Wartość pierwszego monumentu sezonu relatywnie łatwo jest zbagatelizować. Rozgrywany jest na doskonale znanej i pozbawionej momentów niespodziewanej ekscytacji trasie, pożółkłe manuskrypty wprowadzanych w życie scenariuszy napisane zostały dekady temu, a o ostatecznym rezultacie i tak decyduje sprinterski pojedynek. Nuda. A jednak Milano-Sanremo nigdy nie jest tym, czym się wydaje. Włosi nazywają go la Primavera, ale on wyjątkowo rzadko przywodzi na myśl słońce i festiwal melodyjnych piosenek. Torturuje zdającymi się dążyć do nieskończoności kilometrami, a jednak na długie godziny wbija w fotel w tym specjalnym rodzaju napięcia, którego nie jest w stanie wywołać żaden inny wyścig. Nie jest najtrudniejszym z monumentów, a jednocześnie najtrudniej go wygrać. 108. edycja la Classicissimy rozegrana zostanie już w najbliższą sobotę, a my kolejny raz nie mamy pojęcia, kto uniesie ręce w geście triumfu na legendarnej Via Roma.

Parafrazując znane przysłowie, dwie jaskółki wiosny nie czynią. Odnieść to można do rozgrywanych w ostatni weekend lutego Omloop Het Nieuwsblad i Kuurne-Bruxelles-Kuurne, które chociaż tradycyjnie zwiastują wejście sezonu w nową fazę, same stanowią jedynie kolejny etap przygotowań do rywalizacji w najbardziej prestiżowych wyścigach klasycznych. Ta ciągnąć się będzie od marca do października, spinana w swoistą klamrę przez dwa włoskie monumenty: Milano-Sanremo i Il Lombardię.

Każda z pięciu największych imprez jednodniowych sezonu charakteryzuje się czymś, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle pozostałej czwórki. Podczas gdy Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia dedykowane są góralom (lub też precyzyjniej zawodnikom klasyfikowanych przez posiadających znacznie zasobniejszy słownik kolarskiej terminologii Francuzów jako puncheurs), Paris-Roubaix specjalistom od bruków, a Ronde van Vlaanderen zawodnikom do pewnego stopnia łączącym te umiejętności, Milano-Sanremo – w najprostszym ujęciu – to królestwo sprintu.

Lista znaczących wyścigów jednodniowych dedykowanych najszybszym kolarzom zawodowego peletonu jest zaskakująco krótka, zawierając obecnie obok la Primavery Kuurne-Bruxelles-Kuurne, Gent-Wevelgem, Scheldeprijs i Paris-Tours. Z uwagi na swój wyjątkowy status Milano-Sanremo dzierży niekwestionowaną pozycję najważniejszego z nich, co automatycznie czyni go głównym celem wielu sprinterów na pierwszą część sezonu. Mimo tego nie wszyscy z nich decydują się prężyć muskuły na Via Roma. Dlaczego?

BMC

Ponieważ la Classicissima to nie tylko najdłuższy z monumentów, ale także najdłuższy wyścig całego kolarskiego kalendarza. Jest to powszechnie znany i do znudzenia powtarzany fakt, jednak nie może być inaczej, skoro to nie usłana przeszkodami trasa, ale morderczy dystans decyduje o stopniu jego trudności oraz charakterze rywalizacji.

Chociaż nigdy nie przekroczył mitycznej granicy 300 kilometrów, konieczny do pokonania dystans oscyluje między 289 – 298 kilometrami, co najzwyczajniej w świecie jest najkrótszą możliwą do wytyczenia trasą pomiędzy położonym na Nizinie Padańskiej Mediolanem i stanowiącym perełkę Lazurowego Wybrzeża San Remo. W interesujący sposób łączy się to z historią powstania tego obecnie jednego z najbardziej prestiżowych klasyków, za którym stali przedstawiciele Unione Sportiva Sanremese. Zainspirowani ideą zorganizowania wyścigu kolarskiego rozpoczynającego się w jednym z industrialnych miast włoskiej północy i kończącego w ich małej ojczyźnie, poprosili o pomoc odpowiedzialnego za rozgrywane już wówczas Giro di Lombardia Tullo Morgnaniego, a ten chętnie wykorzystał swoje kontakty w niezawodnej La Gazzetta dello Sport. Powołana do życia w roku 1906 la Primavera była jednak wyścigiem dwudniowym, ponieważ – jak już odkryliśmy – w odniesieniu do dystansu dzielącego rzeczone dwa miasta prawa fizyki pozostają nieubłagane. Na szczęście już podczas drugiej edycji zawodowcy znaleźli dość siły i determinacji by jednego dnia pokonać całość dystansu, czemu zawdzięczamy metaforę nadejścia kolarskiej wiosny.

