Fot. Movistar

Nie jest postacią ani jednoznaczną, ani kryształową. Dla jednych stanowi pozostawiające niesmak wspomnienie epoki słusznie minionej, dla innych uosobienie kolarza idealnego – najbardziej kompletnego zawodnika swojej generacji. Pod przykrywką zawsze wyważonych wypowiedzi i półuśmiechu chowa ten rodzaj taktycznego błysku i przebiegłości które sprawiają, że znając go jak własną kieszeń jednocześnie nie mamy zielonego pojęcia, co kryje się pod powierzchnią. Pewnym jest natomiast, że choć jest z nami od lat, w pewnym momencie znalazł lukę w funkcjonowaniu praw fizyki i zamiast się starzeć, staje się coraz młodszy. Sezon 2017 zakończył się dla niego przedwcześnie, jednak póki trwał, był najlepszym w jego karierze. I jeśli cokolwiek wiemy o Alejandro Valverde, niekwestionowanym królu Ardenów, to już niedługo wróci jeszcze silniejszy.

Urodził się pewnego wiosennego dnia w Murcji i jako mały chłopiec trenował lekkoatletykę. Od dziecka fascynował go sport, choć jak przyznaje, kolarstwo nie wydawało mu się bardziej lub mniej pociągające niż inne dyscypliny. Kiedy jednak jako 9-latek pod wpływem ojca wsiadł na rower i niemal od razu zaczął wygrywać, szybko uzmysłowił sobie, jak powinna wyglądać jego przyszłość.

Zacząłem rywalizować jako dziewięciolatek. Mój pierwszy wyścig ukończyłem na drugim miejscu, a w drugim triumfowałem. Od tego dnia już nigdy nie przestałem zwyciężać. Wiedziałem, że chcę zostać zawodowym kolarzem, choć zdawałem sobie sprawę, jak odległe było spełnienie tego marzenia,

– Hiszpan wyjawił w wywiadzie udzielonym portalowi Cycling Tips.

I chociaż inspirują nas dramatyczne historie o przezwyciężaniu nieludzkich przeszkód, na tym etapie wszystko poszło gładko, a prawdziwe trudności miały się pojawić znacznie później. Jak zatem mały Alejandro pomyślał, tak zrobił, a i można mieć podejrzenia, że dokonał już znacznie więcej, niż wówczas mógł sobie wymarzyć. Zwyciężać bowiem nie przestał po dziś dzień, a w minionym sezonie świętował swój setny zawodowy triumf, tym samym zostając pierwszym Hiszpanem mogącym pochwalić się tego typu osiągnięciem.

To było wyjątkowe zwycięstwo. Nie tylko z uwagi na pokonanie tego kamienia milowego, ale również styl, w jakim zostało osiągnięte i klasę rywali, których zmuszony byłem pokonać,

Treck

– powiedział triumfujący w klasyfikacji generalnej Vuelta a Andalucía Valverde.

Co będzie następne? Jeśli ciągle wolno mi marzyć, byłby to jeszcze jeden triumf w hiszpańskiej Vuelcie i – oczywiście – mistrzostwo świata. Jestem zawodnikiem który najwięcej razy w historii stawał na podium wyścigu ze startu wspólnego mistrzowskiej imprezy, a jednak jeszcze nigdy nie przyszło mi założyć tęczowej koszulki. Nie przestaję o tym marzyć.

Trwający zaledwie od stycznia do lipca sezon podopiecznego Eusebio Unzue obfitował w rekordy i pierwsze razy. Zanim jednak do nich doszło, wszystko zaczęło się zgodnie z planem, a zatem od zwieńczonego drugim miejscem i triumfem otwarcia sezonu w jednodniowych wyścigach na Majorce. O ile bowiem większość zawodników musi nieco ostrożniej planować szczyty formy, Valverde raz podjąwszy rywalizację tylko okazjonalnie schodzi poniżej określonego poziomu. Jak wyjawia, ma to niewiele wspólnego z pracowitością. Taki się po prostu urodził.

