenu, budującego imponująco silną ekipę bez podpisywania opiewających na przyprawiające o zawrót głowy sumy cyrografów.

Tak zatem 27-latek, przynajmniej w perspektywie najbliższych dwóch lat, zdecydował się być dużą rybą w relatywnie małym stawie.

„Ag2r było naprawdę zdeterminowane, by podpisać ze mną kontrakt. To zupełnie inne uczucie kiedy wiesz, że drużynie na tobie zależy, zamiast słyszeć ‚może porozmawiamy po zakończeniu Tour de France, bla bla bla’. To ogromna różnica.”

„Kiedy przeglądałem listę ekip WorldTouru, niewiele było takich, które nie posiadałyby lidera na wyścigi klasyczne. Ag2r było jedną z nich, A ponieważ byli tak zdeterminowani by podpisać ze mną kontrakt, zrobiliśmy to jeszcze przez rozpoczęciem Wielkiej Pętli.”

„W Quick-Stepie czy BMC zajęcie 5. miejsca, które z perspektywy mojej i Stijna [Vandenbergha] byłoby we Flandrii dobrym wynikiem, byłoby uznane za porażkę. W drużynie kalibru Ag2r miejsca w czołowej piątce czy nawet dziesiątce największych klasyków są realistycznie stawianym celem. Stijn i ja jesteśmy w stanie osiągać takie rezultaty,”

– powiedział w listopadzie zeszłego roku Naesen, i jak dotąd dotrzymuje słowa.

Karierę w nieszczególnie twarzowych barwach ekipy AG2R Belg zaczął od odnotowania obiecujących miejsc w pierwszej dziesiątce wyścigów Omloop Het Nieuwsblad, Kuurne-Bruxelles-Kuurne i Dwars door Vlaanderen, jednak dopiero występem w E3 Harelbeke potwierdził, że jest gotowy już tu i teraz wznieść się na wyższy poziom i stać się jedną z pierwszoplanowych postaci rozgrywanych na brukach batalii.

W uznawanym za decydujący sprawdzian przed De Ronde klasyku, Naesen, Philippe Gilbert i Greg Avermaet byli klasą dla siebie samych, a ponieważ będąc jego partnerem treningowym 27-latek doskonale zdawał sobie sprawę, że tego ostatniego nie pokona w sprincie, postanowił wyprzedzić ruchy rywali. I chociaż jego plan ostatecznie spalił na panewce, można mieć pewność, że jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji 3. miejsce w E3 wziąłby w ciemno, a dzięki nieco zaskakującemu manewrowi miał dodatkowo dość czasu by udowodnić, że mimo naturalnego drygu do ciętej riposty jest gościem z klasą…

Record Bank E3 Harelbeke 2017 / Tim De Waele / Quick-Step Floors

Wydawało się zatem, że szczyt formy przyszedł w idealnym momencie, a Oliver wraz z Van Avermaetem, Gilbertem i Peterem Saganem rozegrają między sobą walkę o tytuł króla Flandrii i Roubaix. W wywiadzie poprzedzającym wyścigi zawodnik z Ostendy przyznał co prawda, że Ronde van Vlaanderen z oczywistych przyczyn jest bliższe jego sercu, ale Paris-Roubaix zdaje się lepiej odpowiadać jego predyspozycjom. Piekło? Jakie piekło?

„Każdy po ukończeniu Roubaix powtarza, że jest wypompowany, całkowicie wykończony, ale ja nigdy nie miałem podobnych odczuć.”

„Po Amstel [Gold Race] i innych wyścigach jestem naprawdę wykończony. Flandria – wolę ją, ponieważ jest rozgrywana w moich rodzinnych stronach, jednak jest dla mnie trudniejszym wyścigiem. Ostatnie Roubaix ukończyłem na 13. miejscu i byłem tym wynikiem nieusatysfakcjonowany, podczas gdy po ukończeniu Flandrii na 22. pozycji miałem pusty bak. To dziwne, jednak wydaje mi się, że Roubaix naprawdę mi odpowiada.”

„Mam wrażenie, że udało mi się przeskoczyć o poziom wyżej. Na początku sezonu jedynie marzyłem, by go osiągnąć. Jestem gotowy na Ronde van Vlaanderen, znam te drogi na pamięć i dysponuję świetną formą. To będzie długi dzień, ponad sześć godzin na rowerze, a nieustająca walka o pozycję będzie trwała do samego końca.”

I co do swojej dyspozycji rzeczywiście się nie mylił. Jak jednak wszyscy doskonale wiemy, karty w brukowanych monumentach rozdają wyjątkowo kapryśni bogowie, którzy tym razem postanowili dość boleśnie przypomnieć Oliverowi, że choć znajduje się wreszcie na dobrej drodze, do sławy i chwały jeszcze bardzo mu daleko.

