fot. ANSA

Dziś zakończymy krótką podróż po sezonie 2008. Po lupą znalazły się mistrzostwa świata w Varese, które nie należały do „najnormalniejszych”. W końcu po tytuł sięgneli zawodnicy, którzy nie byli wymieniani w najściślejszym gronie faworytów.

Organizacja czempionatu we Włoszech była swoistym ukłonem w kierunku Paolo Bettiniego, który miał zamiar zakończyć swoją bogatą karierę właśnie podczas mistrzostw świata. Tym samym gospodarze byli nastawieni nie tylko na walkę, ale także na zgarnięcie tytułu, niezależnie od okoliczności.

Na początek warto jednak przyjrzeć się walce o mistrzostwo świata na czas. Kiedy stało się jasne, że do walki o tytuł nie stanie Fabian Cancellara, co najmniej kilkunastu zawodników poczuło szansę na odniesienie życiowego sukcesu. Tym samym bój o tęczową koszulkę zapowiadał się więcej niż pasjonująco.

Ostatecznie najlepszy okazał się Bert Grabsch, dla którego był to najlepszy wynik w karierze. Nie będzie też specjalnym nadużyciem stwierdzenie, iż Niemiec w ten sposób wywalczył sobie miejsce w pamięci kibiców. Bez tego zwycięstwa byłoby o to bardzo trudno.

Treck

Czy Grabsch był tego dnia najsilniejszy? Wielu dziennikarzy zadawało sobie już to pytanie, nie odnajdując odpowiedzi. Co prawda doświadczony Niemiec wykręcił najlepszy czas, lecz to Svein Tuft skradł show. Praktycznie nikomu wówczas nieznany Kanadyjczyk zgarnął dla siebie bardzo cenne srebro, pokonująć drugą część dystansu na zwykłym rowerze szosowym. W tym miejscu należy postawić kolejne pytanie z serii „co by było gdyby”, by za chwilę przejść dalej.

Kończąc temat indywidualnej jazdy na czas, grzechem byłoby nie wspomnieć o jednym z pierwszych solidnych wyników wielkiego specjalisty od samotnej walki z czasem. Mowa oczywiście o Tonym Martinie, który po ucieczce w Tour de Pologne, ukończył światowy czempionat na 7. pozycji.

Czas przejść do wyścigu ze startu wspólnego, którego Włosi nie tylko nie chcieli, ale i nie mogli przegrać. Według wielu, właśnie w Varese miało dojść do symbolicznej zmiany warty – doświadczonego i zasłużonego Bettiniego miał na tronie zmienić Damiano Cunego. Można wręcz powiedzieć, iż Włosi ubrali „Małego księcia” w tęczę jeszcze przed wyścigiem. Jak się skończyło, każdy wie.

Taktyka skoków i rozrywania peletonu przyniosła nieco inny skutek niż wszyscy zakładali. Reprezentanci Italii, będący zdecydowanie najmocniejszą formacją w zestawieniu, najzwyczajniej zajechali swoich rywali, którzy nie byli w stanie nawiązać tak równiej walki, jaką zakładali gospodarze, w efekcie czego po zwycięstwo sięgnął wolny elektron Alessandro Ballan. Tym samym, co prawda, tytuł „został w domu”, lecz zgarnął go nie ten kolarz, który był do tego przygotowywany. Sam Cunego wpadł na metę jako drugi, ze stratą trzech sekund do triumfatora, wprowadzając kibiców, działaczy i specjalistów w niemałe zakłopotanie. Co więcej, z perspektywy czasu wiemy, że byłby to jeden z najważniejszych sukcesów niesfornego Damiano.

Już w środę wrócimy do Państwa z kolejnymi wspomnieniami.