Miałem dużo szczęścia, ponieważ nie muszę zbyt wiele trenować celem uzyskania wysokiej dyspozycji,

– wyjaśnił najprościej, jak potrafił.

Magiczna „setka” przekroczona została w idealnym momencie, piątym w karierze triumfem w klasyfikacji generalnej bliskiego jego sercu Wyścigu Dookoła Andaluzji. Wiosenna kampania Valverde dopiero nabierała jednak rozpędu i nawet 36-letni wówczas Hiszpan nie mógł spodziewać się rozmachu, jaki już wkrótce osiągnie.

Kolejnym startem zawodnika Movistaru była Volta a Catalunya, a po otwierającej rywalizację potyczce sprinterów ekipa Eusebio Unzue miała przejąć kontrolę nad przebiegiem wydarzeń, dość niespodziewanie triumfując na etapie jazdy drużynowej na czas. Wkrótce napłynęły jednak informacje o proteście złożonym przez BMC, dotyczącym rzekomego popychania pozostałych członków składu przez Jose Joaquina Rojasa, w wyniku którego Movistar został relegowany na 3. miejsce.

Czy sytuacja ta dodatkowo podrażniła zawsze głodnego sukcesów Alejandro, trudno wyrokować. Fakty są jednak takie, że Hiszpan wygrał trzy z pięciu rozgrywanych w kolejnych dniach etapów, nie tylko robiąc fenomenalny użytek ze swoich predyspozycji do jazdy w pagórkowatym terenie, ale również z dużą łatwością pokonując hipotetycznie lepszych od siebie górali podczas wspinaczki na Lo Port. Efektem musiał być triumf w klasyfikacji generalnej drugiego z rzędu wyścigu etapowego.

Kiedy przychodzi do klasyfikowania etapów czy wyścigów jednodniowych, najmniejszych trudności przysparzają nieprzejednanie płaskie odcinki dedykowane sprinterom i te najeżone górskimi przełęczami. Odjąwszy jednak owe skrajności, rozpościera się przed nami całe spektrum różnorodnych tras, które opisać można na wiele sposobów. Można też sprawę znacznie uprościć i określić je mianem etapów lub wyścigów „dla Alejandro Valverde”, choć on sam od lat wszelkiej kategoryzacji skutecznie się wymyka.

Kim bowiem jest 37-letni zawodnik Movistaru? Czy wyłącznie specjalistą od pagórkowatych klasyków? Obdarzonym fenomenalnym przyspieszeniem w końcówkach góralem, czy raczej sprinterem, który znakomicie przystosował się do dynamicznej rzeźby terenu Półwyspu Iberyjskiego? On sam może nas nieco przybliżyć do odpowiedzi na to pytanie.

Nie jestem typowym góralem, choć radzę sobie z większością trudnych podjazdów. Zawsze poświęcałem sporo czasu na treningi wysokościowe w Sierra Nevada. Jest również prawdą, że jestem bardzo szybki. Na początku zawodowej kariery skutecznie rywalizowałem także w sprintach z peletonu, jednak z upływem lat i będąc ojcem trójki dzieci wolę nie podejmować już tego typu ryzyka.

W rozważaniach tych nie została nawet uwzględniona jazda indywidualna na czas, w której Valverde był mistrzem swojego kraju, jednak potrafi plasować się w każdej części tabeli wyników bez sprawiania większej niespodzianki. Pozwalają one jednak przejść płynnie do wspomnianych wcześniej pierwszych razów, a więc triumfu w zazwyczaj deszczowym i nieco tajemniczym Kraju Basków. 