Mimo że najbardziej obawiał się właśnie tego aktu rywalizacji, Wyścig Dookoła Flandrii rozpoczął się dla niego pomyślnie. Nie tylko wydawał się być w jeszcze wyższej formie niż przed tygodniem, ale również znalazł się w wymarzonej grupie pościgowej z Van Avermaetem i Saganem po pozornie samobójczym ataku Gilberta.

Wymarzonej do czasu, aż barwny mistrz świata jednym sprawnym manewrem na przesławnym Oude Kwaremoncie wyeliminował z walki o tytuł całą trójkę.

Z perspektywy czasu leżenie z Saganem „na łyżeczkę” na jednym z najsłynniejszych hellingen Flandrii w kombinacji z porwaniem kurtki jednego ze stojących przy drodze fanów – prawdopodobnie w ramach podświadomego buntu przeciwko ciężkostrawnemu designowi AG2R, wydaje się co najmniej zabawne. Tuż po ukończeniu imprezy na 23. miejscu Naesenowi nie było jednak do śmiechu. Jak otwarcie przyznawał, miał po czym płakać.

Swoje rozczarowanie w rozmowie z belgijskimi mediami określił jednym słowem: „bezgraniczne”.

Jechaliśmy razem jako trójka zawodników współpracujących w imię osiągnięcia tego samego celu. Nie zamierzałem wieźć się na kole Petera i Sagana, zdecydowanie nie. Wyrazy szacunku dla Phila, ponieważ udowodnił, że ma jaja. Styl w jakim zwyciężył był imponujący. Jednak są takie momenty, w których jest się w stanie myśleć wyłącznie o sobie, a teraz naprawdę mam po czym płakać,

– szczerze wyznał Naesen wiedząc, że nawet zakładając najmniej optymistyczny wariant, czwarte miejsce w Ronde van Vlaanderen byłoby najlepszym rezultatem w jego karierze.

Jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu mogłem wam powiedzieć, że będę jednym z najsilniejszych zawodników. Nie zrobiłem jednak tego, bo wiem, z czym się je klasyki. Wiele może się wydarzyć, ma miejsce mnóstwo kraks. Tym razem szczęście odwróciło się ode mnie – szkoda, że podczas najważniejszego wyścigu w całym sezonie.

Te wszystkie stracone szanse… nie można ich rozpatrywać jedynie przez pryzmat wyników sportowych. Wydaje mi się, że są czymś więcej,

– zamyślił się.

Jeśli jednak wydawało mu się, że spektakularną kraksą na Oude Kwaremoncie przynajmniej na jakiś czas wyczerpał swój limit pecha, Paris-Roubaix zgotowało nieustraszonemu Belgowi prawdziwe… cóż, piekło.

I nie chodzi tym razem o wykluczającą z dalszej rywalizacji kraksę, ale typowe dla tej imprezy zmagania człowieka z maszyną.

Leżałem w kraksie, złapałem cztery gumy, a na końcu popsuła mi się przerzutka. Po kraksie długo musiałem gonić i straciłem przy tym mnóstwo energii, jednak udało mi się dojść do głównej grupy. Wtedy złapałem gumę i ponownie wróciłem. Następnie kolejną, i jeszcze raz doszedłem. Kiedy kolejny raz zmieniałem koło, peleton był już porwany na strzępy. Ponownie jednak wróciłem na czoło, a pod koniec sektora Carrefour de l’Arbre odjechałem razem z Boonenem. Udało nam się skrócić dystans do 30 sekund, i wówczas popsuła mi się przerzutka. Choć na początku cierpiałem, w tamtym momencie czułem się bardzo dobrze. Teraz jestem całkiem świeży, choć nie byłem tego w stanie w żaden sposób wykorzystać. Przejechałem wyścig na trzech rowerach i czterech kompletach kół.

Przed tygodniem było jeszcze gorzej z uwagi na kraksę, jednak w Roubaix nie wszystko zależy od ciebie. Gdyby nie defekt, prawdopodobnie byłbym w stanie ukończyć wyścig w pierwszej dziesiątce. To byłoby jakieś pocieszenie, bo ten wynik jest po prostu śmieszny.

Paris-Roubaix / Tim De Waele

Nagrodę pocieszenia 27-latek ostatecznie sobie sprawił, jednak jak przystało na bombę z nieco opóźnionym zapłonem, przeszło dwa miesiące po zakończeniu kampanii wiosennych klasyków. I choć mistrzostwa kraju prestiżem nie dorównują największym wyścigom jednodniowym, te rozgrywane w Belgii charakteryzują się wyjątkowo zaciętą rywalizacją. Trudno też nie zauważyć, że dosłownie frunąc nad linią mety w Antwerpii, Naesen przynajmniej na jakiś czas uporał się z problemem mało stylowego stroju.

Tim De Waele

Do kolejnej wiosennej kampanii przystąpi więc odziany w bojowe barwy, a jego konsekwentny progres na przekroju ostatnich kilku lat pozwala wierzyć, że nie był gwiazdą jednego sezonu i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W końcu Oliver Naesen wie, jak walczyć o swoje marzenia.