Metaforę często dość odległą od rzeczywistości, ponieważ nawet jeśli warunki atmosferyczne towarzyszące rozgrywaniu Milano-Sanremo są zazwyczaj nieco lepsze niż te charakteryzujące wczesne belgijskie klasyki, nieubłaganie siąpiący deszcz zdarza się równie często, co słońce na tle bezchmurnego nieba.

Łatka wyścigu przyjaznego sprinterom sprawia, że la Primavera bardzo niesłusznie uznawana jest za wyścig łatwiejszy od czterech pozostałych monumentów. W tym miejscu jeszcze raz należy podkreślić, że monstrualny dystans w ogromnym stopniu wpływa na ostateczny wynik rywalizacji i sprawia, że forma dnia ma tu jeszcze większe niż zazwyczaj znaczenie. Te właśnie okoliczności wykreowały decydujące wzniesienie Milano-Sanremo, Poggio, na najłatwiejszy z legendarnych podjazdów wykorzystywanych w kolarstwie szosowym, choć najprawdopodobniej w żadnym innym wyścigu nie zasługiwałby on nawet na nadanie mu jakiejkolwiek kategorii. Te same okoliczności sprawiają, że lista pretendentów do odniesienia zwycięstwa jest zazwyczaj znacznie dłuższa, niż ma to miejsce w przypadku pozostałych klasyków tego samego kalibru, a dla najjaśniejszych gwiazd sprintu marzec zgodnie z tym, co mówi literatura, okazuje się miesiącem złamanych obietnic. La Classicissima jest bowiem grą na wyczekanie, wojną na wyniszczenie, która stopniowo podgryza i odbiera siły z każdym kolejnym kilometrem. A kiedy już sięga się kresu sił i wszystkie mięśnie błagają o litość, triumfują najwytrwalsi z najszybszych.

Trasa Milano-Sanremo jest doskonale znana, a po kilku nieudolnych próbach jej zrewolucjonizowania wyścig wrócił w ostatnich latach do swojego najbardziej klasycznego formatu. Chociaż współcześnie jest to już raczej wyjątkiem, niż regułą, jego nazwa istotnie wskazuje na miejsca zlokalizowania startu i mety, a pomiędzy tymi punktami tradycyjnie znajduje się kilka niewielkich przeszkód.

Pierwszą z nich jest Passo Turchino, które chociaż pozostaje bez wpływu na ostateczne losy wyścigu, jednocześnie jest tym miejscem, w którym drużyny nie pokładające wystarczającej wiary w swoich sprinterów zaczynają dyktować nieco wyższe tempo. Chociaż nazwa tej stanowiącej dach la Primavery przełęczy przywodzi na myśl Turcję, etymologicznie nie ma z nią nic wspólnego. Niektórzy próbowali ją jeszcze łączyć z władającym niegdyś tymi ziemiami Luciusem Tarquiniusem Superbusem, jednak prawda jest taka, że „turchino” najzwyczajniej oznacza „turkusowy”. Zaczyna mieć to duży sens kiedy uświadomimy sobie, że dla podróżujących w tym samym kierunku pokonanie przełęczy pozwalało po raz pierwszy ujrzeć Lazurowe Wybrzeże.

Kolejne trudności pojawiają się stadnie, już na odcinku trasy wiodącym wzdłuż Morza Śródziemnego. Pierwszymi z nich są siostrzane Capo Mele, Capo Cervo i Capo Berta, na których z rzadka zawiązuje się jakakolwiek akcja, ale stanowią istotną wartość dodaną do kumulującego się zmęczenia.

Cipressa (5.6km, 4.1%, max. 9%) jest tym wzniesieniem, którego królem w więcej niż kontrowersyjnych okolicznościach został w zeszłym roku Arnaud Demare. Umiejscowiona 21 kilometrów od linii mety, jest również miejscem ataku desperatów zdających sobie sprawę, że nie mają szans w sprinterskim pojedynku z kimkolwiek górującym przyspieszeniem nad traktorem, a mimo tego marzących o triumfie w Milano-Sanremo. Mam na myśli głównie Vincenzo Nibaliego. Tu rozpoczyna się właściwa część rywalizacji, drużyny zaczynają odkrywać swoje karty w zakresie obranej strategii, a pierwsi sprinterzy pozbawiani są złudzeń.

Jeśli Cipressa otwiera decydującą fazę wyścigu, niepozorne Poggio (3.7km, 3.7%, max. 8%) i następujący po nim karkołomny zjazd stanowią jej absolutny punkt kulminacyjny. To na nim w większości drużyn dochodzi do dywersyfikacji zasobów, polegającej na wysłaniu do boju swoich najbardziej agresywnych kolarzy i jednocześnie udzieleniu koniecznej pomocy walczącym o życie sprinterom. Chociaż ekipy zazwyczaj z góry skłaniają się ku jednej z wyżej wymienionych opcji na rozegranie końcówki, stawianie wszystkiego na jedną kartę jest w przypadku Milano-Sanremo wyjątkowo rzadko podejmowanym ryzykiem. Sprawia to, że na położony zaledwie 5400 metrów od linii mety szczyt Poggio jako pierwsza dociera zazwyczaj niewielka grupka zawodników, a końcowe kilometry stanowią ekscytującą rywalizację pomiędzy nimi, a broniącym interesu sprinterów peletonem.