Wydaje się niemal niemożliwe, aby w wyznaczonej przez triumf w klasyfikacji generalnej Vuelta a Andalucía puli 100 zawodowych zwycięstw nie znalazła się tak idealnie wpisująca się w jego predyspozycje Vuelta al Pais Vasco, a jednak. Ten sukces przyszedł za dziewiątym podejściem, piętnaście lat od pierwszej próby i podkreślił status Valverde jako niekwestionowanego faworyta kampanii w Ardenach.

Oh, było ciężko! Bardzo chciałem wygrać Itzulię. Byłem bardzo blisko wiele razy, ale zawsze brakowało czegoś, żeby wygrać klasyfikację generalną. Wydaje się, że jestem w tym sezonie w bardzo dobrej formie, więc sukces ten smakuje wyjątkowo. To była inna edycja Pais Vasco, ponieważ pierwsze etapy były nieco łatwiejsze. Nie oznacza to jednak, że wyścig nie był wymagający,

– powiedział po zakończeniu imprezy.

Tym, jak układa się dla mnie ten sezon jestem bardziej zaskoczony niż ktokolwiek inny. To mój najlepszy początek sezonu w karierze. W związku z tym wystartuję w Ardenach bez większego stresu. Jeśli wygram jakiś wyścig z ardeńskiego tryptyku, będę mógł skończyć sezon (śmiech),

– wówczas nie mógł jeszcze wiedzieć, jak prorocze okażą się to słowa.

Fot. Team Movistar

Zaopatrzony w wyśmienitą formę i ogromną dawkę pewności siebie, Valverde otworzył tryptyk w charakterystyczny dla siebie sposób, a zatem nie ocierając się nawet o zwycięstwo w z niewyjaśnionych przyczyn nie chcącym mu ulec Amstel Gold Race.

Przebieg drugiego aktu wszyscy znaliśmy na długo przed jego rozpoczęciem, bowiem 37-letni Hiszpan i Walońska Strzała to prawdopodobnie najpiękniejszy z kolarskich romansów naszych czasów. Match made in heaven. Połączenie tak idealne, że od lat bez trudu opiera się samobójczym atakom Tima Wellensa i wyrafinowanej myśli taktycznej Particka Lefevere’a. Scenariusz rozgrywki na brutalnie stromym Mur de Huy rozpisany jest co do centymetra i doskonale znany wszystkim rywalom, co pozostaje bez wpływu na fakt, że zwycięzca może być tylko jeden. Valverde.

Równowaga we wszechświecie pozostała zatem nienaruszona, a Alejandro pobił swój własny rekord czterech triumfów w imprezie od razu zapowiadając, że na tym nie poprzestanie. I nawet jeśli z naszej polskiej perspektywy tytułowanie się królem Huy nie brzmi najkorzystniej, to prawdopodobnie i tak lepsze od bycia Danem Martinem, etatowo pełniącym rolę tła na fotografiach celebrującego Hiszpana.

La Fleche Wallone 2014 / letour.fr
La Fleche Wallone 2016 / letour.fr
La Fleche Wallonne 2017 / Fot. Movistar

To triumf pewności siebie i siły, będący efektem pracy wspaniałej drużyny. Mieliśmy szacunek wobec naszych rywali, jednak zdawałem sobie sprawę, że jestem w rewelacyjnej formie i muszę to wykorzystać,

– podsumował.

Chociaż mogło się wydawać, że przyszło mi z łatwością, wywalczenie tego zwycięstwa było równie trudne jak poprzednich czterech.

 

Liège-Bastogne-Liège, chociaż stanowi ostatni akt i zarazem punkt kulminacyjny ardeńskiego tryptyku, tym razem upłynął w cieniu dramatu związanego z tragiczną śmiercią Michele Scarponiego. Lider Movistaru ponownie zmiażdżył wszystkich rywali, a decydując się zadedykować triumf zmarłemu Włochowi i ofiarować wywalczone w Ardenach premie finansowe jego rodzinie, nieco zmiękczył serca tej części sympatyków kolarstwa, która nigdy nie wybaczyła mu związków z niesławnym doktorem Fuentesem.

