Fot. Wieler Museum

Muzeum kolarstwa w belgijskim Roeselare stworzyło niezwykłą wystawę eksplorującą związki kolarstwa z Kościołem katolickim. Zwiedzający zasiadając w konfesjonale słuchają odtwarzanego nieskończenie wiele razy fragmentu wywiadu Lance`a Armstronga z Oprah Winfrey, w którym Amerykanin przyznał się do stosowania dopingu, w tabernakulum zamiast kielicha znajduje się puchar, a żelazny krzyż, który w promującym wideo spawa sam Johan Museeuw, zrobiony jest z rowerów.

Zlokalizowanie wystawy właśnie w mieście Roeselare, położonym w Zachodniej Flandrii, jest pomysłem idealnym. Nie będzie bowiem nadużyciem, jeśli posługując się nieco hiperbolicznym wyrażeniem, stwierdzi się, że kolarstwo jest tam religią. W Roeselare urodziło się wielu sławnych belgijskich kolarzy, w tym Patric Sercu, niefortunny Jean-Pierre „Jempi” Monseré, który zmarł będąc mistrzem świata, a pierwszy belgijski zwycięzca Paryż-Roubaix, Cyrille van Hauwaert, pochodził z pobliskiego Moorslede.

Ekspozycji umieszczonej notabene w dekonsekrowanym kościele, przyświecają słowa wypowiedziane przez podwójnego triumfatora Ronde van Vlaanderen i niezwykle religijnego człowieka, Brieka Schotte: „Dla widzów byliśmy jak bogowie, których mogli zobaczyć z bliska, i z którymi mogli zamienić kilka słów.”

Pracownik naukowy muzeum, Dries De Zaeytijd, zwrócił uwagę na to, że w głęboko katolickiej Zachodniej Flandrii stosunek Kościoła do kolarstwa nie zawsze był pozytywny. Istnieją dokumenty świadczące o tym, że przed drugą wojną światową wierni byli zobligowani oficjalnym poleceniem, by nie używać roweru jako środka transportu, ponieważ uważano to za niestosowność. Po 1945 roku sytuacja uległa zmianie. Kolarstwo i oddanych Kościołowi cyklistów zaczęto wykorzystywać do religijnej propagandy.

Warto również odnotować, że panujący po drugiej wojnie światowej papież Pius XII był wielkim sympatykiem kolarstwa. Polecał wiernym łączyć sport z wiarą w Boga, a także wykorzystywać go do walki z komunizmem. Katolicy mogli także brać przykład z dwukrotnego włoskiego zwycięzcy Tour de France, Gino Bartalego, który zyskał nawet przydomek „Gino the Pious”.

Katolicka terminologia też znalazła swoje miejsce w kolarstwie. Tydzień od Ronde van Vlaanderen do Paryż-Roubaix prasa często określa mianem Wielkiego Tygodnia, a zeszłej zimy zwycięzca „Piekła Północy” z 2015 roku, John Degenkolb, nazwał Belgię kolarską Ziemią Świętą. Wyścig dookoła Flandrii nierzadko zbiega się także z Niedzielą Wielkanocną, najważniejszym dla katolików dniem w roku.

Kolarscy fani przysposobili sobie również od katolików zwyczaj pielgrzymowania do miejsc kultu. I tak sympatycy Eddy`ego Merckxa robią wycieczki do Tre Cime di Lavaredo, Marco Pantaniego na szczyt Galibier, a Toma Simpsona pod pomnik na Mont Ventoux. Belgowie odwiedzają grób Franka Vandebroucke`a w Ploegsteert lub pomnik upamiętniający śmierć wyżej wspomnianego Jempiego Monseré`a. Ponadto hiszpańskie wyścigi nierzadko kończą się nieopodal kościołów i sanktuariów.

Zaeytijd odważnie kreśli kolejne paralele między kolarstwem a religią katolicką. Według niego niektóre z wyżej opisanych powiązań powoli wygasają w dzisiejszych czasach ze względu na liczne przemiany społeczne i religijne. Belgijski naukowiec nie ma jednak wątpliwości, że kolarskie cierpienie jest czymś, co nie skończy się nigdy, a zatem ta dyscyplina sportu na wieczność będzie miała coś wspólnego z katolicyzmem. Kolarz, zdaniem Zaeytijda, upodabnia się do Jezusa cierpiącego na krzyżu – zwłaszcza ten, który w geście triumfu wznosi ramiona przybierając kształt krzyża.

Eksponaty wystawy zatytułowanej „Kolarstwo jest religią” stanowią między innymi kapliczki dedykowane miejscom kolarskich pielgrzymek lub dopingowym konfesjom i ich konsekwencjom – te wydają się idealnie wpisywać w katolicką filozofię przebaczania grzechów. Są także różaniec Johana Museeuwa czy kaplica, w której rolę świętego pełni „Kanibal”, a czternaście stacji Drogi Krzyżowej ilustrują fotografie cierpiących kolarzy.

Nie brakuje także zwyczajnych kolarskich eksponatów, pozbawionych odniesień religijnych. Można podziwiać m.in. rowery, na których Eddy Merckx wygrywał wyścigi. Jednego tygodnia jest to maszyna, na której odniósł siódme zwycięstwo w Mediolan-San Remo, a innego, rower, na którym przejechał ostatni wyścig jako zawodowiec. Są też kolarskie koszulki.

Pomysłodawcy muzeum zdają sobie sprawę, że nie cieszą się tak dużym uznaniem i popularnością jak muzeum Ronde van Vlaanderen w Oudenaarde, ale chwalą się unikatowością polegającą m.in. na szerszych odniesieniach do historii i braku koncentracji na jednym konkretnym wydarzeniu.

 

Marta Wiśniewska

*Wstęp do muzeum jest wolny, a opisy eksponatów dostępne są zarówno po flamandzku, jak i po angielsku. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej www.koersisreligie.be.

**Podczas pisania korzystałam z artykułu pt. „The Church of Cycling”, który ukazał się w magazynie „Procycling”.