Trasa

Jak już wspomniałam, z uwagi na bliską korelację morderczego dystansu i formy dnia, lista równoprawnych pretendentów do odniesienia zwycięstwa w la Primaverze jest jak na monument wyjątkowo długa. Można w jej ramach dokonać dość klarownego podziału na sprinterów, puncheur’ów oraz nieco mniej klarownego na kolarzy, którzy w pewnych okolicznościach sprinterami się stają.

Wspierani przez silne drużyny sprinterzy zazwyczaj biorą nad pozostałymi górę, a w sobotę dodatkowo powinny im sprzyjać warunki atmosferyczne. Możliwość jazdy w słońcu i optymalnej temperaturze doceni każdy z uczestników wyścigu (poza Timem Wellensem), jednak prognozowany czołowy wiatr na Poggio jest dla harcowników najgorszą z możliwych wiadomości.

Fernando Gaviria (Quick-Step Floors) swój pamiętny debiut w Milano-Sanremo ukończył na tarczy, jednocześnie jednak udowadniając, że ani dystans, ani końcowe podjazdy nie stanowią dla niego wystarczającej przeszkody. Tym razem ciążąca na nim presja będzie jeszcze większa, jednak podbudowany niedawnym zwycięstwem etapowym w Tirreno-Adriatico oraz wspierany przez pokładający w niego dużą wiarę Quick-Step, 22-latek jest spośród sprinterów najlepszym kandydatem do odniesienia zwycięstwa. Jeśli dojdzie do finiszu z grupy na Via Roma, komukolwiek trudno będzie dorównać piekielnemu przyspieszeniu młodego Kolumbijczyka.

Innymi wymienianymi wśród faworytów sprinterami są Arnaud Demare (FDJ), Sonny Colbrelli (Bahrain Merida), Nacer Bouhanni (Cofidis), Mark Cavendish (Dimension Data), Niccolo Bonifazio (Trek-Segafredo), Caleb Ewan (Orica-Scott) czy Ben Swift (UAE Emirates Team).

Przyszły triumfator la Primavery zazwyczaj kryje się jednak w grupie zawodników, którzy specjalizują się w rozgrywaniu końcówek po długich i wyjątkowo ciężkich wyścigach. W normalnych okolicznościach Alexander Kristoff (Team Katusha-Alpecin) i John Degenkolb (Trek-Segafredo) przegrywają z szybszymi od siebie sprinterami, jednak kiedy liczyć zaczyna się głównie siła i wytrzymałość, relatywnie mniejsze przyspieszenie przestaje stanowić decydujący czynnik. To wszystko odnosi się również do Petera Sagana (Bora-hansgrohe), który przynajmniej w teorii jest w stanie wygrać niemal każdy wyścig jednodniowy kolarskiego kalendarza. Chociaż już raz stanął na podium Milano-Sanremo i zazwyczaj dociera na metę w grupie faworytów, jak dotąd dystans odciskał na nim swoje piętno i Słowakowi w końcówce wyraźnie brakowało mocy. Być może tym razem sytuacja ulegnie zmianie, choć gdybym miała zasugerować jakieś rozwiązanie, atak na Poggio nie wydaje się najgorszym pomysłem…

Do tej kategorii zaliczyć można również Michaela Matthewsa (Team Sunweb), Magnusa Corta Nielsena, Simona Gerransa (Orica-Scott), Grega Van Avermaeta (BMC Racing), Edvalda Boasson Hagena (Dimension Data), Jurgena Roelandtsa (Lotto Soudal) czy Fabio Felline (Trek-Segafredo).

Spośród kolarzy skłonnych do przepuszczenia skutecznego ataku dla nas liczy się przede wszystkim znajdujący się w wyśmienitej dyspozycji Michał Kwiatkowski (Team Sky), jednak wymienić należy również Tima Wellensa, Tiesja Benoota (Lotto Soudal), Juliana Alaphilippe, Matteo Trentina (Quick-Step Floors) czy Jaspera Stuyvena (Trek-Segafredo).

 

Chcesz wiedzieć, na kogo stawia poznański oddział naszosie.pl, dlaczego życzymy Kwiato słońca i kto jest najbardziej niedocenianym kolarzem zawodowego peletonu? Koniecznie sprawdź trzeci odcinek kolarskiego podcastu!

Polecam także zapoznanie się ze statystykami i mniej znanymi faktami na temat la Primavery.

108. edycja Milano-Sanremo rozegrana zostanie w najbliższą sobotę, 18 marca.

Transmisja na żywo w stacji Eurosport 2 rozpocznie się o godz. 14:15.

 

  • MARCe

    kolejny świetny tekst:)