Udzielając wywiadu po zakończeniu rywalizacji, 37-latek nie próbował kryć smutku i wzruszenia.

Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Kiedy dotarły do mnie tragiczne wieści, nie mogłem w to uwierzyć. To ogromna strata. Oczywiście, że wszystkie nagrody finansowe wywalczone w ostatnim tygodniu zamierzam przekazać jego rodzinie.

To cios dla całego kolarstwa, był niesamowitą postacią.

Team Movistar / Liege-Bastogne-Liege

Udając się na w pełni zasłużoną przerwę przed kolejną częścią sezonu Valverde nie mógł się domyślać, że słowa wypowiedziane po zakończeniu rywalizacji w Kraju Basków okażą się prorocze, a sukcesy odniesione w Ardenach będą jego ostatnimi w roku 2017, przynajmniej na arenie czysto sportowej.

Odpocząwszy nieco, po cichu budował formę na Wielką Pętlę poprzez udział w Criterium du Dauphine wiedząc, że trasa najbardziej prestiżowego z wielkich tourów jeszcze nigdy tak doskonale nie współgrała z jego predyspozycjami. 

Nigdy nie dowiemy się jednak, w jakiej dyspozycji przystąpił do rywalizacji w tegorocznej edycji Tour de France ani jaki użytek byłby w stanie zrobić z tak wielu szytych na jego miarę etapów. Był jednym z tych, którzy podjęli pełne ryzyko na mokrych ulicach Düsseldorfu i przegrał. Jego udział w imprezie zakończył się fatalnie wyglądającą kraksą po pokonaniu zaledwie kilku kilometrów trasy, a prognozy, zważywszy wiek Hiszpana i rodzaj odniesionych urazów, nie były najlepsze.

Pojawiały się nawet opinie, że kontuzja kolana jak ta, której na otwierającym Wielką Pętlę etapie nabawił się Valverde mogłaby zakończyć zawodową karierę wielu zawodowych kolarzy. Jak jednak powszechnie wiadomo, im 37-letni Hiszpan starszy, tym młodszy, a więc również jego rekonwalescencja musiała przebiegać w rekordowym tempie. Nie zaskoczyły zatem informacje o tym, że spragniony rywalizacji zawodnik Movistaru miał poprosić menedżera ekipy o zezwolenie na udział w jednym z zamykających sezon włoskich wyścigów jednodniowych.

To dlatego, że świetnie się czuję. Przejeżdżam 700 kilometrów każdego tygodnia. W mojej grupie treningowej jeżdżą zawodnicy, którzy znają mnie dosłownie od zawsze i mówią mi, że jestem co najmniej tak silny, jak przed wypadkiem,

– powiedział w rozmowie z hiszpańskim dziennikiem El Pais Valverde.

Zdrowy rozsądek menedżera Movistaru ostatecznie zatriumfował i wiecznie zielony Alejandro do ścigania w tym roku nie powrócił, lecz imponująca wiosna życia wystarczyła Hiszpanowi, by na koniec sezonu zająć trzecie miejsce pod względem liczby odniesionych w nim zwycięstw.

Zaczął też niecierpliwie układać plany na przyszłość, której scenerię ponownie stanowić mają włoskie przełęcze i wzgórza Ardenów. O tym, co jest naprawdę istotne, on sam już nawet nie śmie jednak wspominać.

Nigdy nie dowiemy się, kim tak naprawdę jest Alejandro Valverde, król taktycznych szachów i spoglądania rywalom głęboko w oczy. Nie wnikniemy w jego intrygujący umysł i nie zrozumiemy, co tak naprawdę oznaczał krzywy uśmieszek, z jakim wmaszerował na podium we Florencji. Doskonale jednak znamy największe z jego marzeń i pozostaje nam życzyć, by to dla niego wśród alpejskich szczytów słońce i deszcz namalowały tęczę.